| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Księga gości
Było kiedyś - toplista Potworów
Koniecznie tam zajrzyj!
Czytane na bloxie
Czytane na onecie
Przepisy Matki Polki
Skracam drogę
Zaglądam
Popatrz...
środa, 13 grudnia 2006
Snieżną nocą kiedyś
Matka przypomniała sobie pewną dziwną noc przed świętami Bożego Narodzenia - pierwszymi spędzanymi bez Ojca Matki, który zmarł nagle w wakacje. Śnieg leżał ogromny, wisiały nisko chmury i czerwonawe światła na ulicy odbijały się w nich tak, że było na dworze jakby jaśniej, niż zwykle. Matkę obudził dziwny odgłos, a przecież wtedy ruchu nocnego praktycznie nie było i w centrum miasta cisza dzwoniła jak na wsi.
Matka- pierwszoroczna, beztroska licealistka wstała wtedy i podeszła do okna bez okularów. Szyby się trzęsły i Matka wiedziała tylko, że to nie sąsiad i jego wściekła syrenka.
Wyjrzała na ulicę i wróciła do biurka po okulary.
Spojrzała znów, wywaliła oczy jak talerze do spaghetti i pognała po Matkę Matki.
Ta przyszła, wykonała po chwili manewr okularowy i bez słowa podeszła do telefonu.
Odłożyła słuchawkę i włączyła radio.
Wyłączyła i rzekła krótko:
-"To już"

Matka nie wiedziała za bardzo co JUŻ, ale cieszyła się póki co, że nie strzelają.
Z tego czołgu, co stał do rana pod oknami...
czwartek, 08 września 2005
Prawie Piramidy
Matka szuka w necie piramid i wydm, żeby zrobić dzieciom foliogramy na lekcję. I znajduje wszystko, co nie trzeba: piramidy żywieniowe, sklepy i galerie o tej nazwie, tudzież piramidalne czuby na głowach jakichś odłamów młodzieżowych...
No piramidalny odlot i piramidalne bzdury.
I zaraz się Matce przypomina rok 1990, kiedy pracowała na kontrakcie w Rydze i był to czas szalony finansowo. Matka zarabiała tam mianowicie piętnaście razy więcej niż na etaciku, który posiadała. Dodatkowo było to również kilka razy więcej od Łotyszy, więc życie można było wieść szalone, gdyby nie to, że knajpy zamykali o 23.00 na wszystkie spusty.
Trzeba było jednakowoż jakoś wydać zarobione pieniądze, bo tylko połowę można było przekazać do Polski i zamienić na tak zwane bony, czyli sztuczne dolary. Pozostawała jeszcze cała reszta rubli, za którą zakupowało się telewizory kolorowe, obrabotki, czyli piły stolikowe do drewna, miksery, malaksery, maszynki do mięsa, centryfugi i co tam jeszcze - żeby tylko odzyskać jakoś te pieniądze w kraju, bo przejeść tego na miejscu nie dawało się w żaden sposób!
Matka ze znajomymi stosowała różne sposoby pozbywania się pieniędzy, ale nie wychodziło. Niektóre były stosunkowo przyjemne i polegały na wyłażeniu z pracy podczas przerwy śniadaniowej i odwiedzaniu maleńkiej kawiarenki Aromats. Siedziało się tam wokół baru, gdzie panienka na oczach gościa przyrządzała zabójczo mocną kawę w tygielku. Wybierało sie potem wersję z balsamem albo bez i człowiek wychodził z kołami pod powiekami, bo kriepka była nadzwyczaj.
Matka w tym czasie jednakowoż kawy nie pijała a herbaty tam dobrej nie mieli, więc pozostawała jej czekolada, która była pachnąca i gęsta, że łyżka stała. W Polsce nigdzie takiej nie uświadczysz, no bo kto zrobi czekoladę z czekolady a nie jakiegoś proszku? Picie czekolady było samo w sobie przyjemne, ale zapychało kaloriami i gęstością w sposób szybki i małoodwracalny, więc Matka kombinowała jak koń pod góre, jak toto popić, aż panienka zapytała, czemu Matka nie pija czekolady tak, jak wszyscy.
-"Kak, kak wsie?" - zapytała Matka i wywaliła oczy. No bo co, przez słomkę trzeba było? Wolniej, szybciej?
