| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Księga gości
Było kiedyś - toplista Potworów
Koniecznie tam zajrzyj!
Czytane na bloxie
Czytane na onecie
Przepisy Matki Polki
Skracam drogę
Zaglądam
Popatrz...
czwartek, 12 lipca 2012
Czas leci

Matka w ostatnim dniu przed wyjazdem, świeżo po wizycie u fryzjera, postanowiła zaszaleć kolorystycznie, ale za niewielką cenę. Wakacje są mianowicie jedyną okazją do pomalowania paznokci na jakiś zupełnie niepoważny kolor. Matka da sobie łeb ściąć, że poprzestanie na oglądaniu buteleczek, potrząsaniu i tak dalej, po czym odda je Janeczce, ale co tam - przyjemność kupowania była.
Ponieważ lało - padło na miejscowego Rossmanna. Może nie są tam kolory jakieś supertanie, ale drogie też niekoniecznie. Miały kryć i być pozornie kolorowe  - jakiś blady fiolecik, szary (szaleństwo, co?), róż pastelowy czy seledynek. Matka łaziła, potrząsala buteleczkami, prześwietlała zawartość i nie doszłaby do żadnego wniosku, gdyby na horyzoncie nie pojawiła sie miło wyglądająca panienka, która wycierała coś z kurzu.
- A to ja polecam pani Rimmela, niedrogi jest i trwały.
Matka ucieszyła się. 
Panienka pomknęła też w stronę lakierów w cenie około 3zł i sama się skrzywiła. Porozdzielane, chyba zalegające tam dość długo.
Matka doskonale wie, że cena jest żadnym wyznacznikiem - Potwór namiętnie i po kryjomu kupuje sobie różne zabójcze kolory w cenie trzech złotych i spokojnie mu wytrzymują kilka dni przy pięknym kryciu i połysku. Najwyraźniej robi to w innym miejscu. Matka podejrzewa chytrze drogerię Natura, czy jakoś tak. Nie bywa, bo nie po drodze.
Po dokupieniu szarości, żeby za bardzo niepoważnie jednak nie było, należało się rozliczyć.
- Ja panią podliczę, bo to kolorówka jest i trzeba zapłacić tutaj, u mnie. - Panienka postawiła lakiery koło kasy - A ma pani już kartę "ROSSnę"?
Matka zastanowiła się. Ma różne karty, ale tę nie i coś jej mówi, że nie kwalifikuje się do jej posiadania.
- A to nie jest coś związanego z małymi dziećmi? - Zaświtało jej w głowie.
- Tak! - odparła panienka - To karta dla rodziców dzieci do lat pięciu.
- A to nie! - ucieszyła się Matka, która wreszcie może się ruszyć z domu bez ogonów, bo Potwory mają przecież 10 lat i 15. - Już nie mam takiech dzieci.
- To nic! - Panienki to nie zbiło wcale z tropu - Ale może ma pani TAKIE WNUKI??? 

 

sobota, 19 maja 2012
Ding-dong!

