| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Księga gości
Było kiedyś - toplista Potworów
Koniecznie tam zajrzyj!
Czytane na bloxie
Czytane na onecie
Przepisy Matki Polki
Skracam drogę
Zaglądam
Popatrz...
poniedziałek, 12 listopada 2007
Matka uczy i ją uczą
Matka wróciła ze szkoły doszczetnie zżuta i wypluta przez siedem klas, z których dwie były klasą ta samą, ale szczerze przez Matkę i resztę grona znienawidzoną. Trudno jest bowiem wytrzymać z klasą niemal dorosłych ludzi, którzy konsekwentnie zachowują się jak pajace w wieku lat góra trzynastu. Rzadko się zdarza, żeby niemal cała klasa dobrała się jak w korcu maku. Ech...
I Matka jeszcze miast wypić kawę na okienku, żeby przepłukać gruntownie przewód pokarmowy na calej długości, oglądała ich po raz drugi na zastepstwie. Już czwarty raz zrobili taki numer Matce!!! Następnym razem wywiesi ogłoszenie, że odda to zastępstwo obojetnie komu i jeszcze mu dopłaci...
Jak nic!
I kiedy wreszcie Matka wyczołgała się po ośmiu godzinach ze szkoły, w której grzali jak wściekli, a klamek w oknach nie ma w większości klas, nadszedł upojny czas odebrania Potworów z przybytków szkolno-przedszkolnych. Popadywał fantastyczny wręcz mokry śnieg, który wpędził Matkę w totalna depresję przedzimową, związaną z odśnieżaniem podjazdu, więc czym prędzej wsiadła w nieujeżdżonego jeszcze przez nią nissanka i pognała.
Jak się dobrze rozpędziła, to osiągała szybkość 20 (słownie - dwudziestu) kilometrów na godzinę oglądając co chwila zupełnie nie wiadomo jakim cudem stojące na środku zakazy wjazdu, ruchu i tym podobne. Nie ma bowiem jak robić nowe nawierzchnie w listopadzie...
Po godzinie kręcenia Matka nabiła szesnaście kilometrów i dojechała do chałupy po to tylko, żeby wrzucić sobie i rodzinie coś na ruszt, i wystartować po kwadransie znów w trasę.
Dokąd?
Już Matka wyjaśnia. Szkoła funduje nauczycielom trzydzieści godzin bezpłatnego angielskiego. Chwała jej za to! Rok temu Matce nie pasowała godzina późnowieczorna, bo wszak kładzie Potwory. Tym razem pasuje.
Matka po ośmiogodzinnej rozrywce z dziećmi prasuje sobie więc rozum i z najwyższym obrzydzeniem, odrazą,tudzież wzdryganiem się, udaje się do szkoły językowej. Tam udaje, że rozumie, walcząc z pogłosem w pustej sali, ale nawet jej to od biedy wychodzi. Gorzej, kiedy musi otworzyć paszczę...
Za to pan mówi szybko, połowę zjada - no po prostu mówi normalnie, nie jak dla idiotów. I Matka nasłuchuje wszystkimi otworami czaszkowymi, nastawia radary i czułki, które okrutnie jej się przez to nadwyrężają. Matka nawet oczy rozostrza, żeby jej w słuch poszło. I idzie.
I jak wraca to ciągnie wszelkie czułki po ziemi, bo jej się okropnie przez to nadsłuchiwanie rozciagają. I przytrzaskuje je drzwaimi od samochodu, kłuje o agawę w przedpokoju i oblewa herbatą.
Jak mątwa.
Chyba sobie kupi Lużne Gadki. Gatki. Czy jakoś tak.
Ochronnie...
niedziela, 22 stycznia 2006
Balety i pióra
Motyw piór przewija się u Matki co czas jakiś, choć o różnych piórach Matka wspomina. A to o takich, co je się wsadza, takich, co latają i takich, co je się drze.
Ale od poczatku.
Matka balowała i wróciła w świetnym nastroju, bo już dawno nie była na tak kapitalnej imprezie. Potwory zostały sprzedane Babci, która przybyła z odsieczą i nocowała na tak zwanym miejscu, a Matka z MiaUżonem sie urwali.
Przez pierwszą godzinę patrzyli co prawda tylko, słuchając melodii z "Pana Tadeusza", bo teraz Ogiński nie w modzie już. Gdzie te czasy, matko jedyna...
