| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Księga gości
Było kiedyś - toplista Potworów
Koniecznie tam zajrzyj!
Czytane na bloxie
Czytane na onecie
Przepisy Matki Polki
Skracam drogę
Zaglądam
Popatrz...
piątek, 03 września 2010
Trampki blues i inne szkolne początki

Matka z Potworami rozpoczęli rok szkolny i natychmiast wszystko stało się prostsze. Nie, nie prostsze. Przyjemniejsze. Chwila na kawę bardziej cieszy teraz, niż w wakacje, stres końcowowakacyjny zniknął. Tak naprawdę to Matka dalej się leni i szuka tak zwanej "cudownie bezmyślnej" roboty w domu, ponieważ z racji żałosnej ilości godzin w szkole weekend ma wybitnie długi. Biega do szkoły od poniedziałku do środy, a za chwilę może to sie zmienić jeszcze na gorsze, gdyż nowa dyrekcja uważa, że zamiast specjalisty matki przedmiotu może uczyć ktoś po półrocznym kursie. W taki to sposób z przedmiotów szkolnych tworzy się michałki niezależnie od rangi szkoły, rodzice pomstują, że szkoda czasu, dzieci, że uczy się ich na "odwal się", ale jak to ma wyglądać, kiedy promuje się nauczycieli bedących kombajnami od wszystkiego. Coś, co jest do wszystkiego jest do niczego.
Póki co Matce odebrano większość godzin i przekazano komuś innemu, kto jest aktualnie urlopowany - gdy tylko wróci, a nie znamy dnia, ani godziny, Matka zostanie na godzinach trzech.
- Od września raczej nie będzie dla pani miejsca w szkole - zapowiedziała nowa dyrekcja, a Matka poczuła, jak jej ręka wędruje do nocnika, bo godziny w drugiej szkole nie dadzą jej nic - nie bedzie miała połówki etatu. Szlag trafi jej rozpoczynany w tym roku staż na ostatni stopień zawodowego awansu. I nie znajdzie tych dodatkowych godzin nigdzie. Wszędzie pozajmowane miejsca przez podouczanych rusycystów, polonistów i tym podobnych. Wie, bo biegała.
Wystarczy.
Wiemy już, że życie stało się prostsze, ale to nie znaczy, że przyjemniejsze.
A Potwory?
Potwór starszy zaczął edukację gimnazjalną. Matka odczuła to wyraźnie, wydając już na wszelkie podręczniki 850zł, a nie wie jeszcze jakie książki do angielskiego są potrzebne (najdroższe) i nie ukazała się póki co II część podręczników Potworka.
- Czy tu w okładkach są zatopione platynowe nitki? - zapytała wczoraj panienkę w sklepie, oglądając podejrzliwie jakieś cienkie coś do niemieckiego, za które skasowano ją po zniżkach 46 zł.
- Niech pani nie narzeka. - Machnęła ręką panienka. - Angielski do liceum to stówka. Repetytorium do matury kolejna.
Matka natychmiast ucieszyła sie, że Potwór nie zdaje matury, choć z drugiej strony pomyślała, że chyba jej nie dożyje finansowo.
- I nie sądzisz chyba, że bedę chodzić do gim-na-zjum w tych samych trampkach, co do podstawówki.
W trampkach, które Matka nabyła na Allegro za jakieś kosmiczne walory? Czarno-amarantowych? Niezniszczonych, jak nóweczki???
- Tylko ją weź do sklepu, żeby za małe nie były! - ostrzegł MiaUżon i była to naturalnie ostatnia rzecz, jaką Matka zrobiłaby z Potworem.
- Phhhhh! - rzekłby Potwór na widok tych w panterkę.
- Takie same? - Na widok czarno-amarantowych, których by w ogóle w sklepie nie było.
- Wsiowe - Ujrzawszy te z cekinami. Nie, Matka przeprasza, zasłoniłaby te z cekinami swoim ciałem i sama pomyślałaby, że są wsiowe. Po urlopie dałaby sobie głowę ściąć, że nie tylko zasłoniłaby trampki, ale wręcz dwie półki butów plus wejście do magazynu.
- Krótkie! - Potwór z uporem maniaka nie chce półtrampek.
- Przecież mi do nieczego nie pasują!!! - Na widok błękitnych.
- Żal!!! - To o pasiastych.
Za każdym razem następowałoby wydymanie ust, a Potwór zdecydowanie ma czym to robić, wywracanie oczami z okazywaniem nerwu wzrokowego, przyspieszone wydmuchiwanie powietrza przez obie dziury w nosie, piruet i trzaskanie drzwiami. No prawie jak MiaUżon, z tym, ze on nabywanie butów zaczyna od trzaskania drzwiami, bo wychodzi ze sklepu wcześniej, niz wszedł.
- Znów trzeba mi kupić do pracy buty - Westchnął wczoraj, a Matka wiecej nic nie napisze, bo musiałaby siegnąć do przeszłości. Wystarczy, że ma przed soba perspektywę.
- O tym, żeby Janeczka z nami pojechała po trampki - zapomnij. - Zapowiedziała Matka i poszła w zaparte. Nawet gdy Potwór wybiera sobie sam buty to i tak w domu dochodzi natychmiast do wniosku, że źle zrobił i jest dramat w trzech aktach.
Matka z MiaUżonem wzięli więc do miasta tylko Potworka, który od progu domu zaczął rozpaczliwe grzechotanie oczami z nadzieją, że jednak go zapomną i zostawią, ale nie wiedział, że hałas niezwykle skutecznie temu zapobiega.
A potem odwiedzili wszystkie sklepy w metropolii, z naciskiem na ten badziewiasty na literkę "D" i okazało się, że buty są albo za male, albo za duże. Niezależnie od koloru. Bo Matka ma teraz tak dobrze, że mierzy buty dla Potwora i musi mieć lekko przyciasne, bo Janeczka pomalutku weszła w numerek 41.
- Nie pojadę do domu, póki nie znajdziemy rozmiaru. Do CCC! - Zarządziła Matka z nadzieją, ze w ostatniej desce ratunku coś będzie.
Było.
Jakieś mazajowatopasiaste, ceglastoróżowawe, czy coś.