Matka polazła na poddasze wylutować kilka rzeczy, bo zaległości jej się narobiło od tak zwanej w niektórych kręgach ciężkiej cholery. No trudno. Remont przed domem okazał się wybitnie absorbujący. Matce wręcz się wydaje, że nie byłby w stanie się posuwać do przodu, gdyby normalnie chodziła do pracy. Co weźmie do ręki pędzel, to ma ding-dong do drzwi.
- Bo proszę pani jest problem...
Ze wszystkim jest problem. Nic nie ma kąta prostego, ba, nawet się do niego nie zbliża!
- Narysuję wam na kartce kręgi, to zgubimy odrobinę krzywizny. - jęknęła Matka.
Narysowała. UFO w Wylatowie by lepszych w zbożu nie wyrezało.
-Cegły krzywe!
Matka ich nie wyprostuje. No przeprasza. Kupiła w internecie, bo kosztowały połowę tego, co w tym samym miejscu realnie. Nie inny gatunek, skąd, pierwszy! Uwiędła, kiedy zorientowała się ile kosztuje klinkier i że trzy słupki do ogrodzenia będą ją kosztowały sumę mocno czterocyfrową.
- I jeszcze poodbijane!
No tego to Matka nie przeżyła. Połowa cegieł kupowanych rzecz jasna na sztuki, jak to klinkier, odbita jak jasny gwint. Władowała w bagażnik, zawiozla, opierniczyła.
- No pani chyba żartuje, że są poza gatunkiem. Zaraz będą wymienione!
Sympatyczny pan magazynier bardzo się zdziwił.
- O, te 234 cegły to były pewnie do pani?
- Do mnie - odparła Matka - i z tego 200 było odbitych!
- Niemożliwe - pan podrapał się w łeb przez czapeczkę, potem bezpośrednio i znów przez czapeczkę. - No niech pani sama spojrzy, są oryginalnie zapakowane!
I zapuścił grabę w paletę, wyciągając jedną cegłę na chybił-trafił. Narożnika nie było.
- Ożesz ty! - Popatrzył zdumiony i wyciągnął kolejną. 
Odbita.
Pięć innych - to samo.
Matka zaraz się lepiej poczuła. Nie zwariowała i nie ma zwidów - jaka to doskonała wiadomość!
Wymieniła klinkierową dziurawkę i nabyła jedną cegłę pełną do furtki. 6 złotych polskich. Pasek platynowy zatopiony ma, czy co?
Tak więc na nudy narzekać nie można. Panowie rozwalają ile wlezie, problemy się piętrzą, a Matka płaci za kolejne big-bagi na gruz. Poszło już pięć. Cholera wie ile to kosztuje np. w stolicy, ale w Matki metropolii 123złote sztuka i Matka na to musi pracować miesiąc. Trudno. Za to ma w miarę czysto przed chałupą. Raniutko przyjeżdża samochód, szast-prast zabiera i jest spokój.
No i Matka doszła znów do lutowania. Bo puktualnie o 21.00 usłyszała ding-dong do drzwi.
No co, jak co, ale panów fachowców o tej porze w sobotę nie ma. Goście też nie przychodzą.
Drzwi trzasnęły raz, drugi, trzeci. Za każdym razem coraz mocniej>
Matka na schodach uslyszała tętent. MiaUżon tak nie wbiega, pogubił by swoje zoperowane i niezoperowane kolanka. Na strych wpadła Janeczka.
- Nie masz pojęcia, ale zwała!
Tak, tak, Potwór wszedł w okres, buntu, naporu, niepokoju społecznego i testowania na Matce "wejść i odzywów". Nie dziwota, że Matka nie ma ochoty na pisanie.
- Yhyyyy? - Wyraziła uprzejme zainteresowanie Matka znad palnika, bo lada chwila mógł jej wykipieć mosiądz, a tego to nie lubi.
- Straż miejska przyjechała i tata sie okropnie wkurzył!!!
A tu Matka przerwała lutowanie. Sprawa stała się nieco interesująca.
- A o co chodziło? - spytała ostrożnie.
Potwór wywrócił białkami.
- No tego to ja nie wiem!
Pięknie. Przyczyn wizyty strażników mogło być kilka : uprzejmi sąsiedzi mieli po tygodniu dość remontu. Eeee, niemożliwe. Matka codziennie zamiatała na czysto ulicę z piasku, auto stawiała na boku, panowie co ,jak co, ale zachowywali sie porządnie: nie klęli, nie pili i nie korzystali z toalety w lesie. Nawet żadnej muzyki nie puszczali sobie na cały, ani na żaden regulator.
- A może coś słyszałam o kartonach - zastanowił się Potwór.
A to Matka już wszystko wie. MiaUżon co jakiś czas robi niezłe prezenty wałęsającym się złomiarzom. Jedni są hałasujący, wywalający wszystko ze śmietników w poszukiwaniu puszek i pijący pod sklepem denaturat. Nic nie dostaną. Drudzy są porządni, po nich się nawet dzwoni.
MiaUżon zrobił to w dobroci serca, w końcu do zabrania było sześć metrów metalowego ogrodzenia!
- Ja ich jeszcze zapytam, czy nie chcą kartonów, bo na pewno w szkole nie będzie już zbiórki makulatury.
- Coś ty! - Machnęła ręką Matka. - Nie opłaca się chyba.
Ale MiaUżon zapytał.
- Jej, no jasne, że weźmiemy! Bo teraz w skupie dają w zamian papier toaletowy, to byśmy mieli, a mieli!
I MiaUżon drżącą ręką oddał skarby Potworka, który stara się bić wszelkie rekordy w znoszeniu do szkoły baterii, nakrętek, butelek i papierów. Co się przy tym nagrzebał w piwnicy to jego. Sobotnia pełnia szczęścia.
Panowie załadowali na wózek płot, narzucili posortowaną makulaturę, owinęli pasami i pojechali.
Matka zlazła ze strychu, MiaUżona nie było. Straż miejska zabrała go ze sobą. Matka wzięła pod uwagę dwie możliwości - albo złomiarz okazal się skończonym $#^%#%$#&, albo...
- Co, na kartonie był  twój adres? - spytała Miaużona, kiedy wrócił.
- Nie, twój, o ciebie pytali. - Burknął MiaUżon, któremu uciekło pół meczu finałowego.
Okazało się, że panowie złomiarze daleko nie dojechali. Gazety i owszem, wzięli, ale wielkie kartony po moskitirach i telewizorze, pięknie złożone, wetknęli za wielkie kosze do stłuczki szklanej i plastiku, stojące pół kilometra dalej. Trudno je nawet było zauważyć, ale sąsiedzi byli szybcy, adresik i telefonik, myk, myk. Matka podejrzewa, że było im za ciężko, i zostawili sobie schowane na następny dzień, ale na ich miejscu nie robiłaby tego koło punktu, z którego mógłaby zabrać to śmieciarka. Raczej zlomiarze sprawę olali.
MiaUżon wykonał do panów bardzo uprzejmy telefon mówiąc, że jak wszystko rano nie zniknie, to wyrwie im pewne rzeczy z jeszcze bardziej pewnego miejsca. Matka w swej wrodzonej delikatności nie powie co skąd.
No ale co dalej? Matka obawia się, że za chwilę kartony wylądują w pobliskim lesie, ale ma nadzieję, że złomiarze nie są kompletnie skończonymi idiotami.
Nigdy więcej takich uprzejmości. Można było to oddać Potworkowi na makulaturę, napalić w kominku w chłodniejszy dzień, albo oddać koledze z piecem, który żre wszystko.
A MiaUżonowi zachciało się być Matką Teresą.
W drodze do kościoła skręca się koło pojemników z odpadami. Jutro okaże się, co będziemy robić w niedzielę.
W razie czego zapraszamy na grilla na kartonach.
Straż miejska dołączy do imprezy, jak sąsiedzi zadzwonią, że trujemy środowisko. Jak z fasonem, to z fasonem!

czwartek, 08 grudnia 2011
O wyższości Wielkanocy

Matka zaczyna podejrzewać, że wyższość świąt Wielkanocy nad świętami Bożego Narodzenia wzięła się od utyskiwań gospodyń domowych, zwanych czasem kurami domowymi, matkami polkami bądź kobietami spełnionymi. Tak, tak, spełnionymi. Wszak kobieta spełniona to taka, która z niewątpliwą radością przedziera się przez korki w mieście pod hipermarkety, gdzie wcale nie załatwia wszystkiego naraz, bo kartkę z listą zakupów zostawiła w domu.
No, przynajmniej Matka tak ma. Wypisuje listę pół dnia, a potem zapomina i kupuje tysiąc rzeczy, które niby miały być na liście. W rezultacie na obiad nie ma ziemniaków i jest cudnie.
Wracając do hipermarketu - Matka spędza w nim dwie godziny szarpiąc się z wózkiem, który zawsze skręca w sobie wiadome strony, więc Matka wisi na nim, napiera ramieniem i brzuchem i zaplata nogami po  śliskiej posadzce. Po chwili wściekła jest tak, że rozjechałaby tego, no, Szwarzeneggera, nawet gdyby się tam prężył i miał trzydzieści lat mniej.
Załóżmy optymistycznie, że dwie godziny minęły, wózek jest zapakowany jako-tako, Matka głodna i wyschnięta bieży do kasy (czytaj - wlecze wózek, bo nie ma już siły walczyć z tą skręcającą na boki cholerą), a tu kolejki po horyzont. Za to na środku ogródek z sześcioma kasami samoobsługowymi, gdzie co Matka wlezie, to sobie kasę zablokuje. A to machnie jej przed nosem torebką, a to alkohol kupi, a to kasa nie umie przemnożyć 1,97kg karkówki przez cenę i wydziera się jak głupia. Cały hipermarket wie, czy Matka musi wezwać obsługę, czy zabrać przedmiot niepożądany ze strefy pakowania czy wreszcie help, ratunku, pomocy - kasa sama nie wie czego chce!
 Ale co tam, Matka dzielna jest i mimo pokrzykiwania kasy, że ma sie zabierać z zakupami, pakuje je pół godziny w torby. Bo wymyśliła sobie na sobotnią, zaległą imieninową imprezę enchiladę. Już raz ją robiła i wyszła mniam, mniam, ale teraz nie może znaleźć tego odpowiedniego przepisu.
Natomiast musiała nabyć jakieś naczynia do zapiekania, najlepiej ceramiczne, więc wybrała dwa  takie, co normalnie będą akuratne dla porcji dla jednej głodnej osoby i dwa wieksze, ale szklane. Przeliczyła sobie, że wstawi dwa rzędy do swojego wielkiego, szerokiego na 60cm piekarnika i będzie pięknie. Upchnie tam z 15 mniejszych enchilad, bo przecież da gościom wiele innych rzeczy i mimo najszczerszych chęci nie byliby w stanie zaatakować wielkiego naleśnika.
A jak już doszła do samochodu i sprawdziała paragon, to okazało się, że małe naczynia ceramiczne wcale nie kosztowały tyle, co pokazywała kartka pod nimi, więc lekko wkurzona wróciła, bo wyszlo na to, że kupiła najdroższe kamionki na calym globie. Innej ceny nie było, ale numer był inny. Matka doszła do wniosku, że trudno, przeliczała tyle czasu, zmieści jej się wszystko na cacy do piekarnika - odpuści więc.
A potem radośnie wracała do chałupy z wrażeniem, że właśnie odbywa się wielki festyn pod tytułem "PokażUżytkownikomUlicJakiMaszSamochód". Auta defilowały dostojnie i powoli, miała więc czas na mnóstwo pożytecznych, życiowych przemyśleń. Nie wie tylko, czemu ma wygryzioną u góry kierownicę, ale to szczegół, przez to nissan wygląda wybitnie rajdowo.
- Co bedzie na imprezie? - spytała Maryśka i oblizała się naokoło głowy. Dla Potworka chwila bez jedzenia jest chwilą straconą, ma się rozumieć.
- Enchilada! - odparła Matka wnosząc ósmą reklamówkę. - I mamy nowe formy do zapiekania!
- Super! - Klasnął w tłuste łapki Potworek i Matka przez chwilę się zastanowiła, czy chodzi o naczynia, czy ich przyszłą zawartość, ale natychmiast przestałą, bo przecież odpowiedź była oczywista.