Dzieci w ilości ponad 300 sztuk sprawiły się jednak fantastycznie a potem już była tylko zabawa. Pełna kultura, tort półtora na dwa metry, sympatycznie, no naprawdę Matce tego było trzeba.
Zdziwiła się tylko Matka szalenie, kiedy dyrekcja spakowała manatki i udała się w kierunku wyjścia.
-"Czemu już wychodzą?" - zapytała Matka MiaUżona.
Ten spojrzał z politowaniem i pokazał Matce swój zegarek, jako, że Matka chcąc być elegancką swojego nie włożyła.
-"Jest wpół do czwartej!" - zastukał z tarczę.
No nie do wiary.
A potem nastąpił ciąg dalszy i Matka przyznać musi, że nie wie, kiedy ten czas minął. Ona, która po dwunastej raczej się wije z chęci położenia na własnej, osobistej poduszce...
Kiedy jednak Matka wychodzi, to jest to wyjście z piórami.
Ze zjazdu szkoły wyniosła pióra pawie.
A tu, cholera, najwyraźniej pawie zapadły w sen zimowy...
-"Macie tu jakieś pióra?" - spytała Matka tak zwane grono, albo ciało - jak kto woli.
-"Mamy!" - odrzekło grono, bardzo zadowolone, że może dać pozytywną odpowiedź.
A Matka wsadziła łapsko w te pióra i zaczęła ciagnąć.
-"No to już NIE macie!" - odparła i udała się do wyjścia z długim drutem, na którym dyndały jasnobrązowe piórka należące wcześniej bodajże do jakiejś kury.

I pióra wiszą teraz u Matki na firance ku uciesze Maryśki.
Bo balu bez piór nie ma.
Jest niewykończony.
Znaczy się - impreza była udana do samego końca!
sobota, 07 stycznia 2006
Koniec roku szkolnego a matka
Matka czyta sobie o skróceniu roku szkolnego i słucha, co tez wszyscy mają do powiedzenia. Właściwie może już nawet wyciagnąć wnioski - w opinii większości między 23 a 30 czerwca zawali się świat, tudzież horyzonty myślowe naszej uzdolnionej młodzieży. Nastąpi całkowity kataklizm. Nikt się nie wyrobi z tego powodu z programem. Dzieci obleją maturę.
Matka wie. Wie, że pewnych rzeczy nie robi się w trakcie roku szkonego. Ale pamięta też, jaki był lament i oburzenie, kiedy ten rok szkolny przedłużono!
-"Jak to?" - pytano -"To i tak odrabiamy dni wolne w soboty? Przecież przedłużenie roku miało być po to, żeby nie odrabiać!"
Matka woli odrobić coś w sobotę niż siedzieć w ostatnie dni czerwca w szkole i topić się na krześle. Ale to takie Matki prywatne zdanie.
I jakoś nie przypomina sobie, żeby czegoś się nauczyła przez ostatnie dwa tygodnie - lekcje wyglądały inaczej, panowała atmosfera rozluźnienia, nauczyciele odpytywali jakies niedobitki, które chciały poprawić oceny, wszyscy leżeli na ławkach znudzeni do granic możliwości. Nauczycielom to się nawet chciało - napotykali tylko na opór materii ożywionej...
Tydzień w tę, czy drugą stronę świata nie zmieni.
Ustalonego programu roku szkolengo w szkole chyba nie zaburzy specjalnie.
Co by nie zaproponowac Polakowi, to i tak będzie niezadowolony, i każdy powód jest dobry, żeby bić pianę.
Matka zamierza wykorzystać dobrze ten wolny tydzień. Pamięta jeszcze ze szkolnych swoich czasów, że był zawsze najdłuższy! Takie oczekiwanie na wakacje "właściwe".
I nie zamierza się w ogóle tym przejmować.
Nic a nic.
Tym, ze jedne klasy ma pospóźniane z programem o miesiąc i więcej (bo wycieczka, bo wywiadówka, bo rada pedagogiczna, bo to, czy tamto). To teraz tydzień jej coś zmieni? Nie!
Bo Matka ma w życiu pracę na drugim miejscu.
A na pierwszym rodzinę.
A Maryśka ma okropny kaszel. W sobote rano, jak zwykle dzieci miewają zresztą.
I TYM, to Matka się przejmuje.