Gdyby Potwór to zobaczył - ominąłby bez dwóch zdań szerokim łukiem.
- Oooooooo... - Skomentował w domu. - No nawet. - I zabrał pudełko do pokoju.
Matce kamień z serca spadł.
- A widzisz? - Wytrzeszczyła oczka do MiaUżona. - Udało się.
Zakupy szkolne okazały się bezbolesne, przynajmniej w sensie decyzyjnym. Cenowym wcale.
Matka zatarła rączki i osiadła na laurach dumna z siebie jak paw.

- Ja to mam jakąś kurtkę? - Rzucił wczoraj wieczorem Potwór od niechcenia.
Pytanie nie musiało być doprecyzowywane.
Potwór nie ma już ani kurtki jesiennej, ani tym bardziej, a może nawet zwłaszcza zimowej. Po prostu żadnej.
Matka dostała gęsiej skóry.
Jak włoży na siebie ( rozmiar 40) trzydziestkę ósemkę, to będzie jej lekko ciasno.
Czy  da radę wtrynić rozmiar 36 i kupić kurtkę Janeczce zaocznie?
Da radę. 
Jak się zacznie dusić, to będzie znaczyło, że 36 będzie okej.
Zawsze to lepsze, niż uduszenie niezadowolonego Potwora w sklepie...




piątek, 25 czerwca 2010
Fotoreportaż końcowoszkolny

Matka z Potworami zakończyli rok szkolny. Łatwo nie było, zapowiadały się mianowicie cztery imprezy: dwie u Potworów i dwie u Matki.
- No chyba tym razem pojedziesz do Janeczki? - zapytał MiaUżon.
A Matka poza pierwszą klasą nigdy nie była, bo chodziła na swoje licealne.
- Przyjdź! - Podpowiedziała koleżanka. - Tam zawsze na zakończenie szóstych klas rodzice najlepszych uczniów odbierają listy gratulacyjne.
I choć Matka ma urodę żaby, to stwierdziła, że się nie rozerwie. Odsiała natychmiast jedną szkołę i doszła do wniosku, że w drodze powrotnej zahaczą z MiaUżonem o swoją starą, którą ukończyli. Nie przewidziała jednak, że klasy I - III uwiną się w pół godziny, a klasom IV- VI zajmie to aż dwie...
Janeczka w chórze. Janeczka czytająca list pożegnalny klas szóstych. Janeczka odbierająca jakąś,  złotą kulkę na procy za bieganie i piłkę ręczną, wreszcie Janeczka z nagrodą - to i tak pikuś w porównianiu z tym co odbierali inni. Puchary szczękały przykrywkami łąpanymi w locie przez przytomnych wuefistów. Matka robiła tylko zdjęcia i pocieszała Potworka, który z każdą minutą coraz bardziej przypominał niepodlaną surfinię.
- Słuchaj! - Uknuła wreszcie nadzwyczajny plan ożywczy.- Jak ja wyjdę z tatą na środek, żeby odebrać list gratulacyjny, to ty nam wtedy koniecznie zrób zdjęcie, dobrze?
Potworek natychmiast nastroszył czułki i stanął w blokach startowych. Matka ostrożnie zawiesiła mu na szyi aparat i zastanowiła się, czy aby się z nim czule nie pożegnać. Nie z Potworkiem. Z aparatem.
Maryśka przyssała się mackami do klawiszy i zajrzała w wizjer.
- Wszystko masz nastawione. - Uspokoiła ją Matka, która włączyła program dla baranów i wszystko wstępnie skadrowała. Doszła do wniosku, że lepiej mieć na zdjęciu świetlówki z sufitu i siebie, niż same świetlówki. - Jak pójdziemy to zrób kilka zdjęć, żeby Janeczka też była razem z nami.
Potworek oglądał z zachwytem aparat, który kiwał mu się w łapkach niebezpiecznie. Matka co jakiś czas odlepiała mu paluszki z podniesionej lampy błyskowej, bo nie doczytała się w instrukcji, ze w razie oderwania lampa zadziała bezprzewodowo.
Wreszcie pani dyrektor wyczytała Matkę i MiaUżona, którzy śmignęli na środek, uścisnęli dłoń, odebrali list i wręczyli różę. Trzeba przyznać, że było bardzo uroczyście i warto było czekać.
Gdy przedarli się z powrotem na miejsce powitał ich rozpromieniony Potworek.
- I jak, udało się? - Zapytała Matka odbierając aparat.
- Super! - Kiwnęła głową bardzo zadowolona z siebie Maryśka.
Matka cichaczem włączyła podgląd. Przeleciała zdjęcia w lewo. Potem w prawo. Jeszcze raz w lewo. No kurka wodna!
- Przecież nie zrobiłaś nam ani jednej fotografii!!! - Wyrwała sobie kłaki z głowy.
- Nie? - Potworek szczerze się zdziwił, a potem głęboko zastanowił i zagrzechotał oczkami z wysiłku. - No może i nie. Chyba nie. Naprawdę zapomniałam?
Matka opadła na krzesło. Miała wybitnie rzadką okazję bycia uwiecznioną w wyjatkowej i niepowtarzalnej chwili, a tu tak zwana kicha.
- Mamusiu, nie martw się! - Poklepał ją Potworek na pocieszenie. - Ja wam zawsze mogę  zrobić jakieś zdjęcie POTEM...

czwartek, 03 września 2009
Drugi dzień Potwornej szkoły

Matka wróciła rano ze szkoły, gdzie zniknęły oba Potwory. Tak! Maryśka też! Z różowym, wielkim tornistrem na plecach, różowym workiem i innymi różowymi różnościami stanęła w dwuszeregu i raźnie odmaszerowała z szatni razem z panią wychowawczynią.
Matka ma teraz lekki problem, bo trzeba pod nią układać plan. Nie, no może przecenia swoje możliwości. W planie szkolnym uwzględnia się to, że Matka na ósmą rano się nie stawi, bo o tej porze kwitnie w szatni z Potworkiem. MiaUżon jak wiadomo do pracy jeździ przed siódmą, więc pożytek domowy z niego żaden. I trudno. Matka i tak jest szczęśliwa, że może jeździć już tylko w jedno miejsce.