-"Scias pokażu!" - panienka zakręciła się na pięcie i po chwili wróciła z szalenie elegancką filiżanką, którą postawiła przed Matką.
Matka zapuściła żurawia do naczynia. Płyn był ciemnosłomkowy i przejrzysty.
Matka rozejrzała się na boki i doszła do wniosku, że zaryzykuje.
Łyknęła.
Za dużo.
-"Oj, ja zabyła skazać, sztoby wy ostorożno pili!" - zachichotała panienka
-"Czetyrie rublia!" -dodała i pobiegła podać filiżankę następnemu gościowi, bez pytania.
I Matka zalała czekoladę w brzuchu zawartością filiżanki, wróciła na rusztowanie i następnego dnia pojawiła się w towarzystwie pozostałych osób.
I od tej pory między 10.30 a 11.00 w kawiarni wokół baru siedzieli Polacy i zapijali kawę lub czekoladę filiżanką dobrego koniaku.
Bo tam do 13.00 alkoholu nigdzie sie nie podawało...

A Matka jak zwykle wpadła w dygresje, bo o Piramidach być miało.
No trudno. Potem.
piątek, 13 maja 2005
Trzy lata temu cz.III
Kiedy Matka odkryła wreszcie samolot, MiaUżon został bezceremonialnie wyproszony za drzwi.
Pani położna się uzbroiła i zanurkowała.
-"Kobieto!!!" - zawyła
-"No mówiłam, że przyjechałam za wcześnie! Dopiero z osiem -dziewięć skurczów miałam!" - zaczerwieniła się Matka, ale położna nie słuchała. Nie słuchała, bo jej nie było.
Matka rozejrzała się z trudem i uznała, że nie lubi, kiedy się ją zostawia samą na samolocie. Żadnej kurtuazji, no żadnej.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i położna wpadła z wózkiem.
-"Kobieto, no złaź szybko! Ty rodzisz!!! Zanim te lekarze kawę wypiją i tu zlezą, to będziemy mieli klops!!!"
-"O ile mi wiadomo, to ma być dziewczynka..." - Matka próbowała nieśmiało oponować, ale położna wepchnęła ją na wózek, rżnęła papiery z wyższym wykształceniem i pognała przed siebie z Matką, której od pędu podwiewało krótką koszulinkę. Minęły zdumionego MiaUżona, który po krótkiej chwili zrozumiał, że najlepiej będzie galopować za czołówką robiąc za jednoosobowy peleton. Nie szło mu za dobrze i Matka słyszała za sobą grzechot podrzucanego aparatu, brzęk łyżeczki i kubka, tudzież głuchy łoskot, bo MiaUżon dużym jest.
Kiedy przejeżdżały przez hol, Matka dojrzała znajomego pacjenta z nogą w gipsie, który rozpaczliwie próbował wycofać się na tyły, ale nie było jak, bo albo ściana, albo drzwi windy.
-"Z drogi, bo ja tu pracuję!!!" - zaryczała położna i najechała na nieszczęśnika. Matka zobaczyła tylko, jak drzwi windy, która właśnie nadjechała, otwierają się i gość w nie wpada. Założy się, że pojechał natychmiast wypisać się na własną prośbę...
Po przebyciu długaśnego korytarza położna wyjęła tajemny klucz, dzięki któremu Matka miała okazję przejechać się windą towarową. Okazja była jednakowoż długotrwała, gdyż winda stanęła między pierwszym a drugim piętrem i ani dudu. Matka rozejrzała się i stwierdziła, że tak obrzydliwej o obskurnej windy jeszcze w życiu nie widziała.
-"Jak ja mam tu rodzić, to ja rezygnuję. Wracam!"
-"Pani nie wraca" -sapała położna naduszając wszystkie guziki po kolei - "zaraz uruchomię tę cholerę. Tylko pani nie rodzi!!!"
Cholera posłuchała i przesunęła się na drugie piętro. Położna dognała pod pokój lekarzy i wrzasnęła w czeluść:
-"Pacjentka rodzi!!! Szybko!!!"
Po długiej chwili wyczłapało dwóch lekarzy - młody i stary i jednocześnie podrapali się w głowy.
-"Dziesięć centymetrów! Nie ma co stać!!!" - huknęła na nich położna.
Młody doktorek siorbnął kawę z obtłuczonego kubka.
-"To jakoś tak trochęście późno przyjechali?"
Matkę zapowietrzyło z lekka.