A potem Matka przymierzyła naczynia do piekarnika robiąc wszystkie możliwe kombinacje geometryczne.
Wniosek wyciągnęła jeden - za chińskiego boga nie wejdą naraz. Nie mogą. Matka nie odliczyła grubości ścian piekarnika>
Wyjście? Oddać jedną sztukę, dwie, trzy albo cztery do sklepu.

Matka wybrała inne - zniosła formy do piwnicy, nastroszyła pióra i udaje, że urozmaiciła sobie życie.

Zawsze można zrobić zimne nóżki... 

 

piątek, 04 listopada 2011
Puszka Puśki

Matka znów po różnych wybitnie nieprzyjemnych przejściach. Po słowach, których padło za dużo, a że Matka ma pamięć jak słoń, to poszła w zaparte i obraziły jej się wszelkie szare komórki na amen. Bo nie lubi, żeby ją, starego wróbla traktować jak idiotkę. Na razie tyle. Bo znów ją trafi najjaśniejszy szlag, wyjdzie ze skóry i krew ją zaleje. Rzecz dotyczy pracy i jest delikatna, ale sobie poczeka.
A w domu? W domu zalega MiaUżon, któremu zoperowano w SasiednimWiększymMieście kolanko. Na początku kicał o dwóch kulach, a Matka go prała zapakowanego częściowo w folię do żywności a 1zł rolka. No drogo to nie wychodziło, gorzej było z wytaszczaniem MiaUżona z kabiny prysznicowej, bo czynne miał tylko jedno odnóże dolne i zwykle będąc w kabinie na nim właśnie stał. Po tygodniu opracowany został plan ewakuacji spod prysznica bez wyrywania wszystkiego ze ściany, a po kolejnym miesiącu MiaUżon wymienił rolki z drzwiach i zaczął wychodzić w miarę normalnie. Niestety dłuższy odcinek pokonywany na nogach kończy sie dalej opuchlizną i na dziesiejszej kontrolnej komisji z jaśnie panującego ZUSu, na którą trzeba było dojechać do SąsiedniegoWiększegoMiasta pani doktor z zadowoleniem znalazła wyraźną różnicę w obwodzie MiaUżonowych kolanek - znaczy się nie jest jeszcze dobrze.
W każdym razie MiaUżon siedzi w domu, a kot razem z nim, więc Matka rano wychodzi do pracy bez białych spodni - wszak Puśka, jako kot perskoasertywny ociera się o człowieka wyłącznie na kilka sekund przed podaniem jej mokrego żarcia do michy.
- I co, zdrajco? - spytała ją ostatnio Matka, kiedy wróciła po kilku godzinach do domu. Puśka olała Matkę i nawet na nią nie spojrzała przechodząc obok.
- Jasne! - Pokiwała głową Matka. - Jak co do czego, to mnie nie ma. Atrakcyjna jestem tylko rankiem i wyglądam przez moment jak Wielka Puszka z Kocim Żarciem?
Puśka rzuciła przelotne spojrzenie żółtymi ślepiami i znów poszła dalej.
-Nie, no coś ty mama! -  prychnęła łaskawie Janeczka omiótłszy Matkę wzrokiem - Od puszki to jednak jesteś TROCHĘ ładniejsza...

środa, 31 sierpnia 2011
Matkę prać!

Matka zakończyła wakacje i stwierdziła, że mimo urlopu tak, jakby ich w ogóle nie było. Podejrzewa, że jest to skutek prezentu formatu A4, jaki dostała pod koniec maja, a który nazywa się wypowiedzeniem z roboty. Niby ją to niezupełnie obeszło, ale zdaje się, że Matki podświadomość okazała się całkiem innego zdania.
Trudno się mówi, ale Matka nie zrobiła nawet tego w wakacje, co bardzo lubiła - nie pomalowała w domu ani centymetra. A chciała odświeżyć kominek i szafki kuchenne. Za każdym razem jednak stawała tyłem do wymienionego urządzenia grzewczego i liczyła drzwiczki. A potem nieustannie wychodziło jej dwadzieścia sztuk i stwierdzałą, że chrzani. Pomalować, zabejcować - mogłaby, ale zdzierać czarne z forniru - w żadnym wypadku.
Poprzestała więc na zrobieniu porządku w szafie, co wydaje się być banałem, gdyby nie to, że rzeczy z tylnej części półek (świetnie się wrzuca coś za stos poukladanych podkoszulek - problem natychmiast znika z pola widzenia) nie rozpoznaly Matki, bowiem nie widziały jej kilka lat. Tak od dwóch do ośmiu, z naciskiem na osiem. nawet kurzu tam nie było, bo do osiadania wyżej wymienionego potrzebny jest kawałek nieużywanej półki, a tego w Matki szafie nigdy nie ma.