— Janeczko, ja to mam do ciebie wielką prośbę — zaczęła Matka szalenie elegancko, bo zamierzała chytrze ubić z Potworem interes.
— Taaaaaak? — jęknął Potwór, który natychmiast szóstym, a Matka podejrzewa, że nawet i siódmym zmysłem przejrzał Matkę na wylot.
— Chodzi mi o to, żebyś zaopiekowała się Marysią w szkole. Wiesz, żeby tam się dobrze czuła, zwłaszcza w świetlicy, dopilnowała, żeby zjadła obiad…— Matka to już się nauczyła wypuszczać dym uszami jak Potworek. Niestety Potwór ma fabrycznie zamontowany czujnik dymu.
— Pani z nimi chodzi i pilnuje! — palnęła Janeczka i spłynęła gdzie pieprz rośnie.
Matka wyobraziła sobie natychmiast swoją artystyczna wyobraźnią, poparta tytułem magistra sztuki, że Potwór wykorzystuje ucho na tornistrze Potworka do jednego, jedynego celu. Łapie za nie, podnosi Maryśkę za frak i daje kopa tak porządnego, żeby Potworek z całym szpejem znalazł się jednym susem na pierwszym piętrze, omijając zgrabnie parter.
— To PA! — Matka hamując dziś przed szkołą usłyszała trzask zamykanych drzwi i zanim otworzyła paszczę Janeczka zniknęła w czeluściach szatni.
A potem pomaszerowały z Potworkiem i Matka szybko wróciła do domu, gdzie czekała na nią poranna apokalipsa, o której napisze zdecydowanie osobno, bo ani ta się jeszcze nie skończyła, Anie nie wiadomo jak i kiedy skończy. Takie miłe przebudzenie nad ranem.
Ale wczoraj  Matka podsłuchiwała jeszcze jak Potwór kontrolował zawartość maryśkowego tornistra.
— Kredki masz? Masz. Piórnik jest? Jest. Lekcje jakie?
— Z panią i angielski — zapiszczał Potworek czytając uważnie kartkę.
— Dzienniczek wypełniony? — Janeczka zdecydowanie wchodziła w kompetencje Matki.
— Mama mi wypisała wszystko! — oburzył się Potworek.
— Sprawdzimy! — zarządził Potwór, a Matka na górze się zatrzęsła ze złości. — Dane są… nazwiska  wychowawcy nie ma… a tu… no właśnie! Tu zostaw sobie dużo, dużo pustych kartek. Nic ci nie wolno tutaj pisać!
— A czemu? — zainteresował się Potworek.
—A czemu? — pomyślała Matka.
Potwór natychmiast dodał otuchy Maryśce i skwapliwie wyjaśnił:
— Bo tu musisz mieć dużo miejsca, żeby ci pani mogła wpisać uwagi za złe zachowanie!!!

poniedziałek, 03 września 2007
Radosny powrót do szkoły - bezcenne
Jak w tytule.
Napis był przy kasie w hipermarkecie.
Pani kasjerka może być pod koniec dnia sina od pobicia.
Oczywiście zrobią to ci, którzy nie rozumieja dowcipu, bo nie mają karty MasterCard...

Matka odstawiła dziś zdenerwowaną lekko Janeczkę na rozpoczęcie roku w czwartej klasie. Poważna sprawa - oceny, nowa wychowawczyni, zeszyty 32kartkowe, różne sale i po siedem lekcji!
Potwór przeżywa od wczoraj.
-"Musze wziąć do szkoły mundurek!!!"
-"Idziesz przecież na galowo!" - obruszyła się Matka, której się zaraz przypomniało, że trzeba ten cholerny mundurek we wtorek odebrać - czytaj: stać w kolejce, wraz z mniej więcej czterystoma innymi rodzicami, bo bezpośrednio w firmie nie da rady.
-"Ale ja nie mogę przyjść we wtorek bez mundurka!!!" - rozerwał szaty Potwór i zakręcił się w piruecik.
Matka zna takie numery - mundurek bedzie najatrakcyjniejszym ubiorem przez jeden dzień, po czym stanie się ohydnym i wstrętnym. Klasyka w wydaniu Janeczki.
-"Póki co to ja muszę załatwić świetlicę i zapłacić za obiady!" - wkurzyła się Matka, która zamierzała powitać nowy rok szkolny dziś kilkakrotnie, ale niekoniecznie u Janeczki.
I załatwiła.
A wcześniej odstawiła wytęsknionego Potworka do przedszkola, ale nie tak normalnie, oj, nie!
-"W przedszkolu zaczęliśmy tydzień temu remont!" - usłyszała Matka w słuchawce i przez chwilę miała nadzieję, że to na przykład automat telefoniczny, który mówi głosem jakiegoś znanego Mariana czy innego Jarosława. Nic z tego. Głos gadał dalej-"Nie było wcześniej przydzielonych pieniędzy! Zmieniamy całe centralne i zrywamy dach!"
Matka padła.
-"Niech się pani nie martwi, przydzielono nam kilka przedszkoli zastępczych, dzieci przechodzą z całą grupą i paniami" - i tu padł numer przedszkola, ktróe jest doklejone do szkoły Janeczki. Matka odetchnęła. A nie trzeba było.
Dziś zobaczyła piękne, przestronne przedszkole. Maryśka będzie w sali w piwnicy. Ani jednego okna i zapach pleśni. Psiakrew!
-"A jak długo bedzie ten remont?" - oparła się o scianę, bo zrobiło jej sie lekko słabo.
-"Mówią, że miesiąc, ale ja nie wierzę..." - skrzywiła sie pani przedszkolanka.
-"Dajmy im dwa miesiące, a potem przez kolejne dwa Sanepid nie dopuści pomieszczeń, bo bedzie śmierdziało." - orzekła sprawnie Matka a pani przedszkolanka tylko pokiwała smętnie głową.
No brawo dla tych, którzy rozdzielają pieniądze w drugiej połowie sierpnia!
Matka poprzeżywała i dała spokój, bo nic to nie da. Zajrzała do swoich szkół, ponarzekała na plan i pomyślała, że czas uzupełnić zapasy zeszytowe, bo kupiła Potworowi za grube.