Matka pamięta, jak się Potwory rodziły. Jak stało się nad łóżeczkiem w szpitalu i patrzyło na nie godzinami.
Pierwsze ziewnięcie.
Kichnięcie.
No dzieło sztuki!
Geniusz po prostu!
I to, że wtedy padał deszcz, padł rząd w państwie Rumbuku, dolar spadł, euro skoczyło, aktorka się rozwiodła, aktor się ożenił, ba, wojna się skończyła, wojna się zaczęła - dla Matki nie miało najmniejszego znaczenia!
Jest hierarchia wartości.
Koniec roku szkolnego ma Matka też na końcu.
Szarym!
środa, 02 listopada 2005
Z nadzieniem
Matka zwlokła się dziś z wyra i polazła do szkoły.
Polakowi dać dni wolne, to zaraz gnuśnieje i nic mu sie nie chce. To, co miał zrobić i tak odłogiem leży, czas się rozłazi i w ogóle.
Matka weszła do pokoju nauczycielskiego, żeby nabrać ochoty do pracy a tam towarzystwo podparte na łokciach, głowy zwieszone, kawy nietknięte. Na korytarzu dzieci ani widu, ani słychu...
-"Nie przyszli?" - rzuciła Matka w przestrzeń.
-"Są, są." - machnęła ręką koleżanka, ale zaraz się skrzywiła. Taki wydatek energii od świtu -"Snują się tylko gdzieś po kątach"
-"To dobrze, bo tak mi się nie chceeeee" - zajęczała Matka
-"O matko, ona też zaczyna!" - podniósł głowę kolega i zaraz opadła mu z powrotem.
No ochota do pracy wręcz wszystkich rozsadzała.
-"Lubi pani czekoladki?" - zapytały dzieci na lekcji.
-"Lubię, ale nie wezmę!" - zagroziła Matka -"A czemu?"
-"No przecież mamy sprawdzian za dwa tygodnie, to panią przekupimy!"
-"Jestem kompletnie nieprzekupna!" - zapewniła twardo Matka łykając szybko ślinę. I jeszcze raz. I następny. Cholera, mało dziennika nie opluła. Czekoladki na taka pogodę byłyby super, ale czort wie, jak będzie za dwa tygodnie...
-"Bo nasz pan od tratatata to lubi z pomarańczowym nadzieniem!"
Matka uniosła brwi powyżej głowy i zaraz opuściła. Zmarszczki jej się pogłębią, jak nic!
Nawiasem mówiąc, pan wygląda raczej na takiego, co to lubi z nadzieniem alkoholowym wielokrotnie dolewanym, ale niech będzie, że pomarańczowe. Może curacao?
-"No i co?" - zapytała od niechcenia-" Bierze i przekłada klasówkę?"
-"Nieeee" - zawyły dzieci -"Bierze i robi. I je, kiedy piszemy!"
O, to już świństwo. Ostatnie.
Ale jakże pomysłowe.
No Matka chyba przemyśli.
Zobaczy tylko, czy nadzienie tego warte...:-)
czwartek, 27 października 2005
Szpion naczelny
Matka się przejmuje. Jak zwykle.
Bo Matkę doszły tak zwane słuchy.
I Matka myślała, że sobie tak pójdzie na parę godzin do szkoły, zrobi wszystko jak najlepiej, pozałatwia wszelkie sprawy nadprogramowe i będzie cacy. Stara, głupia i naiwna!
Bo czy szkoła rządzi się innymi prawami, niż inne miejsca pracy? Nie!
Pomyślisz coś na trzecim piętrze a dziesięć minut wcześniej na parterze już to jest omówione!
Matka jest w ogóle chyba szpiegiem numer jeden pracując w dwóch szkołach. No bo to oczywiste, że donosi, prawda? Nic nie wie, bo jest tylko parę godzin, ale na pewno szpieguje.
Zdarzyło się Matce powiedzieć, że czuje sie lepiej w jednej z tych szkół, bo ją kończyła. Zna każdą klepkę w podłodze, każdą dziurę w ścianie. Wchodzi i jest u siebie. W budynku. Ceglanym. Z oknami.