A potem poprała to i owo i zaraz sobie przypomniała historię z proszkiem do prania, o której nie pisała. Bo proszku kupiła jakis kosmiczny wór. Jeden do białego, drugi do koloru, razem chyba z piętnaście kilo, ale warto było. Matka wpadła na taka promocję wszedłszy przypadkiem do rzadko odwiedzanego hipermarketu. Rzadko, bo raz, że nie po drodze, a dwa - strasznie tam ciasno i Matka nie lubi lawirować wielkim wózkiem między kotłującymi sie ludźmi. Tym razem wpadła na chwilę, było parę minut przed południem, miałą tylko chwycić chleb i dać dyla. Nawet nie wzięła koszyka.  Czas był jakiś zimowy czy wczesnowiosenny.
Matka spuściwszy głowę ruszyła galopkiem w strone pieczywa, kiedy usłyszała ogłoszenie, że przez godzinę będzie superpromocja proszku do prania - nie tylko za pół ceny, ale jeszcze bon dodają za dyszkę do każdej paczki, więc już w ogóle wychodzi darmocha. Matka wiedząc, że w pobliżu jest MiaUżon z Potworami postanowiła wykorzystać okazję, bo akurat proszku pilnie potrzebowała.

Podniosła lekko klapy, a Matka przez hipermarkety przemyka chyłkiem z powodu uczniów czających się za każdym rogiem i zlokalizowała wielką pryzmę proszku, oświetloną jak Pałac Kultury. Trochę ja to zdziwiło, ale co tam - jak promocja, to ma byc z fasonem. Przyspieszyła więc i nagle: BUM! Wyrżnęła z calej siły w kowbojki z łańcuchami. 
Pomyślala od razu, że moda na takie obuwie przebrzmiała w tej czesci świata jakieś dwadzieścia lat temu, wrzuciła wsteczny, podniosła jeszcze wyżej klapy i ze zdumieniem zobaczyla, że kowbojki zakończone są nogami, oraz całą resztą. Reszta zaś miała grubą, srebrną bransoletę na ręce, opalone przestrzenie międzypalcowe na okrągło i ciemnobrązowe, kontrastujące z pogodą za oknem, oblicze z doklejonym amerykańskim uśmiechem.
- O, bardzo przepraszam - Ukorzyła się Matka.
Uśmiech nie zmienił się, a oczy popatrzyły na przestrzał, ot tak, przez Matkę. Ta pomyślała sobie, że może dosyć już uprzejmości, ale w duszy zakiełkowało jej, że gdzieś właściciela kowbojek już widziała i wyglądał znacznie lepiej.
Nieważne.
Trzeba było szybko załatwić sprawę z proszkiem, więc Matka wrzuciła drugi bieg. Dopadła do pryzmy worów i zorientowała się, że ma do czynienia z proszkiem delikatnym, który w konfrontacji ze skarpetami "poszkolnymi" Potworów nie ma żadnych szans. Matka musiała kupić zwykły do kolorów i zwykły do białego, po prostu.
Obeszła szybko stos i dojrzała te właściwe, niestety na spodzie. Na domiar złego naród się zakotłował i podejrzanie zgromadził wokół detergentu, choć dziwnym było to, że stal do niego tyłem. Matka kucnęła, wsadziła rękę między czyimis nogami i szarpnęła ostrożnie za rączkę torby.
Akurat! Jak tu wyciągnąć proszek, jak na nim leży półtorej tony innego?
Matka zaparła się i jeszcze raz szarpnęła. Proszek przesunął się kilka centymetrów, akurat tyle, żeby ujrzeć tak zwane łatwe zamknięcie. Znaczy się Matka zostanie zaraz z górną częścia wora w ręce, a proszek wysypie się na gościa z rozstawionymi nogami. Niedoczekanie. Matka wsadziła drugą rękę między nogi klienta i pociągnęła za boczki torby. Już, już jej prawie wychodziło, kiedy ryknęły mikrofony i rozbłysły światła.
Matka leżała wśród tłumku, który otaczał małą scenkę. Na estradę wskoczyły opalone kowbojki i wyszczerzyły się jeszcze bardziej.
- Mam dla państwa wspaniałe nagrody! Wystarczy prawidłowo odpowiedzieć na pytanie! - I kowbojki spojrzały znacząco na pomarańczowe torby stojące w przykładnym szeregu.
Matka doszła do wniosku, że się katapultuje, owszem, ale jednak bez proszku nie wyjdzie. Teraz to już była sprawa honoru.
- Ile prań można zrobić z tego oto opakowania proszku? - Kowbojki wykonały rwanie torby ze stosu.
Wśród tłumu zapadła cisza.
- No bardzo proszę! - Opalony pokazał migdałki w uśmiechu. Matka pomyślała sobie, że na pewno nie jest szczęśliwy, za to dobrze opłacany. I oczywiście rozpoznała wreszcie faceta. Ma zbyt charakterystyczny głos.
- Trzydzieści! - rzuciła blondyna w pierwszym rzędzie.
- Oj, nie! - Pokręciły głową kowbojki. - Znacznie więcej!
- Pięćdziesiąt osiem - zachrypiał emeryt na końcu.
- Jeszcze za mało! - Pokiwał mikrofonem opalony.
Matka tymczasem wolno, ale metodycznie ciągnęła proszek za boczki. Na tyle długo, żeby przeczytać napis na samej górze: 75 prań.
Widzowie bezskutecznie strzelali. Matce to było na rękę, bo nikt nie zwracał na nią uwagi!
I wreszcie wydostała się na czworakach z tłumu ciągnąc za sobą ogromną torbę proszku. Wyprostowała się, otrzepała, no i nie byłaby sobą, żeby w swej durności nie burknąć na odchodne:
- Siedemdziesiąt pięć!
Po czym wrzuciła bieg czwarty i pognała do kasy, bo przecież MiaUżon nie miał pojęcia co się z nią dzieje.
I wtedy nastąpił kataklizm. 
- Proszę pani, proszę pani! - Usłyszała głuchy tupot i pobrzękiwanie lańcuchów. - Ależ proszę nas nie opuszczać!
I kowbojki ze zgrzytem zagrodziły Matce drogę.
- Powiedziała pani: siedemdziesiąt pięć. Skąd pani to wie? - I tu opalony podetknął Matce mikrofon. Bezprzewodowa cholera była, Matka nie miałą szans. Kowbojki ewidentnie nadużywały siłowni.
- Przeczytałam. - Mruknęła Matka. W końcu czytane się nie liczy, no nie?
- No i to chodziło! - Rozpromienił się opalony i wyciągnął zza pleców rękę z pomarańczową torbą. - Nagroda dla pani!
A potem Matka pobiła rekord na sto jardów i dopadła do kasy, w której nieświadom niczego MiaUżon wybierał z Potworkiem gumę do żucia.
- Wróć tam, weź mi jeszcze wór proszku do białego i spadamy, bo jak mnie ktoś z uczniów zobaczy, to będę miała przechlapane przez kolejne trzy lata! - Zarządziła Matka, a MiaUżon poszedł posłusznie jak ta lala. Matka musiała wyglądać na mocno wzburzoną.
- Ajajaj! - Ucieszył się Potworek, który grzebał zawzięcie w pomarańczowej torbie - Jaki masz tu ładny proszek do prania w pudełku! I płyn do płukania, taki złoty! I próbek tyle! I składany kosz na bieliznę!
No faktycznie, Matka wyszła obdarowana jak nie wiem co.
I zupełnie nie wie dlaczego przy każdym praniu przypominają jej się kowbojki i brzęczące łańcuchy...