-"Zaczęłam mieć skurcze pół godziny temu..." - zaczęła
-"Eeeeee..." - machnął ręką starszy doktorek - "To gdzie tam już..." - po czym zniknął kończyc obiad.
Położna popędziła na koniec, do sali porodów rodzinnych.
-"Pierwszy rodzinny od ośmiu dni!" - powiedziała z dumą - "Bo wie pani, wszystkie baby się wstydzą i nie chcą!"
Matka rozejrzała się i pomyślała sobie, że chyba nawet więcej, niż od ośmiu dni, bo wszystko pokrywał równą warstwą bardzo elegancki, ale jednak kurz.
Jakieś kobietki zakrzątnęły się, pozakładały Matce kabelki i nie wiedzieć czemu wsadziły pod tyłek basen.
-"Ja przepraszam bardzo, nie wiem, czy panie są zorientowane, ale ja rodzę"
-"Tak, tak" - machnęła ręka połozna szorując wanienko-zlew.
-"Ale ja juz rodzę. Niech pani wyjmie mi ten przedmiot, bo jak ja dziecku powiem, że wpadło do nocnika???"
Tym razem położna bardzo się zainteresowała. Zajrzała, co słychać.
-"O matko! Pani rodzi!!!"
-"Niemożliwe?!"- zdziwiła sie uprzejmie Matka i po pół minucie urodziła Maryśkę.
W drzwiach pojawił się stary doktorek.
-"O! Już? No to ładnie" - i poszedł skończyć kawę.
Przysłał Młodego.
-"O! To już?" - zdziwił się młody - "No to może panią pozszywam?"
-"A może niekoniecznie?" - próbowała się targować Matka
Młody zajrzał. Co oni tak, psiakość ciagle Matkę podglądają?
-"Oj, chyba jednak..." - powiedział nakładając na łeb gustowny kalafiorek z flizeliny. Każdy lekarz wygląda w nim jak fiut. No Matka przeprasza bardzo. Powiesić projektanta. Nie mogą sombrera z flizeliny zrobić? Jakby tak ją wykrochmalili?
Młody zaczął zszywac Matkę. Matce nie wydaje się, żeby dostała choć trochę jakowegoś znieczulenia i nie było to porażająco przyjemne.
-"Pani mi ucieka!" - zaprotestował po chwili młody.
-"A proszę bardzo panie doktorze. Niech pan się tu położy a ja pana kłujnę! I zobaczymy!" - warknęła Matka
Położne turlały się za zasłonką.
-"Bo wie pan co, panie doktorze?" - Matka postanowiła się w swej nieludzkiej złośliwości popastwić nad doktorkiem - "Ja nie wiem, czemu to mnie musi k... bardziej boleć niz sam poród..."
Ale doktorek juz skończył.
A Matka dowiedziała się kilka dni później od zgoła innego lekarza, że opowiadał zachwycony:
-"Ale mi się fajna pacjentka trafiła! K... do mnie powiedziała!!!"
No i proszę, jak niewiele człowiekowi do szczęścia trzeba...
Trzy lata temu cz.II
Jak Matka wspomniała, dyspozycje zostały MiaUżonowi wydane. Matka pomyślała sobie, że w dniu próby można zostać obsłużonym, w związku z czym siadła na tarasie o 11.15 i zapodała:
-"Jedną kawę i dwie kanapki z dżemem poproszę! Nie zamierzam umierać z głodu, kiedy nic się nie dzieje."
Bo i nic się nie działo. Matkę pobolewało coś z lekka co czterdzieści minut, co nie byłoby w stanie przerwać jej snu, więc nigdzie nie było po co jechać. Żeby zaraz zagłodzili Matkę na śmierć? I odwodnili? Za nic!
Matka spakowała jednak z nudów walizek i wsadziła do szafy. Siedziała teraz i patrzyła, jak w ogródku obok zaczyna się przyjęcie komunijne sąsiadów. Msza zaprzyjaźnionego dziecka też miała zacząć się lada chwila i Matka zgrzytała zębami na myśl, co też tam na stole będzie na imprezie...
MiaUżon z powierzonego zadania wywiązał się znakomicie i po chwili przed Matką stnął kubek parującej kawy ze śmietanką i kanapeczki. Matka nadjadła i poszła do ogródka podziwiać tulipany. Niestety w połowie drugiej kanapeczki apetyt jej przeszedł, bo coś Matkę docisnęło.