Bo Matka trudno nawiązuje kontakty i nie znosi miejsc zatłoczonych - stąd szkoła jest dla niej stresem strasznym - przynajmniej na razie. Matka przypuszcza, ze się przyzwyczai, bo już to następuje, ale wymaga trochę czasu. Cóż, pół życia Matka pracowała albo sama, albo w grupie kilku osób. Rok na studiach był tłumny nadzwyczaj - dwunastu ludzi!
Na szczęście i w jednej szkole, i w drugiej kadra nauczycielska jest wspaniała - zgrane grono osób serdecznych i życzliwych. I Matka wśród nich świetnie się czuje.
Ale jednak ktoś powiedział, że Matka mówi, że jedna szkoła jest be a druga cacy. Lepiej się czujesz w budynku to znaczy uważasz, że tam są lepsi uczniowie. A o drugiej szkole mówisz, że jest gorsza.
Powiesz komuś, że dziś kończysz nie na szóstej godzinie, ale na siódmej, bo są przesunięcia w planie - to możesz być pewien postrzegania siebie jako osoby, która rozpowiada, że w szkole panuje bałagan...
Dojdzie do tego, że Matka będzie sie bała odpowiedzieć na najprostsze pytanie, bo ktoś coś usłyszy i nie tak zinterpretuje.
Ech...
środa, 26 października 2005
Kurs świadomości
Matce zachciało się wybrać na kurs dla kierowników wycieczek. Taki czterogodzinny, w szkole. Skończyła więc siedem lekcji i z wywalonym ozorem pojechała.
Na miejscu wszyscy już byli i pan też. Nadawał, aż miło. Dał Matce jakiś zeszycik z przepisami i po kolei wszystko omawiał.
Co z lekami, co z legitymacjami, co z autobusem, godzinami pracy kierowcy, znajomością języków i tak dalej. Nuuuudy, no straszliwe.
Matka jednak osobą uprzejmą jest, więc patrzyła na pana badawczo, czasem tylko urywał jej się film, więc szukała długopisu pod ławką. Rychło jednak z szesnastu kursantów została trójka i częstotliwość spoglądania pana na Matkę niebezpiecznie wzrosła. Pan zapewnie nie chciał patrzeć na kolegę Matki, bo nie za bardzo wypada. Koleżanka Matki siedziała za kolegą i miała święty, anielski spokój , a Matka oczywiście na patelni.
Po trzech godzinach Matka odjeżdżała na całego.
Wtedy pan zaczął tematy ciekawsze.
-"I państwo rozumiecie, jak usłyszycie w górach - aaaaaaaaaaaaaaa...BACH!!! - a nie ostrzegaliście, że jest niebezpiecznie, to idziecie siedzieć!"
Matka spojrzała na wszelki wypadek na krzesełko i pomyślała sobie, że właściwie to ona już siedzi i temat ją nie za bardzo interesuje.
-"I nie wolno wam podać dziecku żadnego leku, bo może zejść!"
To Matka akurat wie i jest za.
-"Jak wam się cała wycieczka młodzieży spije w trupa to dzwonicie na policję i zabierają ich na myjkę !" - uspokoił pan.
-"A jak się utopi ktoś a nie mówiliście wcześniej, że może być głęboko, to znów siedzicie!"
A potem pan dodał jak się transportuje zwłoki, na czyj koszt, jak się gubi dzieci - chyba żywe i różne takie fajne kawałki.
I Matka wyszła z kursu z papierem, że może być kierownikiem wycieczki.
I z świętym przekonaniem, że po to ten kurs zrobiła, żeby uprzytomnić sobie, że NIGDZIE, ALE TO NIGDZIE ZE SZKOLNYMI DZIEĆMI NIE ZAMIERZA JECHAĆ!!!
piątek, 14 października 2005
Cena sławy
Matka poszła się dziś ukulturalniać na trzy imprezy naukowe, mniejsza z tym jakie. Ucieszona była jak nie wiem co, bo to zawsze jakaś atrakcja w Metropolii.
Kiedy pojawiła sie w pierwszym miejscu, okazało się, że jest jedyna, ale pan był tak uprzejmy, że włączył Matce rzutnik multimedialny i "impreza" się odbyła.
Potem Matka udała się na drugą, gdzie mieli się produkować dawni znajomi ze studiów, ale nie przyjechali, mimo, że program był wydrukowany, oficjalny i tak dalej. Za to zaczynał właśnie, między licznie zgromadzoną młodzieżą, spicz wygłaszać pewien znajomy, który radośnie powitał przemykającą pod ścianą Matkę:
-"A to proszę państwa jest pani MattkaPolka, czy może ją znacie?"