sobota, 30 kwietnia 2011
Bonzaje majówkowe


Matka zaczyna majówkę. Będzie to zdecydowanie czas wybitnie praktyczny, nie jakiś tam banał wyjazdowy. No gdzieżby! 
Matka mianowicie sprowadziła zapory przeciwkotowe i teraz je stopniowo z MiaUżonem montują, co jest tym ciekawsze, zwłaszcza dla sąsiadów, którzy tego słuchają, że każda zapora jest inna.
Powiedzmy sobie szczerze - kot zapewni rodzinie Matki spokojny sen - wreszcie dorobili się moskitier! Dwoje drzwi balkonowych dostało moskitiery otwierane, na metalowych ramkach. Jedne drzwi musiało mieć zamontowaną roletę, ale cholera jedna została zrobiona 2 mm za szeroka, więc po dzisiejszym szlagu nagłym sprawa została odłożona do poniedziałku, bo trzeba conieco podkuć wnękę. Przy okazji  i to był najmniejszy wydatek - troje okien dostało moskitiery ramkowe, które montuje się w kilka sekund i nigdzie nic nie wierci. Wbrew obawom Matki widać wszystko doskonale i siatka jest na tyle niewidoczna, że kot kolejny raz wykonuje galopek na taras, po czym odbija się od moskitiery jak piłka i na wstecznym biegu ratuje futro przed plaśnięciem w ścianę.
Matka zastanawia się tylko kiedy dojdzie do wniosku, że siatkę się fajnie drapie pazurami, ale póki co wysiaduje placek przed tarasem i protestuje głosowo. Ponieważ głównie polega to na otwieraniu paszczy, z której raz na dziesięć razy wydobywa się mizerne piśnięcie - nikt kotem się nie przejmuje.
A Puśka, Matka całkiem zapomniała o tym napisać - skończyła 15 kwietnia rok i stała się dorosłym kotem. Potwory uczą ją aportować, MiaUżon szukać piłeczki a Matka dawać łapę.
Kota się nie da?
Przecież Puśka o tym nie wie. Da się, da się, kwestia czasu.
I żeby nie było tak prosto na majówkę, to Matka pojechała dziś z MiaUżonem i nakupowali chaszczy przed dom. Miejsca nie za dużo, ale wszystko w tym roku powiedziało do widzenia - dwunastoletni, przecudnej urody klon palmowy, szmaragdowa tuja, mały, kulisty, karowaty świerczek i jakies płożące jałowce. no dramat. Tulipany i krokusy głównie zaprezentowały liście.
- Dlaczego ci sie nie podoba, mamusiu? Las jest zielony to te SAME LIŚCIE pasują! - poklepał dziś Potworek Matkę po plecach, bo nie sięgnął do ramienia.
A Matka nie wie teraz co ma wywalać, a co przesadzać, choć kwitnie. Na ile zna życie, to bedzie przesadzała z bryłą ziemi kwitnące sasanki i tulipany, nie mówiąc już i piżgniętych tu i ówdzie bratkach.
No bo kupili za jakieś masakryczne pieniądze kulę starszliwie włochatej sosny, szczepioną na niewysokim pieńku. Do tego azalię japońską, rododendron i kolorowe, dzwoneczkowe pierisy, co to je Matka pierwszy raz ujrzała na oczy.
I nie wsadzili, bo Matka wymyśliła sobie tarasy i trzeba nawieźć parę worów ziemi, a potem wykombinowała białe kamloty na włókninie i już nie wie kto i skąd tego nawiezie. Bo Primera raczej nie zdzierży.
A skąd taki nagły rzut na taśmę?
No przecież za dwa tygodnie mamy tu Pierwszą Komunię Potworka!
Nie do wiary...
Sukienka wisi, bolerko do wyprania, wianek do odszukania. Reszta jest składkowa, więc Matka macha ręką, jaka świeca będzie, taka będzie, szczegół.
Ale będzie spał liczny naród, więc Matka musi wreszcie uprasować kupę ubrań, co to smętnie osiada pod wielkim kocem na strychu. nie były potrzebne, bo to zestaw letni i jak rany, Matka nie miała zimą motywacji. Coś jednak Matce mówi, że choć uprane, to jednak będzie to wszystko pozbawione zapachu na amen. No, delikatnie mówiąc. To Matka chytrze wymyśliła, że zniesie na pięć razy te kupę, z piętnaście pralek bodajże, do pralni, nastawi jakiś program superszybki, ot, żeby odświeżyć towarzystwo i wysuszy w suszarce do ubrań. Bo nabyła sobie jeszcze w Lidlu specjalne szmateczki, które wrzuca się do suszarki i wtedy pranie jest miękkie i jeszcze bardziej pachnące. A majówka ma  być deszczowa na amen, więc manewr jak znalazł. Matka zreszta w ogóle nie wywaliła wieszaka na balkon i bardzo cieszy się z braku tej jakże wątpliwej ozdoby i powiadamiania sąsiadów o jakości i ilości pranej bielizny.

A tymczasem dołącza zdjęcie rocznej Puśki i idzie planować rozmieszczenie krzaków przed domem. Ma aż trzy metry kwadratowe do rozplanowania.
Trzeba było sobie kupić same bonzai?