Wróciła pędem na taras, siadła i czekała, co dalej. Dalej było po dwóch minutach i też nie było ciekawe.
-"Może pojedziemy?" - nieśmiało zaproponował MiaUżon.
-"Ty żartujesz? Kanapki mam zostawić i kawę?" - oburzyła się Matka -"I co ja powiem w szpitalu? Że dwa skurcze miałam?"
MiaUżon nic, tylko patrzył na Matkę.
A Matka nadgryzła jeszcze raz i po kolejnych dwóch minutach wpadła do szafy, szarpnęła walizek i zawołała:
-"Bier ten samochód, ale szybko i rzucaj coś na siedzenie! Bo nie zdążymy!!!"
MiaUżon podjechał z piskiem, Matka odczekała, żeby ją nie złapało na dziesięciu metrach i wpadła łbem do przodu do samochodu.
-"Jedź na skróty, bo ja tu mam koniec świata!!!"
MiaUżon dojechał do szpitala w siedem minut. Problem polegał jednak na tym, że dojazdu do szpitala bronią rogatki, następnie ochroniarz i następnie pani inkasentka. Co inkasuje 4 złote za wjazd.
Matka czterech złotych nie miała. Nie miała też, a może zwłaszcza czasu na pierdoły.
-"A co będzie, jak bramka jest zamknięta?" - zapytał MiaUżon na wszelki wypadek
-"Przejedziesz z bramką!!!" - zawołała Matka i stanęła w blokach startowych.
Brameczki szczęście, że była otwarta...
W drzwiach szpitala stał pacjent oparty na kulach, w gustownej pasiastej piżamce i z wielkim gipsem na nodze. Odpalał się ze spokojem, jednakowoż blokował Matce dostępu do budynku. Matka wpadła w drzwi nie rozglądając się zbytnio, ale ze względu na gabaryty zahaczyła pana, który poleciał z całym tym gipsem na mur. Nie trzeba było palić! Palenie szkodzi!!!
Matka dobiegła do izby przyjęć i się zawiesiła. No bo co miała robić w niedzielę o 12.00? Przecież wszyscy jedli obiad...
-"A pani do czego?" - wystawiła łeb z okienka pielęgniarka z kotletem w paszczy.
-"Do porodu" - warknęła Matka, bo przecież nie było widać do czego tu ona przyjechała.
-"Zara! Zara przyńdzie!" - pani zatrzasnęła okienko.
Matka zakwitła przed izbą. Po pięciu minutach przybyła położna, która zabrała stos papierów, posadziła Matkę na kozetce i zaczęła spisywać Matki dane.
-"Wykształcenie średnie?" - obrzuciła Matkę fachowym spojrzeniem
-"Wyhyhyhyhyższe!" - wysapała Matka, której już nic nie dziwi. Kiedyś piekliła się i mawiała: "Wyższe, w trybie stacjonarnym, pięcioletnie, na dobrej, renomowanej uczelni, zakończone zdanym z sukcesem egzaminem magisterskim".
Niestety panie wtedy odrywały wzrok od papierów i pytały:
-"Że JAK???"
Matka więc daje spokój i przyjmuje do wiadomości, że w szpitalu kwestia wykształcenia ma znaczenie podstawowe.
-"To pani co, do porodu?"
-"..."
-"Do porodu?" - położna odwróciła się i sprawdziła, czy Matka dalej tam jest.
Matka była.
-"A co pani nic nie mówi?"
-"Skurcz mam" - odzyskała głos Matka
-"Ale pani coś mi tak dziwnie wygląda..." - zaniepokoiła się położna
-"Co, gruba jestem?" - zajędzowała Matka - "To nic, przejdzie..."
-"Nie, nie" - ruszyła się położna - "ja to panią może zbadam?"
-"No może?" - zgodziła się Matka i rozejrzała się w poszukiwaniu samolotu o czym c.d.
Trzy lata temu...cz.I
Matka pomyślała sobie, że trzy lata to tak malutko a jednocześnie mamy tu Potworka, który chodzi, je, mówi, ba, kłóci sie nawet. A dopiero co się urodził...
A Matka z Maryśką nie miała łatwo, oj, nie. Bo gdzies tak kolo Sylwestra, czyli w 19 tygodniu ciąży okazało się, że czeka Matkę leżenie kołami do góry. Jak będzie grzeczna, to w domu. Jak nie - w szpitalu.
