| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Księga gości
Było kiedyś - toplista Potworów
Koniecznie tam zajrzyj!
Czytane na bloxie
Czytane na onecie
Przepisy Matki Polki
Skracam drogę
Zaglądam
Popatrz...
niedziela, 21 lutego 2010
Dla niejadka i bystrzaka

Matka z MiaUżonem opanowali sytuację z teściową. Zgodnie z zaleceniami sąsiada - lekarza wlewają w nią każdy płyn omijając wszelkie kolorowe butelki stojące pod zlewem. Dali kawę na poprawienie akcji serca, bo Babcia zapomniała przekazać, że przy wyjątkowo niskiej ilości uderzeń na minutę dostała od renomowanego (!) kardiologa lek, który dodatkowo ją obniża. Jak to sąsiad powiedział - zakręciło się jej w łepetynie, dodatkowo była odwodniona, błędnik zaszalał i stąd wieczorne atrakcje. Już jest dobrze, a Matka miałą okazję wykorzystać Babcię do testowania tego, o czym miała napisać juz kilka dni temu.
Bo Matka zgodziła się na testowanie herbatek dla dzieci. Niby Potwory może są lekko przyduże, ale lepiej wyrośnięte, niż za młode (to tak na wypadek, gdyby Matka miała testować napoje wyskokowe). I przyzna, że obiecała sobie nic nie pisać, gdyby herbata okazała się jedną wielką ściemą i kichą. NIE okazała się. Mało tego - Potwory rano wypijają całe kubki, podczas gdy inna herbata regularnie wylewana jest do zlewu - czy zwykła, czy rooibos, czy owocowa wszelkiej maści.
Co w takim razie Matka dostała? "Herbatkę  dla niejadka" firmy Posti.  Skład obiecujący - same naturalne rzeczy, owoce i zioła: hibiskus (daje piekny kolor), owoc jabłka, truskawki, aronii, kopru włoskiego i anyżu (kto nie lubi to ma problem, ale zapach jest piękny, a na smak w zasadzie to nie wpływa). Co tam jeszcze ? Liść jeżyny. Po co? A no własnie - herbatka dzięki niemu jest lekko słodkawa. Nie trzeba dosładzać, a tym , którzy nie słodzą (czyli cała rodzina Matki) ten smak nie przeszkadza. Dodatkowo witamina C, witaminy z grupy B, kwas foliowy, witamina E i tak dalej. Matka tu listy nie zrobi, bo byłaby za długa.
Piją więc herbatę wszyscy - od Potworka, przez Matkę i MiaUżona do teściowej (sama się domaga!). Matka nie wie tylko jak to wpłynie na jej sadło, bo poprawiać apetytu sobie wcale nie ma zamiaru. W najbliższym otoczeniu w ogóle nie widzi niejadków, stąd nic na temat skuteczności powiedzieć  nie może - Potwory zdecydowanie potrzebują herbatki odstręczającej od jedzenia :-)
Pudełko - rewelacja. Kolorowe. W środku - trójwymiarowa naklejka. Potwory zaczęły już je zbierać, bo wymarzyły sobie krokomierz w prezencie ( jest promocja) , ale psiakosteczka, póki co trafily na dwa takie same stwory.
Prezenty prezentami, ale Matka z czystym sumieniem poleca herbatę - smak interesujący i niespotykany, zdecydowanie przyjemny. Matka podbiera Potworom tę herbatę po cichutku i zadaje pracę domową gościom - wszyscy piją i są zadowoleni.
Poczytajcie i sami spróbujcie. szczegóły o tu: Herbusie
Tymczasem nadszedł kolejny smak herbaty, tym razem wersja dla bystrzaka : rooibos, jabłko, pokrzywa, liść jeżyny, skórka pomarańczowa i aromat - jak dla Matki cynamonowy. Może się myli, ale wmawia sobie, bo bardzo lubi wersję herbaty jabłkowo-cynamonowej i ta własnie taka jest. Żadnej pokrzywy sie nie czuje :-) Znów strzał w dziesiątkę i wielka ulga, że Potwory zostawią w spokoju wszelkie zachomikowane herbaty Matki typu "Wigilijna" czy "Zimowa" z przyprawami piernikowymi. Póki co - zachwyt trwa i zdaje się, że pozostanie - do tego jest w czym wybierać. Jedyny minus wyjątkowo wesołego opakowania - jedno jest podobne kolorystycznie do drugiego i trzeba się dobrze wczytywać, które się wyciąga. Matka zróżnicowałaby bardziej kolorystycznie. Ale i tak plus dla grafika - choć produkt dziecięcy - nie straszy infantylnością.
No i Matka czeka na trzeci i ostatni smak...