                                                            

 

sobota, 19 marca 2011
Sprawdzamy

Matka dwa wolne dni w tygodniu powinna przeznaczać na pracę. Malowanie obrazu i tego typu rzeczy, no, chyba, że napatoczą się jej, tak jak teraz, klasówki. Zasiada więc po kawie do stosu sprawdzianów, chwyta czerwony długopis w rękę i zaczyna.
Nie zaczyna.
Dzwoni telefon.
- Tu Jolanta Iskińska, rozumiem, że rozmawiam z panią Mattkąpolką.
- Hyyyyyyyyyy... - Matka dusi się natychmiast ze złości, bo dla obcych ma jeszcze nazwisko.
- Chcielismy panią zaprosić na bezpłatną konsumpcję i pokaz urządzeń dbających o zdrowie.
- Nie chadzam i sama nie dbam o zdrowie, jem frytki na starym tłuszczu, śpię w pierzu i nie uprawiam sportu! - odpowiada natychmiast Matka. - I życzę miłego dnia!
Bach słuchawką.
I Matka znów siada, otrzepuje pióra, bierze długopis do ręki, segreguje klasówki, zdejmuje skuwkę i...
Dzwoni telefon.
Matka wywaliłaby gada za okno, ale zwykle na coś czeka.
- Czy moglibyśmy mówić z osobą decyzyjną w firmie?
Matka to uwielbia.
- A w jakiej firmie proszę pana? - pyta niezwykle uprzejmie.
- Eeeeeeeeeeeeee.... - w słuchawce słychać wściekły szelest kartek. Pan sie pogubił.
- Nie wie pan do kogo dzwoni?
- Nie, nie, wie pani, tylko mi tu wszystko po-spa-da-ło. To jest, to jest, no, konserwacja jakaś?
Matka zabija pana natychmiast przez drut oraz na wszelki wypadeczek przez podczerwień i blutooth. Konserwacja jakaś!
- Ojoj! - Martwi się Matka. - To pan ma stary numer, bo dodzwonił się pan do zakładu karnego. Helena Konewa przy telefonie.
- Ebedziewiwiwewewe, nie, nie, ja strasznie przepraszam, muszę miec stary numer! - I Matka ma pana z głowy na zawsze. Nie wie też czy chciał jej wepchnąć kredyt czy reklamę, więc pogrąża się w straszliwym, a nieutulonym żalu.
Idzie robić sobie kawę, bo jak już ma się mieć podniesione ciśnienie, to chociaż ze smakiem.
A potem siada, otrzepuje pióra, bierze czerwony długopis, stroszy się, nachyla i...
Dzwoni telefon.
Matka haluje w słuchawkę, ale słuchawka jest głucha, a telefon dalej rżnie. Pada na komórkę.
- Witam panią, dzwonię z biura obsługi Trutututu (tu pada nazwa operatora na cztery litery, któego złodziejskie stawki za jedną minutę spędzają Matce sen z powiek), bo zbliża sie koniec pani umowy. Zaraz, pani powinna byc panem MiaUżonem!
Jasne. Matka od lat korzysta z drugiego numeru MiaUżona bo nie chce się im iść zrobić cesji.
- Powinnam, ale nie jestem i nie zmienił mi się głos - rypie prosto z mostu Matka z nadzieją, że panienka natychmiast odpuści.
- A to ja nie mogę z panią rozmawiać na temat nowej umowy i aparatu!
- Nie może pani - Zgadza się Matka i od razu dodaje coś na swoją zgubę, jak ta durna baba. - może pani oczywiście zadzwonić do mojego męża, ale on nic pani nie doradzi ani w kwestii umowy, ani tym bardziej aparatu, bo ja korzystam i korzystać będę z tego numeru.
I tu Matka wykopała sobie grób, w którym siedzi do połowy do teraz.
Panienka przystapila do zmasowanego ataku na wszelkie posiadane numery telefonów. Dzwoni co kilka dni i wypytuje, a Matka nie ma głowy do wymyślania jakiż ma sobie kupic aparat. Wie jedno. Ten co ma nie nadaje się do niczego.
- Wie pani, mi jest telefon potrzebny przede wszystkim do dzwonienia, czyli ma mieć dobry głośnik. Super baterię. I duże klawisze. Radio. I to wszystko.
- O! - powiedziała panienka. - Zatkało mnie!
- No ja wiem, pewnie nie ma takiego telefonu? - zmartwiła się Matka.
- Nie, no są, ale wie pani, nikt takich rzeczy nie chce... Ja do pani zadzwonię!
No i panienka dzwoni, a Matka dalej nic nie wie. Bo klawisze w praniu są małe, bateria dwudniowa, a głośnik charczący.
Matka litościwie nie wspomni o stawce za minutę, bo zaraz ją krew zaleje.
- Jak rany, kupię sobie dowolną komórkę za 500zł i włożę kartę, co ma minutę za 19 groszy! - Piekli się Matka i coraz bliższa jest tej decyzji. Bo 15 lat u jednego operatora nie skutkuje niczym!
I Matka wreszcie, po załatwieniu wszystkich zdrowotnych kołder, garnków z najszlachetniejszej ze stali, masażerów i wyrobów z aloesu, przeplatanych kredytami, kontami w banku, reklamą drukowaną i internetową, siada, stroszy pióra, układa, pióra, znów stroszy, bo została jej tylko godzina do wyjazdu po Potwory, bierze czerwony długopis do ręki, czyta i...
- Bździang, bździang! - przychodzi SMS od Janeczki.
- Mama, przyjedź po nas teraz, bo nie mam dziś kółka...

niedziela, 27 lutego 2011
Ja nie mam co na siebie włożyć!