-"Jedziemy do hipermarketu, wybierzesz sobie sama wzory, przynajmniej nie będziesz marudzić" - zarządziła Matka.
Na miejscu odsiała błyskawicznie zapędy Potwora do posiadania rzeczy marki Herlitz czy Witch i pozwoliła nabyć ze średniej półki, bo szaleć na wyprawkę do świetlicy nie zamierza.
-"A co ty mi tu wkładasz?" - zeźliła się, kiedy po raz trzeci Janeczka wtryniała jej w koszyk dwa najdroższe korektory paskowe.
-"No chyba żartujesz, że nie będę miała korektora?" - wydął się Potwór a Matkę natychmiast trafił jasny szlag.
-"Jeśli nawet to nie taki!" - Matka nie wie co to za pioruńska moda z tymi korektorami! Nic, tylko smarowanie na biało w szkole! Sama to ma na klasówkach, potem rozkleja je z trudem w domu. Już nie można po prostu skreślić czy zrobić strzałki. Zamalowuje się całe strony i potem pisze na tym aż tynk odpada.
Za Matki czasów, żeby było w zeszycie elegancko, robiło się jedną i ważną rzecz - najpierw się MYŚLAŁO. Teraz pilnie poszukiwany jest wynalazca papierowego zeszytu wyposażonego w klawisz "delete". Będzie Nobel!

-"Ty wiesz?" - przerwała idealistyczne myślenie Matki Janeczka -" Teraz to ja już NIE BĘDĘ na przerwach szaleć, tarzać się, jeździć kolanami po podłodze i tak dalej!"
-"O, tak?" - uniosła z zainteresowaniem brwi Matka, która ciężko się zdziwiła zarówno szczerym wyznaniem córki, jak i tym, że ta tarzała się kiedykowiek na korytarzu. - "A CO w takim razie na tych przerwach będziesz robić?"
-"Nooo..." - wywróciła oczami z niesmakiem Janeczka, bo Matka zadała wszak głupie pytanie -"...przecież przerwy służą do tego, żeby się na nich ZAŁATWIAĆ!"
środa, 27 września 2006
Śmiech to zdrowie
Matka skończyła lekcje, przejechała się kawałek samochodem, w którym można było gotować jaja na półmiękko i wysiadła pod szkołą Janeczki przekonana już zupełnie, że ma prawie wszystkiego dość. Z auta jej kapie płyn do chłodnicy, majster ma czas w środku czwartku, co Matka bardzo lubi, fryzjerka zapomniała, że Matka się z nią już dawno umówiła i zanosi się na to, że Matka zamiaatać będzie grzywką przed samochodem, Janeczka zapomniała poprzedniego dnia wziąć do domu rzeczy z basenu, więc dziś prawdopodobnie przyniesie ręcznik porośnięty opieńkami... no rozpacz w kratkę.
I jeszcze drugi dzień Matka biega po odbitki, których nie ma i nie ma. Psiakość!!! Za dużo??? Marne 750 fotografii Matka przygotowała do wywołania a to jest dużo? Dla metalowego pudła z bulgoczącą chemią w środku???
O, nie!
I Matka w bojowym nastroju wlazła na drugie piętro myśląc sobie - jak za każdym razem zresztą - jaki dureń zrobił świetlicę na ostatnim piętrze szkoły? Może panie woźne w sezonie zimowym nie były dociążone pracą?
Tymczasem Janeczka wynurzyła się z czeluści lokalu nadzwyczaj uśmiechnięta, w świetnym nastroju - no Potwór Roślinożerny wręcz.
-"Było dyktando, dobrze mi poszło, miałam tylko jeden błąd!" - obwieściała z triumfem.
-"O jeden za dużo" - mruknęła pod nosem Matka perfekcjonistka, ale Janeczka szczęśliwie nie usłyszała, zajęta produkowaniem decybeli na schodach.
-"Czekam w samochodzie i trochę go przewietrzę" - rzuciała Matka sama sobie nie wierząc, bowiem opelek sterczał od pewnego czasu na piachu skąpanym w słońcu.
Potwór niebawem nadszedł, huknął drzwiami i zakleszczył się pasem.
-"Ale dzisiaj mieliśmy w klasie śmiech! Wszyscy po prostu mało nie pękli!" - oświadczył tajemniczo.
Matka wrzucając dwójkę zamarła. Uruchomiła wszelkie swoje przytomne szare komórki i zaczęła kombinować, co tez mogło wywołać śmiech w klasie.
-"Pewnie już się nie podobają twoje nowe tenisówki?" - spytała mordując w myślach całą żeńską część klasy.
-"Nie, no..." - zaczęła Janeczka, ale Matka nie dała jej skończyć.
-"Albo Mateusz znów podstawił ci nogę i się wyrżnęłaś???" - tu Matce stanęły przed oczami prześwietlenia zęba, który mógł być martwy po tym, jak Potwór przydzwonił nim w posadzkę, a uprzejmy kolega sprawdził najpierw jak też się przewraca dziewczynki.
-"Ależ nie..." - bąknęła znów Janeczka.
-"Odwołali wam wycieczkę?" - syknęła Matka
-"Nieeeeee..." - brwi Potwora powędrowały na czubek głowy, ale Matka tego nie zauważyła, bo wyprzedzała jakiegoś Komarka.
-"Nikola się śmiała, że założyłaś klub Witch?" - tu Matka w myślach zamordowała Nikolę, ale przypomniała sobie zaraz, że już to przed chwilą raz zrobiła.
Potwór otworzył paszczę.
-"No to pewnie się śmiali, że jeszcze jako jedyna nie umiesz pływać???" - przerwała mu Matka.
-"Eeeeee..."- zaczęła Janeczka
-"Ach, nie?" - Matka podkręciła się już na całego -"Polałaś się wodą z butelki?"
Janeczka wywróciła z chrzęstem oczami.
-"No coś ty..." - oburzyła się
-"No to co? Że kanapka była z wędliną???" - Matki komórki zderzały się jak szalone.
-"Mama" - Potwór wpadł wreszcie Matce w słowo -"No daj spokój, co ty!"