Matka zdecydowanie postanowiła być grzeczna, skutecznie zniechęcona wizją rozczochranej salowej podtykającej Matce kilka razy dziennie basen. MiaUżon strzelił sobie natychmiast w łeb, gdyż od tej pory wykonywał obiady posiadając zdalne sterowanie. I przywoził Janeczkę z przedszkola.
Matka zapoznała się za to ze wszystkimi rocznikami Dziecka i Twojego Dziecka oraz serialami w telewizorni. Wytrzymywała dwa. Dwa seriale.
Po dziewiętnastu tygodniach Matce pozwolono wstać i ostatnie dwa tygodnie mogła spędzić umiarkowanie na nogach. Ucieszyła sie bardzo, bo szykowało się rodzinie Matki przyjęcie komunijne, co zdarza sie bardzo rzadko. W ogóle imprezy typu wesela Matkę omijają. Wszyscy wcześniej jakoś poimprezowali i teraz bezrybie okrutne jest.
Matka nabyła więc prezent, zapakowała pięknie, uszykowała ubranka odświętne i zapowiedziała Potworowi, że ma być grzeczny. Janeczce długo nie trzeba było tego tłumaczyć - w końcu najważniejszą częścią Pierwszej Komunii jest przyjęcie, na którym dorośli nie patrzą, ile Janeczka potrafi wepchnąć w siebie. Potwór nic, tylko żył nadzieją, że wreszcie nie będzie - za przyczybną wyrodnych rodziców- głodować...
Matka w dzień Komunii obudziła się o czwartej rano i pomyślała sobie, że właściwie nie wie, czemu nie śpi. Nic się nie działo, ale było dziwnie. Cos wisiało. Matka - czego nigdy o tej porze nie robi - wstała, wzięła prysznic i polazła na strych załatwić pocztę. No kompletne wariactwo. I jak już o tej ósmej rano odpisywała na ostatni list i przygotowywała zawiadomienie o narodzinach Potworka poczuła, że jednakowoż na przyjęcie chyba się nie uda...
Kiedy po chwili na strychu pojawił sie zaspany Potwór i usłyszał, że przyjęcia nie będzie, świat runął, dach się zawalił i cała Matki metropolia wiedziała, że Janeczka dziś NIE ZJE!!!
MiaUżon, który otworzył z tego okropnego hałasu oko został poinformowany o możliwości. Postanowił, kiedy już otrzeźwiał, co nastąpiło koło dziewiątej, że do kościoła pójdzie z Janeczką Babcia, żeby rodzina komunistki nie poczuła się zawiedziona.
Matka tymczasem wzięła jeszcze trzy prysznice i czekała na Godota.
Godot wcale nie myślał nadchodzić!
Przed jedenastą Matka ubrała Potwora i MiaUżon zawiózł go do Babci, bo Komunia miała być o 11.30...
A kiedy wrócił Matka wydała krótkie dyspozycje, bo cała sytuacja zaczynała ją nudzić o czym c.d.
poniedziałek, 02 maja 2005
W kolorze blue
Matka zagrzebała w pamięci w poszukiwaniu pierwszych majów. A było ich, było... Najpierw w podstawówce co roku obowiązkowy pochód. Matka w ósmej klasie to nawet szła w poczcie sztandarowym a było to wyróżnienie jak jasny gwint! Kolega, który niósł sztandar spisał się jednak nieszczególnie, bo upał był jakiś wyjątkowo makabryczny (jak to jest, że w edy to albo skwar panował nieznośny, albo ziąb, że ząb na ząb nie trafiał?) a sztandar osadzony jakoś chybotliwie. Kolega podtrzymywał więc opadające drzewce jak mógł, ale ciężar pokonał go wkrótce i Matka ujrzała ze zdumieniem fikające nóżki, bardzo rosłego zresztą, chłopięcia, które okazały się nie być obutymi w pepegi wysmarowane pastą Nivea celem odświeżenia, jeno w prywaciarskie, jasnobrązowe buciory, zakończone obciachowymi czubami, obitymi srebrnymi blaszkami...
Ale Matka nie o tym miała napisać, jak zwykle zresztą.
Bo Matce przypomniał się pochód roku 84go, a wcześniej na pochodach licealnych nie bywała. Dziwne to bardzo, biorąc pod uwagę początek lat osiemdziesiątych.