Matka patrzy sobie na Potwory i z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy jedynymi problemami były zupki i kupki. W co by się Janeczkę czy Maryśkę nie ubrało - było dobrze. Kwiatek, piesek, kotek, piłka, robot - każdy ozdobnik na koszulce, żywy czy martwy był dobry. Kolor? Jaki kolor? Różowy oczywiście najpiękniejszy, ale równie dobry bywał szary, fioletowy, brązowy czy niebieski. Matka miała raj na ziemi.
Miała.
Bo już nigdy nie wróci.
- Nie wiesz, że już NIE LUBIĘ różowego? - usłyszała swojego czasu i nie powie, spodziewała się. Nic nie szkodzi, upodobania do różu przejął po Janeczce Potworek i póki co nie zgłasza uwag.
- Nie możesz mi kupić CZARNEJ czapki? - to całkiem niedawno. Nie, Matka nie może. Szukała morskoniebieskiej i skończyło sie na tym, że MiaUżon zapłacił za czarną, bo nie wiedziała o planach Matki. Co tam zresztą plany, jak w sklepie morskiej nie było, tylko fioletowe i fioletowe.
- Nie mam spodni! - prychnięcie i zarzucenie ogonem.
- Jak: nie mam spodni? - Matce natychmiast w oczach pojawiają się złe błyski. - Przecież dopiero co kupiliśmy dwie pary!
- No tak, ale miały być czarne, a są raczej jakieś szare, a drugie są niebieskie. - Zamachał Potwór wysiegnikami, które zdecydowanie odziedziczył po tatusiu. W spadku dostał także wydymanie ust, chude nogi i wystawione jak piorunochron pupsko. A kupcie spodzień na coś takiego, no masakra!
- Są takie, jakie chciałaś! - Wkurzyła się Matka, bo Potwór chce wszystko, tylko potem od razu to znika, bo jest jakoby niedobre.
- Nie są. Nie mam w czym chodzić! - załkała Janeczka teatralnie i poszła pogrążać się w żalu w czeluściach swojego pokoju.
- Ja wykorkuję - pomyślała Matka i od tej pory stara się kupować spodnie zaocznie. Działa, pod warunkiem, że są.
Ale zwykle ich, psiakosteczka, nie ma! Do tego zlikwidowali Matce najlepszy sklep, choć dopiero co powstał. Miał kapitalne portki, za dobrą cenę i na germański rodzaj pupy, który to jest wybitnie zbieżny z polskim. Matka to dobrze wie, bo zdążyła nabyć sobie kilka par, jako, że ze wszystkich spódnic najbardziej lubi spodnie.
Potwór wybrał się więc ongiś z MiaUżonem w bliżej niesprecyzowane miejsce i przywieźli dwie pary nowych dżinsów. To dla Matki całkowita nowość - okazało się bowiem, że MiaUżon jak musi, to potrafi kupować i nawet robi to dość tanio. Potwór wybrał sobie spodnie w kolorze czarnym ( są bardzo, ale to bardzo jasnoszare, ale własny zakup widzi się oczywiście zdecydowanie w innym świetle) i zwykłym denimowym. Matka zatarła rączki. Wreszcie skończy się gehenna nieustannego prania i prasowania!
Naiwna. Naiwna Matka do bólu.
Potwor wychodzi z założenia, że dżinsy nosi się góra dwa dni i wrzuca do prania!. On wklada do kosza z brudami, Matka wyjmuje i się piekli. Janeczka wkłada więc głębiej, Matka nie widzi, a po nocy leżenia ze skarpetkami wyjąć nic już się nie da.
- Nie mam w czym chodzić! - Matka nagra sobie tekst Janeczki na magnetofon szpulowy, jak w "Pingwinie".
- Jakim cudem??? - Wypuszcza wszystko z rąk, bo jest rzecz jasna niedzielny wieczór, a poniedziałkowe poranki nie służą do niczego innego, jak kotłowania się przy wstawaniu, robieniu kanapki do pracy, bo na pewno nie porannemu śniadaniu (Matka tu mówi o sobie, Potwory jedzą jak należy) i upojnej jeździe do szkół wszelakich.
- No przecież wszystkie spodnie mam brudne!!!
I Matka schodzi do pralni, a tam rzeczywiście - fachowo odwrócone na lewą stronę dżinsy tworzące malowniczą piramidę. Snofru by wymiękł.
Czego to już nie wymyślała! Na lewą stronę. Zapinanie suwaków i guzika. Własnoręczne, "potworne" prasowanie. Janeczka wszystko zniesie, byle pralka jej wyprała. I tu się kłania Matka nisko suszarce do ubrań, bo gdyby nie ona, to wieczór niedzielny zamieniłby się w koszmar wygrzewania portek na kaloryferach z dogrzewaniem farelką. Fajna zabawa, nie ma co, Matka przerabiała to wielokrotnie, dwie godzinki zamiast filmu. Dobrze, że jest zima i w kominku napalone, ale latem to byłaby już klęska na całej linii. Tymczasem po godzinie Matka może wyciągnąć z maszyny suchutkie, pachnące spodnie, trzasnąć deską do prasowania i zawołać Potwora do roboty. Co jak co, ale swoje ubrania prasuje  już sam koncertowo, czasem nawet udaje się Matce chytrze podrzucić coś swojego, albo Potworkowego!
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nadciąga ciężka wiosna.
A wtedy Potwór zawoła:
- No nie mam co na siebie włożyć! Żadnych spodni do kolan, żadnych!

I nawet nie wie, ze Matka ma wtedy wyjście awaryjne.
Krótkie spodnie zawsze da się zrobić z długich. Przez bardziej czy mniej fantazyjne oberżnięcie. Ot co.

czwartek, 30 grudnia 2010
Totalny kataklizm

Matka ledwo wyartykułowała życzenie noworoczne, a mianowicie niech ten Nowy Rok będzie wreszcie nudny, spokojny i przewidywalny, kiedy jak duch pojawil się MiaUżon i doniósł:
- Choć zobacz, ale ja dziś palcem nie kiwnę!!!
Matka pomyślala sobie naiwnie, że może coś przyszło spóźnionego, a prezentowego i trzeba to złożyć do kupy, więc pomknęła do piwnicy rączo jak sarenka. Niestety natychmiast musiała zamienić się w osłupialego żubra, bowiem niedaleko pralni bardzo żwawo pomykała sobie strużka wody i niknęła w czeluściach studzienki. 
- Może znowu leci dach? - Rozmarzył się MiaUżon.
- Dopiero co uszczelniony, nie licz na to. - Machnęła ręka Matka, ale MiaUżona juz nie było. Sprawdzał.
Wrócił szybciej niz poszedł.
- Sucho. - oświadczył markotnie. - Boję się, że to łazienka.
Bo przecież Matkę i MiaUżona już dwa razy zalało z zapchanej kanalizacji, która zamiast wybijać cywilizowanymi otworami typu sedes, brodzik czy bidet, wybierała szpary w łączeniach rur, zostawione przez %^$#$%#^ fachowców.
I poszli na górę. Oględziny lazienki i sąsiadującego pokoju Potworka nie przyniosły rezultatów.
- Mi to cos podjeżdżało mokrą zaprawa w kuchni, zaglądałam nawet do lodówki - Przypomniala sobie Matka.
Znów na dół.
- No pięknie!!! - Załamał swoje wielkie wysiegniki MiaUżon. - Spójrz tylko!!!
Na suficie wokół kominka wyłaziła wlasnie przepiękna, mokra plama z brązowymi zaciekami, purchlami wody i tak dalej. Matka oczami wyobraźni ujrzała tak zwanego fachowca jak przychodzi i z dziką radością rozpruwa pół łazienki, żeby "sprawdzić" co leci. W końcu fachowiec ma to w poważaniu, że nowe kafle, że można by bardziej celować w usterkę i tak dalej. Nie uczył się w szkole, to i najczęściej ma rzadko zderzające się dwie komórki. Szare komórki.
- A jutro śpią u nas ludzie, przecież nie wykąpią się w pralni! - jęknęła Matka.
Po czym starym zwyczajem wyciagnęli z MiaUżonem spiralę i przekręcili profilaktycznie kanalizację. Matka rzecz jasna oblała niechcący MiaUżona wodą, bo zawsze ja odkręca, kiedy ten zdejmie syfon, ale woda leci dalej.
- Żeby tylko to nie była rura DOPROWADZAJĄCA wodę. - Zastanowił się głośno MiaUżon.
Matka nawet nie chce o tym słyszeć. Zabiłaby panów od łazienki natychmiast i zatknęła ich głowy na spiralę, ciągnąc za samochodem. No w życiu! Tak by spieprzyli robotę?