-"No to z czego się śmiała ta twoja klasa?"- wkurzyła się Matka
-"Ojejku, no mieliśmy ubaw..." - stęknął Potwór- "... bo woda tak okropnie śmiesznie zabulgotała w naszym klasowym zlewie...
czwartek, 22 czerwca 2006
Potwor(n)a wycieczka
Matka miast garować w wyrku do siódmej zero zero we wtorek, zwlec musiała swoje stare gnaty całe dwadzieścia minut wczesniej co jest czynnością wielce przykrą, żeby nie powiedziec odrażającą. janeczka w ten dzień idzie na trzecią godzinę lekcyjną, jako i Matka, więc nie trzeba było się spieszyć nigdy, aż tu nagle bach - wycieczka. Potwór miał nawiedzić Sąsiednie WiększeMiasto, gdzie zwyczajową atracją był wypad do McSzczurów - tak, jakby w Matki metropolii nie było owego - jakże atrakcyjnego - przybytku. Tym razem jednak wycieczka była znacznie droższa i składała się z dwóch zasdniczych punktów programu, z których pierwszy był mocno przez dzieci pożądany a drugim było czerpanie papieru i takie tam ciekawe rzeczy. Matka musi pisać tak właśnie, żeby się nikt nie połapał. Nieważne.
Tak czy owak wyjazd miała nastąpić o 7.55, której to godziny Matka w ogóle nie ma w rozkładzie, ale wstawiła i pognała z Potworami zastanawiając się, co też będzie robić w szkole przez półtorej godziny.
-"Stoi autokar, stoi!" - wrzasnęła Matce nad uchem Janeczka.
Stał, bez cienia wątpliwości i bez cienia rzeczywistego. Rzucał tylko swój. Ropdzice tkwili nieruchomo pod sosnowym laskiem i próżno wypatrywali pociech za przyciemnianymi szybami eleganckiej bryki z legendarnego, polskiego biura podróży. Potwór zniknął ku rozpaczy Maryśki, która szybciutko pocieszyła się sakramencko brudnym piachem, bo lasek zaczynał się w końcu przy ulicy.
Pani pomachała zgromadzonym na pożegnanie, drzwi się zamknęły i autokar ruszył. Rodzice spojrzeli na swoje wygrzane samochody, kiedy coś zapiszczało. Wszyscy odwrócili się z ożywieniem, boć to zawsze jakiś ruch powietrza wokół twarzy i ujrzeli dwóch policjantów z Inspekcji Ruchu Drogowego, którzy zajechali drogę autobusowi.
Panowie wcisnęli czapeczki, zapukali grzecznie do drzwi i przeprosili, za spóźnienie.
-"Tsy minutki i państwo jedziecie" - obiecał policjant, którego mamusia w odpowiednim czasie nie zaprowadziła do logopedy.
-"Poprosę listę ucestników" - powiedziała pan i dostał ją natychmiast.
-"W autokaze jest pięćdziesiąt miejsc a ja mam na liście pięćdziesiąt jeden osób!" - zmarszczył brwi pan.
-"Bo ja pojadę na miejscu dla pilota!" - zamrugała pani.
-"Mowy nie ma!" - zaparł się pan - "Niech pani decyduje kto nie pojedzie, bo ja państwa nie wypuscę!"
Po kwadransie pani odsaiał dziecię, którego rodzice przynieśli pieniądze dopiero przed momentem.
-"A teraz papiery wozu poprosę i sprawdzamy światła!" - ucieszył się pan, któremu została już do przejrzenia tylko tak zwana czysta formalność.
Panowie oglądali auto ze wszystkich stron a kierowca naduszał pedały i machał wajchami.
-"Nie ma światła cofania!" - zawołał sepleniący policjant.
Rodzice zafalowali.
-"Światło cofania nie jest TAK ważne, jak światło stopu!!!" - zajazgotała jakaś mamusia.
Pan sepleniący zabił ją wzrokiem a rodzice szybko uprzątnęli zwłoki. Upsątnęli.
-"To ja zaraz tam popukam w szybkę i się zrobi!" - zapowiedział kierowca i popukał. Nie zrobiło się.
-"A może tak zadzwonić po następny autokar?" - nieśmiało zapytała Matka. Czas upływał nieubłaganie, atrakcja główna odpływała w siną dal.
Kierowca poszedł grzebać w bezpiecznikach i zrobiło się w pół do dziesiątej.
Matka za dziesięć minut zaczynała lekcje.
-"Psestały się zamykać dzwi!" - zakomunikował policjant - "A światła dalej nie ma!"
Pani wyciągnęła z rozpalonego autokaru dzieci ugotowane na twardo. Maryśka tymczasem była w swoim żywiole. Bombardowała autokarowe koła szyszkami i wyglądała jak córka murzyna z Etiopii. Matka patrząc na jej skarpetki na próżno usiłowała sobie przypomnieć kolor, jaki miały rankiem.
-"Jadę do szkoły!" - westchnęła Matka, która zaczęła uważać, że wycieczka przestała mieć jakikolwiek sens, jesli ma trwać cztery godziny, z czego dwie siedzi się w autokarze.
I pojechała.
Dzieciom podstawiono kolejny autokar o dziesiątej. Czerpały papier i nawiedziły oczywiście McSzczury, bo przecież w zabytkowym mieście nie ma żadnych innych atrakcji typu zamek. Ugotowały się na amen, bo oczywiście wypiły całą wodę, kiedy siedziały raniutko w rozpalonym autobusie. Zadowolone? Jasne, że tak. Janeczka opowiada o Gutenbergu, papirusach, pergaminach i innych pizdrykach.
Tylko do ciężkiego grzyba - najsłynniejsze polskie biuro podróży mogłoby sprawdzać autokary przed wyjazdem. I dawać instrukcje kierowcy, który ma dzwonić po następną brykę a nie pukać w bezpieczniki...
Dodajmy, że kierowca był zdecydowanie po pięćdziesiątce i chyba nie wsiadł po raz pierwszy za kółko...
A policjantom niskie ukłony.
Jak nie przyjeżdżają sami - to dzwońcie.
Jak widać jaki by nie był przewoźnik - różowo nie jest!
piątek, 12 maja 2006
Pij mleko!