Matka z lekka się spłoszyła, no bo skąd ktokolwiek mógłby ją znać?
-"Znamy!!!" - zaryczała młodzież - "Uczy nas w szkole!!!"
I tu Matka padła. Twarze oczywiście nic Matce nie mówiły, no, może jak się dobrze zastanowiła to z jedna, dwie.
-"A my razem pracujemy!" - dodały głosy z tyłu i Matka zaraz dojrzała dwójkę znanych z widzenia nauczycieli.
A potem nastapił ciąg dalszy, gdzie Matka usłyszała miast prelekcji opowieść o swoich zawodowych wyczynach w okolicy. Potem jednakowoż nastapiła prezentacja właściwa, która Matki nie zadowoliła, bo jednak gdyby miał mówić fachowiec, który nie był uprzejmy przybyć, to Matka byłaby bardziej zadowolona.
Po wszystkim Matka postanowiła udać się w trzecie miejsce, do nowego gmachu Wyższej Szkoły na warsztaty naukowe.
Obejrzała sobie wielką salę, gdzie były wszelkie potrzebne urządzenia, pogawędziła z prowadzącym na tematy luźne, po czym oboje stwierdzili, że jednakowoż pójdą sobie, bo NIKT więcej nie przyszedł...
I tak zniesmaczona Matka postanowiła po raz pierwszy od wielu miesięcy udać się do tak zwanego centrum i połazić po sklepach. Tak po babsku - ciuchy nowe, szmateks, drogeria, buciarnia.
Wlazła najpierw do ciuchlandu i nabyła sobie drogą kupna swetry przepiękne. Kiedy wystawiła łeb ze sklepu i rozejrzała się, żeby pójść w bardziej interesującą stronę usłyszała znienacka:
-"Dzień dobry sorko!"
No żeż, kurcze pieczone. Nie mogło byc tego powitania, jak wyłaziła z Wyższej Szkoły albo przynajmniej perfumerii?
Matka schowała za plecami wór ze szmateksu i pomknęła, żeby zagrzebać się w otchłaniach drogerii. Postanowiła kupić teściowej na imieniny różne kremy i balsamy, więc ryła w półkach na całego, potem obejrzała kolorówkę, która zbytnio jej nie interesuje i doszła w końcu do miejsc strategicznych. Wyciagnęła łapsko po podpaski i...
-"Oooo sorka! Dzień dobry!!!"
Matka nawet nie wie, kto to był. Wbiła się łbem w półkę z podpaskami skutecznie. Kiedy wylazła, stwierdziła, że trudno! Nie kupi. Jej sprawa, jakich używa!
Postanowiła pędem wracać do domu i wejść tylko, żeby sprawdzić, czy nie maja marynary pod kolor jej grafitowych dżinsów. Po drodze był Americanos i Matka wzięła zamach na drzwi.
-"Dzień dobry!!!"
I Matce opadły ręce, w których trzymała siaty ze szmateksowymi swetrami i papier toaletowy. A cholera wie, czy Americanos jest teraz trendy? Może lepiej wejść do Big Stara? Matka postanowiła nie ryzykować. Nie patrząc na "dzieńdobrowca" szybko odpowiedziała i załadowała się do samochodu.
Psiakrew, zachciało się Matce w szkole uczyć! Teraz gorzej ma, jak w Hollywood. ..
W domu Matka odetchnęła z ulgą, uprała swetrzyska, rozpakowała nieliczne zakupy i sięgnęła z siatki kubeczek z jogurtem.
I ręka jej zadrżała.
Wstawiła go do lodówki.
Na pewno po otwarciu powiedziałby jej "dzień dobry"...
poniedziałek, 10 października 2005
Niech to...
Matka podążyła dziś do szkoły z wywalonym ozorem, no bo musiała udać się do firmy komputerowej, żeby wydrukować foliogramy. Wpadła, ujrzała cztery sztuki już na nią czekające i wyciagnęła płytę z kolejnymi.
-"Wie pani co?" - podrapał się w głowę pan- "Nie da rady. No bo my jakiegoś wirusa złapaliśmy i system nam padł..."
Matce coś się przypomniało.