Póki co czeka na hydraulika, co ponoć trochę myślący jest i ma nadzieję, że rozbierze wszystko, ale i złoży do kupy. Bo jak to będzie w ścianie, to trzeba będzie zakręcić wodę, a tego Matka nie przeżyje!

I może jednak pomknie do pralni i zrobi szybko awaryjne pranie, a potem jej błyskiem wysuszy, żeby wstawić kolejne. ma przynajmniej te korzyść, że teraz pranie to pikuś. Jedno wkłada, potem ciach, do suszarki i od razu wstawia następne. Myślała nawet, że pójdą jej korki, ale nic sie nie dzieje, można robić to taśmowo. A przy Potworach trzy pralki po osiem kilo to pikuś - i nie liczymy tu ręczników, ani pościeli! No i dodatkowo (tu jest dla Matki cud na cudy) - wiekszość rzeczy wyciąganych z suszarki wcale nie trzeba prasować, nawet jak to są typowe, bawełniane t-shirty! Do chodzenia po domu czy na okoliczne spacery jak znalazł, tylko takie do pracy się prasuje, a i to dla przyzwoitości. Jeśli maja domieszkę czegoś sztucznego, to już w ogóle bajka. Matka będzie polecać suszarkę do ubrań, bo dopóki się tego nie zna, to się nie wie, co traci. A tymczasem idzie prać i suszyć, bo tu nadciąga totalny kataklizm, a jutro przecież bal!

środa, 22 grudnia 2010
Misja specjalna

Matka od tygodnia siedzi z chorym Potworkiem w domu. Wykorzystała tak zwany dzień opieki a  drugiego nie dostała i przemilczy litościwie ten fakt, bo przecież jej się należał. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Wigilia klasowa, na którą Maryśka dziś nie dotarła, bo Matka zrobiła w domu Rejtana. Potworek kaszle straszliwie, spod serca, a w klasie brakuje dziesiątki dzieci powalonych przez wirusy rzygliwe i kaszlące. No tylko brakuje jeszcze wiszenia nad miednicą i Matka strzeliłaby sobie niechybnie w łeb. 
Od świtu słychać było chlipanie w pokoju. Potworek wyczuł, że MiaUżon zdradziecko zamknął mu rano drzwi i zgarnął Janeczkę do szkoły cichaczem. Od siódmej łkał w poduszkę, przespał się trochę, nabrał sił i o dziesiątej, kiedy Matka usiłowała go spruć z wyra - obraził się na śmierć i życie.
Matce to było bardzo nie na rękę. W południe musiała wyskoczyć do swojej szkoły na Wigilię dla nauczycieli, więc sprawą najwyższej wagi było nakarmienie Maryśki, wlanie w nią syropów wszelkiej maści i spacyfikowanie do Babci. Potem myk, myk, zabranie od Babci i jazda do domu, bo być może odmelduje się dwóch kurierów. Inaczej dramat - prezenty nie dojadą.
I kiedy Matka juz, już stała w blikach startowych, wymyśliła chytry plan.
- Słuchaj, a może Ty zostaniesz w domu na małe dwie godzinki? - zaryzykowała. Zawsze byłoby szybciej.
- Hyyyyy - Potworek był obrażony i koniec. Nie zamierzał pertraktować.
- Bo widzisz, mialabyś baaaardzo ważną misję do spełnienia - Tu Matka wywróciła znacząco oczami i modliła się, żeby Maryśka to zauważyła, bo w końcu Pan Bóg dużymi oczami to Matki nie obdarzył. Ledwo je widać.
Wokół Matki powstał wir. Potworka zdmuchnęło z pięterka na parter w ułamku sekundy.
- Misję??? - To było to magiczne słowo, które Potwory lubią najbardziej.
- Misję! - Przytaknęła Matka. - Przyjedzie kurier, a może nawet dwóch, odebrałabyś przesyłki.
- Kurier!!! - zapiszczała radośnie Maryśka i tu ją Matka miała. Na talerzu.
- A kto wie, czy jeszcze nie listonosz? - dodała tajemniczo.
- Listonooooosz! - Potworek złożył błagalnie łapki i zagrzechotał oczami, co okrutnie rzadko mu się ostatnio  zdarza.
- I ja ci napiszę kartkę do kuriera, żeby się nie bał i zostawił ci te przesyłki - Zapewniła uroczyście Matka, po czym napisała wołami elaborat i zostawiła go na szafce w przedpokoju.
Maryśka zajęła pozycję dogodną do obserwacji i zastygła w oczekiwaniu.
- To ja idę - Matka stanęła w drzwiach. - Wrócę za niecałe dwie godzinki.
Ale Potworka już nie było.
- Gdzie jesteś??? - zawołała Matka, bo przecież trzeba było zamknąć drzwi.
- Już!!! - Wysapała Maryśka i zabulgotała czymś niedużym w ręce.
- A to co? - Matka zaniepokoiła się nie na żarty.
- Perfumy!!! - Potworek bardzo zadowolony z siebie zademonstrował buteleczkę firmowaną przez Hannę Montanę.
- Przecież mówiłam ci, że takich rzeczy się nie znosi na dół, tylko trzyma w łazience! Popsikaj się i zostaw je na półce! - Zaprotestowała Matka.
- No coś ty! - Oburzył się Potworek. - Żeby wywietrzało???
- Eeeeeeeeee...?
- Przecież ja sie psiknę dopiero wtedy jak kurier zadzwoni do drzwi! Inaczej NIC nie poczuje!!! - Wyjaśnił Potworek i ustawił buteleczkę koło siebie niczym kałasznikowa.

A Matka poszła do szkoły i pomyślała sobie, że od razu pozna czy kurier był, czy nie. Facet po prostu nie zdzierży ataku chemicznego i upuści paczkę w progu. Gorzej, że mają dziś przywieźć Kinect X-Boxa. Ilość połamanego plastiku może być nie do wyzbierania...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40