Matka wspominała, że we wtorek była na wywiadówce u Janeczki. I niby nic ciekawego się nie działo, Potwór jak zwykle napisał wszystko elegancko na sprawdzianie, komunikatów żadnych nie było i pani po kwadransie nie miała już nic do powiedzenia. Wyglądało bajkowo, Matka spojrzała na zegarek i oczami duszy widziała siebie szalejącą na dużym wózku w hipermarkecie.
A guzik!
A guzik, bo pan z pierwszej ławki zadał pytanie.
Matka wyjrzała, bo głosu nie znała i jak się okazało pana też. Przez moment myślała, że to dziadek któregoś z chłopców, ale szybko domysliła się, że to jednak mocno spóźniony tatuś, który z rodziną zjechał był z jakiegoś anglojęzycznego kraju do domu gdzieś rok temu.
-"Czy mogłaby pani teraz nam szczegółowo wyjaśnić..."- zabulgotał pan -"...jakimi kryteriami kieruje się pani przy wyborze takiego a nie innego podręcznika dla dzieci"
Matka próbowała natychmiast odstrzelić pana, ale za dużo osób siedziało między pierwszą a ostatnią ławką.
Nauczycielka spojrzała z rozpaczą po ludziach, bo temat był wałkowany wielokrotnie, podręczniki trzeci rok kontynuowane i wszystkie drugie klasy z nich korzystały. Rodzice zaszemrali z niezadowoleniem, bo też chcieli dać eleganckiego dyla do swoich zajęć. Pana nie zbiło to z tropu, otrzymał w końcu wyjaśnienie.
Matka uniosła cztery litery a pan zaatakował znów.
-"Mam jeszcze jedną, taką uważam szalenie ważną sprawę!" - podniósł rękę.
Pani zamieniła się w jedno, wielkie ucho a Matka położyła na ławce. Się.
-"Jak to jest z tym mlekiem dla dzieci?"- padło najważniejsze pytanie w Czwartej Rzeczypospolitej.
-"O właśnie!" - przypomniało się pani - "Rodzice, których dzieci piją mleko proszeni są o wpłatę pieniędzy na miesiąc czerwiec do pani takiej a takiej. Z tego co pamiętam..." - pani zagrzebała w kalendarzu -"..to jest to tylko trójka dzieci"
Panu jednak nie o to chodziło.
-"Widzi pani..." - zabulgotał znów - "...tam, gdzie Kris chodził do szkoły było inaczej! Tutaj mleko jest proponowane w smakach truskawkowym, czekoladowym i jeszcze jakimś. Kris przychodzi ze szkoły i rzuca to mleko na podłogę!!! Ja nawet spróbowałem - JEST OHYDNE!!! Co to za pomysł, żeby mleko miało takie smaki! Chciałbym bardzo, żeby szkoła zajęła się dystrybucją mleka pozbawionego wszelkich dodatków!" - klepnął ręką w ławkę.
Rodzice spojrzeli po sobie.
Matka wstając pomyślała, że dobrze ma nie mogąc mieć TAKICH straszliwych problemów. Janeczka nie może pić żadnego mleka i niemal żadnego soku. Do szkoły bierze wodę.
Najwyraźniej Krisa egzystencja jest zagrożona podczas czterech, pięciu godzin w szkole.
Tak. Matka jest przekonana, że w ŻADEN inny sposób nie da się rozwiązać tego problemu. Szkoła MUSI zamówić dla Krisa mleko bezsmakowe.
Czy Matka pisała już kiedyś, co podarowali rodzice Krisa na wejściu? Wideo i telewizor dla klasy. Nie, no bajka. Przydaje się i to bardzo.
A teraz Matka ma jednak ochotę napisac do Was do góry nogami.
Żeby pokazać, że komuś chyba jednak przewróciło się w głowie...
wtorek, 09 maja 2006
Oświadczenie
Matka je już wszystko. Tak na papierze. Bo naprawdę, kiedy już nie musi stosować żadnej diety, to jeść jej się nie chce! Wczorajszy dzień owocowy to juz był pikuś i czysta przyjemność, bo Matka nabyła drogą kupna wielkiego ananasa i zjadła go na raty głośno ciamkając, bo inaczej się nie da.
Ile schudła? Koło czterech kilo. Jakby zaczęła po pełni to byłoby pięć, ale nic nie szkodzi. Najważniejszy ten pierwszy krok.
I jak już tak wstała dziś w świetnym humorku i jeszcze okazało się, że nie ma jednej godziny, bo klasa gdzieś się udała "poza", to dyndało jej równo, czy zdąży im zrobić jedną klasówkę, czy nie do końca roku. Co tam!
A potem w jeszcze lepszym, żeby nie powiedzieć szampańskim humorku Matka udała się po Potwory, zaczynając wyjątkowo od Janeczki, ponieważ trasa przelotu lepiej tak pasowała jej miotle. Wsadziła je następnie na godzinkę do Babci, bo czekała ją Potworna wywiadówka, o której napisze później, bo jest o czym.
Wcześniej jednak Matka musiała pokonać dwa piętra i wydobyć Janeczkę ze świetlicy, co nie zawsze jest zajęciem łatwym, bo Potwór w końcu się tam zadomowił. Matka radosnymi susami wpadła więc na schody, mijając po drodze kilkoro gimnazjalistów, gdy nagle -mimo świstu związanego z Matki nadmierną szybkością- doszedł do jej uszu piskliwy, ale stanowczy i pewny siebie głosik:
-"Proszę pani!!!"
Matka oczywiście wiedziała, że to nie do niej, bo po drodze stało osiemdziesiąt sześć pań woźnych, ale coś jej kazało odwrócić się na szczycie schodów i popatrzeć na drzwi wejściowe. Słońce biło przez nie jak jasny gwint, ale Matka zauważyła, że na ich tle stał chłopinka, może metr dwadzieścia wysokości, choć Matka przypuszcza, że parę centymetrów dała mu w ten sposób w prezencie.
I jak tak popatrzyła to zrozumiała, że "proszę pani" nie było do żadnej pani woźnej, ani tym bardziej do gimnazjalisty. Zamieniła się więc w jeden wielki pytajnik, bo nie miała pojęcia co też chłopię obleczone w słońce od niej chce. Mały taki, może z zerówki, czy co? Nawet niebrzydki, tylko krótki okrutnie.