Matki wychowawczyni odezwała się wtedy do klasy:
-"Wiecie, pochód nie jest co prawda obowiązkowy, ale sami rozumiecie. Pochód mamy 1go a maturę 10go..."
Klasa Matki wiedziała i aż nazbyt dobrze rozumiała.
Matka wystroiła się więc rankiem w białą bluzkę i czarną spódniczkę ze studniówki, ale cały czas kombinowała, jak tu zrobić coś, żeby było wiadomo, że Matka tu idzie z musu, nie z chęci.
I jak tylko zajrzała do szafy, to zaraz wiedziała, co zrobi. Bo trzeba wiedzieć, że jedynym słusznym obuwiem były te nieszczęsne, pastowane pepegi. A pepegów nie było. Naród nakładał więc na stare tenisówki kolejne warstwy pasty Nivea albo Pollena i szedł, rozrzucając tafelki odpryskującej kredy na boki. A Matka pepegów nie posiadała.
Jedenym sportowym obuwiem były chińskie trampki, po które trzeba było stać w kolejce niemal po nocy, lecz Matka nie stała. Wygladało się w nich zresztą jak kretyn, ale to widać dopiero z perspektywy lat...
Ale Matki Matka w grudniu 83 roku pojechała na pielgrzymkę do Rzymu. Przywiozła wtedy stosunkowo niedorosłej Matce kilka porażających rzeczy, do których należały - niebieściuchny szetlandzki sweterek, czarny kożuszek, który do dziś wisi w szafie i kwiczy, dwa trójpaki za małych fig, w których chodzi teraz Janeczka, zegarek elektroniczny z melodyjką (co to było w klasie!) i gwóźdź wycieczki absolutny, czyli ohydne, burżuazyjne, zgniłe i absolutnie przepiękne błękitne trampki!!!
Matka tymi trampkami porażała naród przez dobre trzy lata, zanim się całkiem nie rozpadły.
I włożyła je na ten pochód pierwszomajowy i szła w nich dumna jak paw.
I wszyscy wiedzieli o co chodzi!
I nawet Matce do głowy nie przyszło, że zakończyła w ten sposób pochody pierwszomajowe w swoim życiu...
wtorek, 22 marca 2005
Wagary Matki
Matka zorientowała się wczoraj nieco późnawo, że mamy wiosnę. Podobno.
Dobrze, że w radiu donosili o młodzieży dzwoniącej budzikami i topiącej Marzannę...
Młodzież w związku z wyżej wymienionymi czynnościami nawiewała ze szkół i Matce zaraz się przypomniało jak to ona świętowała Dzień Wagarowicza. Raz w liceum. Powtórki nie było.
Wykombinowała sobie mianowicie klasa Matki, że w ilości sztuk luda 42, pójdą do kina na seans przedpołudniowy. Nic to, ze szkoła z tak zwanymi tradycjami. Człek młody był i głupi, nikogo o zdanie nie pytał i wydawało mu się, że w pierwszej klasie wszystkie rozumy pozjadał!
Klasa podążyła więc solidarnie do kina, nabyła bilety na film okrutnie wtedy chodliwy i wlazła do sali. Bilety były tylko dlatego, że seans na 10.30, bodajże, nie cieszył się zbytnimi względami społeczeństwa.
Wszystkim się wydawało, że odliczyli się jak ta lala i to był błąd. Bo nie przewidzieli, że ktoś do szkoły może się spóźnić...
Kiedy film się rozpoczął, naród patrzył na niego jak na obraz częstochowski. Wypieki na twarzach, no szał po prostu! Dostać się do kina na takie coś!
Bo film nazywał się "Człowiek z żelaza"...
I mieliśmy marzec roku 1981...
I kiedy minęło pół godziny, a siedzieliśmy w pierwszym rzędzie z oszczędności, wyrosła przed nami mama naszego klasowego kolegi, która była jednocześnie wicedyrektorem szkoły. Nauczycielka chemii, choć nie nasza. Bardzo fajna babka zresztą, szkoda, że już jej nie ma...
Poszeptała coś do ucha synowi, ten zbladł jak ściana, wstał i zarządził odwrót. Nikt nie dyskutował i o nic nie pytał.
W szkole okazało się, że na nasze szczęście, wbiła się na spóźnionego kumpla z klasy. Ten wyłuszczył co i jak, i gdzie nas można znaleźć.