-"Tydzień temu też mieliście wirusa i system padł!" - zauważyła przytomnie
-"Tak, tak!" - ucieszył się pan a Matka znacznie mniej - "To ciągle ten sam wirus!"
-"To znaczy, że od tygodnia nie zreinstowaliście systemu?" - Matce jeż się zwłosił na łbie
-"Noooooo...nie...." - pokręcił głową pan a Matkę krew zalała na miejscu. Jak ten wirus paskudny mógł? Niedobry taki!!! BEZCZELNY!!! Wpadł i nie wypadł a panowie system muszą na nowo zainstalować!
I kurza twarz, najwyraźniej nie umieją tego zrobić!!!
A firma świadczy usługi komputerowe dla ludzkości...
Matka niewiele myśląc wypadła na drugą stronę ulicy do konkurencji, która ma drożej i drukuje na atramentówce. Matka nie lubi takich folii, bo sie kleją śmiesznie, ale trudno. Lekcja być musi.
-"Proszę pani, komputer mi nie czyta pani płyty. Za szybko pani wypaliła."
No na pewno. Matka na swoim złomie osiąga tak naddźwiękowe szybkości, że nikt nie jest w stanie tego odczytać. Ale co tam. Pewnie jakiś błąd był a Matka nie sprawdziła, bo późno się zrobiło. Jak się okazało wieczorem - u Matki czyta.
-"Niech pan daje tę płytę, już nie zdążę poprawić" - mruknęła Matka wściekła na siebie jak nie wiem co i pognała do szkoły.
Klasa na lekcję nie przyszła. Siedziała cichutko na jakimś pomylonym zastępstwie i Matka znalazła ich dopiero po dwudziestu minutach. Stwierdziła, że odpuści nowy temat, bo ma wiele innych klas spóźnionych i powtórzy to, co było. Tak też i zrobiła. A kolejne lekcje miała już wszystkie obcykane i z kompletem foliogramów.
Matka przytargała więc sprzęt, zainstalowała mapę na lewej stronie, spojrzała w okno, przez które waliło słońce nieprzytomnie i włączyła klawisz przekonana, że i tak nic nie będzie widać. No ten poniedziałek to już całkiem do kitu jest z niezaciemnianą salą.
No i co? Sprzęt wykonał nadludzki wysiłek i zaświecił przez ułamek sekundy, potem zrobił wdzięczne "bździang!" - i zgasł na wieki...
No żeż kurza jego twarz!!!
Matkę trafił jasny szlag.
A na przerwie jeszcze jaśniejszy, bo okazało się, że tego dnia jest wywiadówka a Matce to kompletnie umknęło i zapomniała w kamień. A może po prostu nie wiedziała.
I musiała pododkręcać MiaUzonowi mnóstwo spraw, ale dało się. Uff.
Kolejny, normalny dzień...
czwartek, 06 października 2005
Kawa celebrowana
Matka miała wczoraj dość pracowity dzień. W środy jest w swojej dawnej szkole i ma sześć godzin z jednym okienkiem - tym razem jednak pochorowało się sporo nauczycieli i dostała zastępstwo, więc z kawy nici. Matka oczywiście ma na myśli celebrowanie kawy, o ile kawę rozpuszczalną można w ogóle celebrować. Coś Matce dzwoni ostrzegawczo, że nie. Ba, wydaje się nawet, ze to profanacja napoju, ale co tam!
Matka widzi takich nauczycieli, co przynosza sobie zaparzaczyki marki Bodum, wsypują kawę, zaglądają uważnie do środka i... bach! Wysypują, bo kilka pyłków za dużo wpadło.
Cała zabawa zaczyna się od początku.
Zanurzanie specjalnej, markowej łyżeczki w paczce z kawą. Nie, nie w paczce. W hermetycznie zamykanym, szklanym słoiczku. Jakiej znowu tam papierowej paczce - przecież zapach uleci. No więc ciach do tego słoiczka, puk, puk łyżeczką o brzeg, żeby nadmiar spadł. Taksowanie oczne. Za dużo. Sruuuu do środka.
Jeszcze raz.
Wszyscy w pokoju wstrzymują oddech. Niech się w końcu, do ciężkiego grzyba uda, bo cholery dostaną od tego pukania!
Udało się.
Taksowanie oczne ponowne, z przemieszczeniem spojrzenia do środka zaparzaczyka.
Za długo trwa. Za dłu-go!