-"Tak?" - spytała Matka niepewnie, bo cały czas była święcie przekonana, że jednak nie o nią chodzi.
Promyczki światłości bijące od chłopięcia były jednak zdecydowane.
-"Ja tylko PRAGNĘ panią POINFORMOWAĆ..." - rzekło chłopię patrząc Matce prosto w oczy -"...że od dziś jestem NARZECZONYM pani córki!!!"

Nie pytajcie co było dalej.
Matka nie wie.
Jak odzyskała czucie, to chłopięcia dawno nie było.
Matka przepytała Potwora na okoliczność. Tak, mimochodem, bo w końcu to nieprawda?
Potwór spłonął buraczkowym rumieńcem.
Kolega był z klasy.
Psiakrew - same kurduple teraz po świecie chodzą???
Dwadzieścia centymetrów różnicy?
Dwadzieścia?
DWADZIEŚCIA???
wtorek, 21 marca 2006
Bocian a gwiazdy
Matka przygotowywała wczoraj lekcję a MiaUżon stukał zawzięcie w słuzbowego laptopa, bo nie zdążył wprowadzić w pracy stosów papierzysk. Opieka nad dziećmi świetna, nie ma co! Potwory zajęte były jednak konsumpcją i oglądaniem dobranocki, więc starzy byli częściowo usprawiedliwieni.
Niestety do uszu Matki doszedł po chwili głuchy tętent - niechybny znak zbliżania się Potwora. Niestety po donośności odgłosów nie można wybadać sprawy - Janeczka zawsze porusza się z dużym naciskiem na podłoże...
-"Ja to bym, mama, chciała wiedzieć taką rzecz!" - zaczął Potwór a bryzgi emocji, które towarzyszyły temu jakże niewinnemu zdaniu, kazały Matce wzmóc czujność. Nie będzie łatwo, oj, nie!
Matka podniosła wzrok znad zeszytu, zabiła Janeczkę wzrokiem i spytała zachęcająco:
-"Yhy?"
Potwór zamachał gwałtownie rękami.
-"Ja chcę cię zapytać, jak to jest z tymi bocianami!"
Matka w pięc milisekund przygotowała sobie odpowiedzi dotyczące ptasiej grypy oraz życia płciowego bocianów, z naciskiem na uczucia towarzyszące wysiadywaniu jaj.
-"A o co konkretnie chodzi w przypadku tych bocianów?" - zapytała na wszelki wypadek, żeby się nie wygłupić.
-"No o to, czy KAŻDY człowiek widział bociana?"
Matce kamień spadł z serca na zeszyt i Matka sprawnym ruchem zrzuciła go na ziemię.
-"Wiesz..." - zastanowiła się Matka odsiewając Eskimosów, na wszelki wypadek Indian i ludy Tybetu - "...można przyjąć, ze każdy. Przynajmniej w Polsce. Gniazda są przy drodze i zawsze tego bociana można zauważyć."
-"Aha!" - odzrekła zadowolona Janeczka i przepadła bez wieści, zanim Matka otworzyła paszczękę, żeby zapytać, po co taka wiedza potrzebna jest Potworowi.
Janeczka widziała całe masy bocianów - jak niemal każdy. Bociany nadlatujące, odlatujące, śpiące, wysiadujące i zżerające żaby na łączce szwagierki. Nawet, gdyby nie, to w ZOO już na pewno.
Matka spokojnie powróciła do zeszytu, kiedy kartkę znów wygiął jej podmuch powstały z leja po krążącym Potworze. Janeczka trawiła. Tylko co?
-"Podjęłam decyzję!" - Potwór zaparkował koło Matki i złożył na chwilę skrzydła.
Matka zamknęła z trzaskiem zeszyt. Było po herbacie.
-"Od dziś nie będę już przyjaźnić się z Nikolą!!!!" - zionął ogniem a Matka pobłogosławiła swoją decyzję zamknięcia notatek. Dwa dni roboty poszłyby z dymem.
-"A czemu?" - Matka zapytała tak na wszelki wypadek a tymczasem w duchu zacoierała rączki, bowiem Nikola nie dość, że ma paskudny charakter (zrzuca koleżanki ze schodów, żeby zwrócono na nią uwagę i szlocha rozpaczliwie, bo wstrętni nauczyciele zajmują się koleżanką i jej nogą, złamaną w trzech miejscach z przemieszczeniem), to jeszcze jest wybitnie mało zdolna zarazem gadatliwa. Janeczka obrywa więc uwagi choć póki co klasówki pisze elegancko. Matka podejrzewa, ze taka passa może się jednak niedługo skończyć i kombinuje, jak koń pod górę, żeby tę znajomość ukrócić.
-"No bo zobacz!" - zaperzył się Potwór i znów zaczął wymachiwac rękami. Wzburzony był okrutnie - znaczy się. - "Nikola wie wszystko na temat gwiazd!"
Matka osłupiała. Nagła przemiana? Hobby Nikoli? Janeczka odróżnia zaledwie Jutrzenkę od pozostałych gwiazd, no i wie, że to planeta. I zna kolejność planet w Układzie Słonecznym. Wszystko. Matka pożyłowała i nie kupiła Janeczce na Gwiazdkę teleskopu. Sknera wstrętna, to teraz ma durne dziecko!!!!
-"Rozumiesz" - piłował Potwór - "O jaką byś gwiazdę nie zapytała, to wie wszy-ściu-teń-ko, czy to Britney Spears, czy Madonna..."
Tu Matce spadła z serca wywrotka tłuczonego marmuru typu Biała Marianna.
-"...I jak tak można" - tokowała Janeczka - "o gwiazdach wiedzieć wszystko a NIE ZROBIĆ W ŻYCIU NIC, żeby choć RAZ ujrzeć bociana!!!"
MiaUżon oderwał się od wbijania kolejnych rekordów w laptopa.
-"I dlatego nie będę się już zadawać z Nikolą!" - zakończył Potwór z trzaskiem i pożeglował na górę do swojego pokoju, porzuciwszy nawet dobranockę.
A Matka z MiaUżonem wyziębili cały salon.