piątek, 19 lutego 2010
Niewypuszczalna

Matka obiecała, że napisze o pewnym testowanym produkcie, ale nie może zrobić tego dzisiaj. Jutro za to na bank. Niezawodnie.
Bo już, już się zabierała, kiedy zadzwonił telefon i  MiaUżon zamiast zapytać jak zwykle:
- Kupić coś?
Oznajmił: -  Jadę do szpitala.
Matka pomyślała sobie, że umówił się na wizytę w sprawie swojej szyi (Matka też nie pisała? Oj, to chyba nadrobić to i owo musi), ale nie! Znów nie!
- Mama jest w szpitalu, złamała sobie w przychodni bark - rzucił krótko, bo więcej nic nie wiedział.
Matka padła trupem natychmiast i wyobraziła sobie teściową, która ryje nosem przed przychodnią na kupie jakiegoś lodu. Z drugiej strony jak już miało coś się stać, to lepiej, że w takim miejscu, a nie na przykład w ciemnej uliczce z bandziorem w tle.
- Nie wiesz, która ręka? - spytała jeszcze Matka przezornie, bo Babcia jest praworęczna, ale ma swoje ręce już mocno niesprawne i chadza kilka razy do roku na różne bloczki i inne skomplikowane urządzenia fizykoterapeutyczne.
MiaUżon nie wiedział.
- To zależy w której coś trzymała - stwierdziła kuzynka Matsa, która jest anestezjologiem, więc codziennie widzi różne ciekawe i znacznie mniej interesujące rzeczy. - Człowiek się łamie, ale nie puszcza tego, co ma w ręce!
To fakt. Matka pamięta kolegę, który zjeżdżając z górki na rowerze przewrócił się i poharatał o wszystko, co wystawało po drodze tylko dlatego, że nie wystawił rąk, żeby się osłonić. Nie mógł wystawić, bo jak go znaleziono jedynym co miał w górze była ręka krzepko dzierżąca nietkniętą, szklaną butelkę mleka. Prosto od krowy.
- Sąsiad ma dyżur, wal do niego! - Zadzwoniła Matka do MiaUżona przytomnie.
- Wiem, już Mamę widział. Jadę po stabilizator - I pognał do miasta.
Jak stabilizator, a nie gips to już sukces. Okazało sie jednak, że Babcia połamała się w trzech płaszczyznach i leży pod kroplówką ze środkiem przeciwbólowym, żeby nie znieść jaja z bólu. Nie wyglądało na to, że wrócą szybko, a co dalej, to już całkiem nie było wiadomo.
Wieczorem nadciągnęli.
- O rany, prawa ręka... - złapała się za głowę Matka na widok teściowej.
- No prawa - westchnęła Babcia owinięta najnowszą i najdroższą cześcią garderoby. - W korytarzyku się pośliznęłam. A potem zemdlałam z bólu.
Aha! Czyli nie na zewnątrz, a w środku!
A potem Matka zdjąwszy z teściowej co się dało, a wiele tego nie było, pomogła jej sie umyć. Mimo kombinacji okazało się, że Babcia będzie spała dziś w sweterku, bo za chiny nie dało się go nijak zdjąć.
I wyszło jeszcze na to, że Matsa jest prorokiem we własnym kraju:
- Powiem ci jedną rzecz - Teściowa mimo bólu nastroszyła dumnie pióra - Torebki to ja do końca z ręki nie wypuściłam!!!