Bo nie chodziło o jakieś kino. My, durny naród, niezaiteresowany polityką, nie wiedzieliśmy, ze na 12.00 planowany jest strajk ostrzegawczy w całej Polsce. A w naszej szkole, z takim a nie innym dyrektorem, skończyłoby się to fatalnie dla nas. Matka nawet boi się mysleć. Brr! Podciągnęliby te wagary pod strajk, jak nic!
I były to ostatni taki dzień. Potem przyszedł rok 1982, kiedy nic nie można było. 1983, kiedy zrobiono nam klasówkę za potańcówkę na jednej godzinie w Dzień Wagarowicza. I 1984. A wtedy to już nikt przed maturą nawet nie myślał, żeby podskakiwać...
środa, 09 lutego 2005
Popielec
Matka co jakiś czas przelatuje na miotle koło lodówki. Ten mebel to dziś ma jakieś wyjątkowe przyciąganie...
Dwa razy w roku tak ma, jeszcze w Wielki Piątek. Człowiek normalnie by nie jadł, a wtedy, kiedy nie można, to psiakosteczka pachnie wszystko i zaraz jakaś kiełbaska na myśl przychodzi...
Matka pamięta czasy podstawówki. Jak jest u Janeczki - nie wie, bo Janeczka ma teraz środek ferii.
Ale jak Matka była mała, to w środę popielcową dochodziło niemal do demonstracji. Zaraz było wiadomo, kto ma rodziców w partii... Dzieci bowiem przynosiły wtedy do szkoły śniadania z wędliną. Codziennie mógł być żółty ser, ale w Popielec obowiązkowo wędlina i to najcześciej nie byle co, ale wędzona sopocka...
Może dlatego, że jak się gryzło kanapkę, to sopocka strzelała,nie dając się zjeść elegancko?
Najlepsze było to, że robiły tak też dzieci, które chadzały z nami na religię...
I nikt nic nie komentował.
Już w poczatkach szkoły podstawowej docierało do nas, że dorośli mają swoje rozgrywki i ta nieszczęsna kiełbasa jest jakimś trybikiem w całej machinie.
Matka jest bardzo ciekawa, jak jest teraz? Za rok się przekona...
Tyle tylko, że teraz dzieci post nie obowiązuje aż do 14 roku życia, czyli nic z tego. I Matka w przypadku alergicznych Potworów z tego korzysta, bo jajek dac nie może a i rybę rzadko.
Ale Potwory zjadły dziś coś, co pływało.
Bo to wyjątkowy dzień.
A Matka w tym temacie nie zamierza być nowoczesna...
poniedziałek, 07 lutego 2005
Krzesło
Matce się przypomniało w związku z kichaniem Potworów. Bo Matka chodzi z nimi do ośrodka zdrowia tego samego, do którego sama chodziła ze swoją Matką. Nawet lekarka jest ta sama, ale Matka chadza do znajomej pediatryczki, z którą siedziała w jednej ławce w liceum.
A w ośrodku nic się nie zmieniło. Drzwi te same. Boksy na niemowlaki też, przybyła tylko kolejna warstwa farby olejnej na wierzchu.
Zmieniło się krzesło. Krzesło do szczepień.
Bo wtedy, kiedy Matka była malutka, to stało tam wysokie krzesełko, takie trochę, jak do karmienia dzieci.
Teraz już jest normalne, matki siadają wraz z dziećmi i generalnie jest mało płaczu. W każdym razie Potwory były wyjątkowo łaskawe w tym względzie i zdarzało się, że nawet nie pisnęły.
Maryśka miała przecież kilka razy pobieraną krew, tak normalnie, z żyły i tylko patrzyła z wielkim zainteresowaniem.

Za to Matka pamięta, jak słoń, jedno zdarzenie.
Kiedy była malutka - tak sobie myśli, że mogła mieć wtedy ze cztery lata najwyżej a pewnie raczej mniej - poszła na spacer ze swoją Matką. I nagle, nie wiadomo czemu, skręciły do przychodni.
Mała Matka bardzo a bardzo się zaniepokoiła, bo dzieci takich miejsc zwykle nie lubią. Matka powiedziała jej od razu, że ona tylko idzie tam o coś zapytać i niech mała Matka sobie tu poczeka i poogląda tablicę z plakatami.
I mała Matka stała i patrzyła sobie na obrazki dość długo, kiedy nagle wyszła pani pielęgniarka, wzięła Matkę za frak, posadziła na tym ohydnym krześle i ukłuła.