Przeciąg między otwartymi paszczami im się zrobił...
I wysuszył dokumentnie dwie pary wybałuszonych oczu...
poniedziałek, 06 lutego 2006
Western
Matka ściągnęła do domu. Czas teraz zwariowany. Rada goni radę, a wywiadówka wywiadówkę. Matka obawia się, że pomyli w końcu szkoły, tudzież terminy i w amoku dokona samopodsumowania na wywiadówce u Janeczki...
Pomylić może jeszcze bale przedszkolne, szkolne i studniówki!
Byle do końca tygodnia.
Jedno, co pozytywne to to, że Maryśka po czterotygodniowej nieobecności nawiedziła wreszcie lokale przedszkolne, stąd Matka wie, że na pojutrze szykować musi znów jakiś przeklęty strój. Jak tak lepiej zagrzebie jednak w pamięci, to z pewnością przypomni sobie, gdzie ciepnęła - o, wyrodna - andrzejkowe przebranie czarownicy. Otrzepie z grubsza i wsadzi z powrotem w reklamówkę. I do samochodu. Z Potworkiem. Wstrętna Matka jest niesłychanie. Nie zapewnia dziecku komfortu, jakim z pewnością jest obcowanie z różnego typu strojami balowymi. Nie urozmaica jego żywota! Ohydna Matka, be, be!
Matka durna nie jest i pieniędzy po próżnicy wydawać nie będzie na żadne takie tam. Nawet, gdyby chciała, to i tak nie ma kiedy. O!
-"Pamiętaj, że mam być przebrana za dziewczynę kowboja!" - po raz dwieście czterdziesty ósmy przypomniała Matce Janeczka.
Matka do dziewczyny kowboja podchodzi tak samo, jak do cyganki. Gasi się znaczy światło, otwiera szafę, wsadza łapsko i wyciąga pięć dowolnych rzeczy, zwracając uwagę, żeby jednakowoż były to ubiory przykrywające zarówno górę, jak i dół, bo z pięciu par spodni zwykle niewiele wynika.
Po zapaleniu światła mamy strój cyganki jak żywy! Matka doszła więc do wniosku, ze dziewczyna kowboja, a właściwie dama, która opiera się o bar w saloonie (Matka przezornie nie wyjaśniała Janeczce, czym parały się zwykle takie panie) wygląda podobnie. Poszła więc do pokoju Janeczki głęboko przekonana, że bez poprucia jakichś starych spódnic i tak sie nie da, ale wzdrygało ją na tę myśl tak okrutnie, że aż nie zgasiła światła, bo zapomniała.
Otworzyła drzwi od szafy i wyciagnęła czym prędzej ze swych szarych ócz sukienkę w kolorze wściekle fioletowym. Wyciagnęła, bo sukienka jej się w te oczy rzuciła.
Matka obrzuciła ją fachowym spojrzeniem i doszła do wniosku, że się NIE nadaje, bo jest krótka, szyfoniasta, różyczkowo - naszytą i w ogóle. Matka zauważyła również, a raczej usłyszała, że dzwonią. Dzwonią z całych sił. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że sukienka za moment będzie wyglądała na Potworze jak top na ramiączkach.
-"Mam świetny pomysł!" - zakomunikowała radośnie Matka Janeczce - "Przecież najlepiej będzie, jesli włożysz tę oszałamiająca sukienkę z bufiastymi rękawkami i przypiętymi różami. Fiolet to ulubiony kolor dziewczyn kowbojów!"
I tej obrzydliwej, okrutnej Matce wyzyskiwaczce nawet nie drgnęła przy tym powieka. To determinacja tak działa. Jak botoks.
Potwór pokraśniał.
-"Naprawdę MOGĘ iść w tej sukience?!!" - wyszczerzył kły w uśmiechu.
-"No już idź, idź!" - zgodziła się łaskawie fałszywa, ohydna Matka i zatarła w duchu łapki.
I Potwór poszedł.
Matka wróciła zaś z rado-wywiadówek i spytała w progu:
-"I jak było?"
Janeczka wydęła wargi i wzruszyła ramionami.
-"Coś nie tak z sukienką?" - zaniepokoiła się Matka
Jeszcze jedno wzruszenie ramion.
Matka strzeliła wzrokiem w MiaUżona.
-"Nie została królową balu!!!" - zaszeptał ślubny w ucho Matce.
Aaaaa, takie buty!
-"A inne dziewczyny jakie miały sukienki?" - Matka próbowała delikatnie ominąć temat. Tak, jak się omija czołgiem ździebełko trawy.
-"No fajne miały. Ja też świetnie wyglądałam!" - mruknął wreszcie Potwór
Aha. Czyli z sukienką wszystko OK.
-"Ale nie wybrali mnie na królową!!!" - rozżaliła się Janeczka.
-"Eeee, tam!" - machnęła ręką Matka -"Wiesz, to jest akurat mało ważne. Grunt to żeby się dobrze bawić!"
-"Nooooo..." - zamruczał Potwór posępnie i nagle sie lekko rozchmurzył. -"A wiesz, kupa śmiechu była!!!"
-"A z czym?" - Matka przez skórę czuła, że obiekt obśmiewany nie był z tego powodu najszczęśliwszy.
-"No wiesz, Samanta dwa tygodnie nam truła, jaką też ona ma sukienkę. I że będzie najpiekniejszą dziewczyna kowboja. Falbanki, kokardki, sukienka do kostek, chusta i tak dalej. I że żadna z nas jej nie dorówna. Basi to nawet było przykro..."
-"No i co z tą najpiękniejszą sukienką?" - zapytała niepewnie Matka, która zawsze na wywiadówkach jest porażona nowymi kolorami, fryzurami i strojami matki Samanty. Dziewczyny kowboja wersja XL.
-"No mama Samanty prasowała jej w ostatniej chwili tę sukienkę i wypaliła dziurę..."
-"I przyszła z dziurą?" - zdziwiła się Matka
-"No nie!" - żachnął się Potwór - "Dostała do wyboru od mamy: albo nici z balu, albo strój kury!"
-"I?" - Matka się zaturlała.
-"I mieliśmy jedyną kurę na Dzikim Zachodzie!!!"

No. Kurę na dziko...
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10