niedziela, 07 lutego 2010
Przelane mleko

Matka odzyskawszy wodę odzyskała też i zajęcie, bo skończyły się ferie. Potwory w tak zwanym międzyczasie zaliczyły wirusówkę jelitową - Janeczka sprawdziła drożność przewodów natychmiast po pworocie do domu - Matka nigdy nie była tak wdzięczna wodociagowcom, że przywrócili łączność z morzem. Maryśka odczekała trzy dni i dostarczyła Matce przyjemności pod tytułem mycie kamiennej podłogi, ławy, podławia, prania ciuchów i filcowych kapci oraz wszystkigo, co się nawinęło Potworkowi pod paszczę. Miednicę oszczędził.
Gdy zaatakował po raz drugi, miednica pozostała również sucha, za to Matka w nocy uprała wszystko, co było w łóżku - od Potworka poczynając, na narzucie kończąc. I naprawdę, naprawdę było jej wszystko jedno, że wrzuca do pralki zieloną narzutę, różową piżamkę, białe prześcieradło i dinozaura na czerrrrrwonym tle.
A teraz już nic nie pamięta, bo jedzie jutro do SąsiedniegoWiększegoMiasta ze swoimi olimpijkami na eliminacje okręgowe. Pierwsze w życiu.
A Potworek ozdrowiawszy zainteresował się wybitnie kobiecymi pojazadmi, jakimi są...
- Mamo, co to jedzie przed nami? - zapytał Matkę z racji chwilowego braku Janeczki w aucie.
Matka obrzuciła spojrzeniem pojazd w ksztacie spłaszczonego walca.
- Cysterna! - odrzekła z dumą.
- A po co jest cysterna? - Nie było niczym dziwnym, że Potworek drąży temat.
- Do przewożenia płynów, na przykład.
- A jakich?
- Nooo, benzyny, oleju napędowego, mleka...
- A ta jest do czego? - Uuu, Potworek zaczął zadawać pytania bardziej skomplikowane.
Matka bacznym spojrzeniem obrzuciła dekle na szczycie cysterny, bo na niczym innym wzrok jej się nie zatrzymał. Cysterna była wybłyszczona jak błotniki od dużego Fiata, rocznik 1974, napisów zero.
- Ja myślę, że do mleka!
- Do mleka? - Potworek uniósł się w foteliku, a pasy werżnęły mu się w szyję.
- No do mleka! Mleko wozi się cysternami. Z dojarki, takiej wielkiej, przelewa się to mleko wężem do cysterny.
Z tyłu zapadła głucha cisza.
Straszliwie głucha i dzwoniąca.
- Mama... - Zabrzdąkał Potworek niepewnie. - A to węże tak sobie pozwalają, żeby nimi nalewali... mleko?

I wtedy Matkę też zatkało. Zaczęła się zastanawiać, czy lepiej byłoby przelewać mleko boa, pytonem czy może ... anakondą?


***************************************************
A na drugim blogu kupa zupełnie niepoważnych kolczyków i innych rzeczy, które znikają raz-dwa, bo Matka miała parcie na kolor z powodu brudnej bieli za oknem.

czwartek, 28 stycznia 2010
Nie ma, nie ma wody na pustyni!