Matka nie płakała.
Matka pamięta do dziś uczucie bezbrzeżnego zdumienia, że własna Mama ją oszukała. Choć nie było takiej potrzeby!
Matka nie wie, czemu tak się stało. Może nie pamięta. I nie ma kogo spytać.
Tak było tylko raz, ale zapadło to Matce tak głęboko w pamięci, że nie da się usunąć.
Dlatego Matka nie oszukuje Potworów, że nie będzie nic a nic bolało, jeśli wie, że może być coś nieprzyjemne. Bo to się najczęściej da jakoś wytłumaczyć. A kiedy Potwory były malutkie można było je tak zabawić, że przeżywało się te szczepienia.
Matka wie, że są sytuacje w życiu, kiedy dziecko cierpi i trudno z tego wybrnąć. Ale nie przy zwykłych szczepieniach.
Szkoda tracić zaufanie dziecka przy jakimś kłujku.
Tak sobie Matka myśli!
środa, 02 lutego 2005
Pranie
Teraz to pranie nudne jest...
Matka wkłada rzeczy do pralki, sypie odpowiedni proszek, wlewa coś tam jeszcze, żeby pachniało, plamy zlazły i oślepiało bielą - i tak się robi.
Nie to, co kiedyś...
U Matki w domu pojawiła się pralka automatyczna. Pierwszy możliwy Polar, taki ze światełkami w metalowej obudowie i chromowanym pokrętłem. Matka była w starszakach, więc musiał być rok chyba 1972...
Najpierw rodzice trzy dni chodzili naokoło pralki i kombinowali. Może jednak Franię z wyżymaczką przyniesć?
W końcu kupili proszek. Wtedy były dwa możliwe - BIO i Pollena.
Zadzwonili po znajomego pana Jurka. Tak na wszelki wypadek. Przybył z odsieczą i ręcznikiem. Dorzucił ręcznik do prania, żeby miec namacalny dowód, że się jednak pierze.
Matka Matki nastawiła pranie zgodnie z instrukcją, która zawsze leżała potem na pralce, bo to przecież szczyt automatyki polskiej był.
Znajomy zasiadł na wannie i nie ruszył się stamtąd przez dwie godziny, aż pralka odwirowała.
-"Oooooo! Jest! Jest!" - ryczał radośnie pan Jureczek za każdym razem, kiedy migał mu w polu widzenia jego ręcznik.
Pralka więc prała. I to jak prała!
Ojciec Matki mawiał, że jest szalenie interesująco, bo nigdy nie wie, w jakim kolorze będzie chodził...
Za każdym razem bowiem, kiedy Matka Matki nastawiała białe pranie, wychodziło ono w innym odcieniu.
Zawdzięczaliśmy to ówczesnej technologii proszkowej. Biała podkoszulka biała była jedynie do pierwszego prania. Najczęstszym uzyskiwanym kolorem był żółty.
Ale niekoniecznie. Bywało, że chodziliśmy w bieliźnie sinej, fioletowawej lub szarej. A zależało to od proszku i ewentualnych wtrętów. Bo jak się zaplątała jakaś skarpetka a Matka Matki wygotowała towarzystwo to umarł w butach...
Matka poszła raz do Siostry Matki w odwiedziny. Siostra Matki bywała w tamtych czasach na zagranicznych, dolarowych wycieczkach i przywoziła stamtąd rzeczy takie, że mózg stawał.
Mała Matka weszła - a tam Ciotka siedzi i ma łzy w oczach. Na korytarzu, na sznurku wisi pranie.
-"Co się stało, ciociu?" - zapytała wystraszona Matka
-"Zobacz, zobacz" - zachlipała ciotka-" Przywiozłam Leszkowi z Włoch taką piękną firmową koszulkę Pumy..."
Matka z ciekawością się rozejrzała. Na sznurku wisiała porażająco piękna, seledynowa koszulka z pumą i napisem. Kolor nieprawdopodobny w komunistycznej szarzyźnie połowy lat siedemdziesiątych.
-"O matko, jaki piekny, zielony kolor!" - jęknęła mała Matka
-"No właśnie!" - zalała się łzami Ciotka - " co ja powiem Leszkowi? Przed praniem była cudownie błękitna!"

O! I gdzie tu teraz takie niespodzianki?
 
1 , 2