Chwila namysłu. Rzut oka na słoiczek z kawą, na zaparzaczyk, słoiczek, zaparzaczyk, słoiczek...
I łyżeczka markowa idzie znowu do słoiczka. Nabiera kilka pyłków kawy.
Puk, puk, odsypywanie, bo dwa za dużo.
I jeszcze raz do słoiczka, bo trzy uciekły.
A towarzystwo nauczycielskie patrzy, żłopiąc gorącą, rozpuszczalną, zalaną często ohydną, rakotwórczą, bez wątpienia do bólu zakonserwowaną śmietanką z małych pojemniczków. I siorbie, bo ma już dno.
Tymczasem trwa wsypywanie brakujących dwóch pyłków. Poszło!!!
Start do czajnika. Gorąca woda. Nie da rady.
Do zaparzaczyka musi iść świeży, napowietrzony wrzątek, a tu jakaś cholera zalała sobie nim rozpuszczalną.
Kran, woda, przycisk, wszyscy czekają na szum, bulgot i parę.
Jest!!!
Chwila ciszy... i słychać, jak woda delikatnie uderza o idealny kopczyk kawy, błyskawicznie tworzy w nim krater, spływa strużkami na boki niczym lawa, miesza się z pyłem, unosi tworząc kożuch z niezwilżonej kawy.
Rzut okiem na zewnętrzna stronę zaparzaczyka - jest odpowiedni poziom wody.
Czajnik na miejsce. Zatkanie zaparzaczyka specjalnym pizdrykiem z siateczką, która w odpowiednim momencie odetnie dostęp naparowi do zgorzkniałego wsadu.
Jeszcze jeden rzut okiem na poziom. Osiadło!!!
Wyciąganie dekielka, dolewanie wody - ostrożnie, ostrożnie, bo tylko cztery milimetry trzeba dolać, inaczej wyjdzie lura.
Znów dekielek i oczekiwanie. Trzy minuty z zegarkiem w ręku.
Można opuszczać wieczko i uwolnić napój od fusów. Powolutku, z namaszczeniem,żeby zaparzaczyk nie strzelił. Zdarza się czasami.
Powolutku, żeby wydobyć z kawy to, co najcenniejsze.
Wszyscy milkną.
Cisza, jak makiem zasiał.
Jest kawa!!!
I jest dzwonek na lekcję...
Klucze, dzienniki, drzwi, szafki, znów dzienniki, bo wzięło się nie te, drzwi, ciach, ciach, trzask, trzask!
Na stole zapomniany zaparzaczyk, kawa i czysta filiżanka.
I za 45 minut można już spokojnie wypić zimną, ale celebrowaną wcześniej lurę...
poniedziałek, 03 października 2005
Dodatkowe wyjście
Matka poszła dziś do tej lepszej szkoły, żeby zrobić w końcu kartkówkę. Dzieci to myślą, że taki belfer to o niczym innym nie marzy, tylko o robieniu sprawdzianów. Bo po pierwsze stoi sobie wtedy i dłubie w nosie. Pytania same mu się wymyślają. Nie? No to już na pewno kartkówki są samosprawdzające się.
Matka nic, tylko o tych cholernych kartkówkach marzy, szkoda gadać.
Dzieci tymczasem wymyśliły sobie tydzień temu, że pani im wstawi kropki. No to wstawiła. Pisała zresztą o tym.
Ale jak Matka tej kartkówki nie zrobiła, to wydawało jej się, że następnym razem już ją napiszą, tym bardziej, że pocztą pantoflową dowiedziały się bez dwóch zdań co było. Matka nie zamierzała za bardzo zmieniać, bo jej się nie chciało a poza tym przecież nie chodziło jej o odstrzelenie gości na michałkach.
Nic więc nie zmieniła i przybyła, żeby rach - ciach zrobić sprawdzianik i poprowadzić lekcję, bo czasu mało jest.
Nie przewidziała jednak głupoty dzieci. Nie mogła, no bo szkoła dobra.
Bo Matce w głowie się nie mieściło, że po miesiącu w nowej szkole pierwszaki moga to zrobić.
Dać dyla.
Tak po prostu.
W związku z czym Matka wypiła sobie z dziką przyjemnościa kawę.
I doszła do wniosku, ze z trzydziestu dwóch osób ONA JEDNA przejmować się tym kompletnie nie musi!!!
 
1 , 2