Przed chwilą przyszedł do Matki pan. Nie byłoby go raczej widać wcale, gdyby nie machał wściekle rzęsami - raz, żeby namierzyć Matkę, dwa, żeby nie wywinąć orła w śniegu. Gdyby miał tęczówki jak Rutger Hauer to pewnie Matka trzasnęłaby drzwiami, ale na szczęście żarzyły mu się jak węgielki.
- I co, ma pani wodę? - zapytał.
Matka nie ma. Matka, niech to licho, nie ma wody od poniedziałku!!!
- To my zrobimy ulicę obok i za godzinę będziemy u pani.
W ten sposób plan na zagospodarowanie ferii runął niczym domek z kart. Matka miała umówić okulistę dla Janeczki, ba, zdobyła numerek na wczoraj dla siebie. Miała dziś być w SąsiednimWiększymMieście na kolejnej umówionej wizycie lekarskiej - wszystko zdobywane mozolnie z pomocą przyjaciół - inaczej się raczej nie da na już.
I nic. Siedzi w domu jak ten cymbał od poniedziałku i czeka na wodociągi. Bo jej zamarzło. W dzień.
- To niemożliwe! - orzekli pierwsi panowie, którzy pojawili się po 30 godzinach i usiłowali nagrzać kawałek rury opalarką. - W dzień, przy normalnym używaniu wody nie ma prawa zamarznąć.
No nie ma. Matka wie. Ale zamarzło jej i raczej nic nie pękło, bo by się lało ochoczo. Co, Matka nie wie jak się leje? A co jej pękło latem? No rura!!!
- Wie pani co? To zamarzło w ziemi, musimy przyjechać z agregatem, ale to inna ekipa. Pani dzwoni i się zapisze w kolejce.
Matka zazgrzytała i zadzwoniła.
Po kolejnych 24 godzinach pojawiła się ekipa, wbiła jakiś czekan w studzienkę na ulicy i podłączyła do niej jeden zacisk, drugi natknęła na rurę koło Matki licznika, zeżarła pół godziny ciężkiego prądu i rozłożyła ręce.
- My tu na razie nic pani nie zrobimy. Grzejemy pani rurę (tu Matka protestuje), a woda i tak jest zamknięta ulicę dalej, bo jest awaria.
I ekipa zwinęła swoje zaciski i odjechała.
Matka wie. Matka wie, że jest awaria, bo przecież wyskakuje od rana jak diabeł z pudełka na wodok każdego auta z napisem "wodociągi".
I pobiegła rano w stronę białych tabliczek z czerwonymi, ukośnymi pasami, gdzie ujrzała swojego kolegę.
- Co? Teraz u ciebie? - Nie powie,  niewiele ją to  obeszło. Nie mieć wody godzinę, jak ona nie ma trzy dni!
- U mnie. - Kiwnął głową kolega. - Panowie tu siedzą i czekają na drogowców.
Na PanaIWładcęAsfaltu? Matka go zna. Przyjedzie za godzinę i będzie lawirował koparką kolejne dwie. A ekipa siedzi i Matce nie rozmraża!!!
Matka doszła do samochodu, zapukała grzecznie i kiedy właz się odsunął Matka  otworzyła paszczę. Nie napisze tu, co powiedziała, ale oczka panów robiły się coraz bardziej okrągłe, i okrągłe, i okrągłe.
- Myyyyy, hyyyyy, myyyy...nie mamy agregatu, proszę pani... - wyjąkał pan.
A Matka nakręcona jak szwajcarski zegarek dodała już tylko od serca o ilości awarii i koncertowym marnowaniu czasu przez grzanie dupy w samochodzie.
Jest okrutna. Wie. Ale jak ma półtora litra mineralnej do wykąpania się to przestaje być do śmiechu. Jak marzy od poniedziałku o spuszczeniu wody w toalecie, to zbiera już jej się na płacz. I nosa nie wytyka z chałupy, bo może przyjadą!
I Matka wróciła do domu, a panowie z agregatem pojawili się po godzinie.
- Chyba panią usłyszeli! - natychmiast przybiegł pan od ekipy opieprzonej, a niedociążonej robotą, a Matka założy się, że te okrągłe oczka mu już zostały na stałe, chyba, że cierpi na Basedowa.
To było wczoraj. 5 panów (słownie: pięciu) wysiadło z wozu i zamontowało rzeczony agregat, po czym przytupywało raźnie na dworze przez ponad pół godziny, żeby im ktoś tego sprzętu nie rąbnął. Kawy im Matka nie zrobiła, bo nie miała już z czego.
- To pani dzwoni jak włącza tę wodę po awarii i pani znó by nie miała.
Pani wody nie miała. Nie miała, bo panowie od pęknietej rury nie mogli zakręcić wody w pobliżu awarii, nie mogli też w dalszym pobliżu, ani w jeszcze dalszym, więc odcięli dwie ulice. A te dwie ulice zamarzły do wieczora i zrobił się taki cyrk, że MiaUżon nie mógł już od nikogo przynieść wody w wiadrze.
- Słyszę, że u sąsiada jest woda, ja nie mam dalej, czy mógłby ktoś podjechać z agregatem? - Matka zadzwoniła wieczorem na Pogotowie Wodociągowe.
- Proszę pani, jeździmy w kolejności, pani jest zapisana.
- Ale ja jestem w tej kolejce od czterech dni! - ryknęła Matka, ale pan pod telefonem nie był głupi. W końcu w takich miejscach należy sadzać osoby asertywne. Matka wszak dzwoni do pana trzydziesty ósmy raz, już się nawet przedstawiać nie musi.
I pan roztoczył przed Matką wizję działań na jutro. W takim układzie, jak tylko dziś Matka zobaczyła oczy wczorajszego pana wodociągowca pod swoją furtką, zadzwoniła do SasiedniegoWiększegoMiasta i z bólem serca odwołała ostatnią nieodwołaną wizytę lekarską, bo jak jej tej wody nie zrobią zaraz, to już chyba nigdy.
A Babcia wykorkuje z Potworami, bo siedzą u niej non stop jak nie ma wody. Matka nie wie co by z nimi zrobiła w domu, chyba by topiła wodę ze śniegu.
- A wezwałaś już pana do komputera? - zadzwoniła przed chwilą Janeczka.
Nie wezwałaś, bo padnie, jak tu wejdzie. Potwory zarżnęły komputer tak, że przy włączeniu wydaje straszliwe wycie i nie przestaje. Nie wiadomo, czy naprawiac starego rzęcha, czy kupować nowy. Nie teraz, o rany, nie teraz. Teraz woda. Panowie mieli być godzinę temu, nie ma ich.
Matka padnie na tych feriach. A miało być tak pięknie!
Tymczasem pozdrowienia z Biskupina przesyła Halszka.

Byle do wiosny!

piątek, 22 stycznia 2010
Identyfikacja powiodła się

Matka nie znała żadnego swojego dziadka, MiaUżon chyba też nie (Matka dopyta, jeden dziadek jest lekko podejrzany, ale chyba jednak odpada) i Potwory oczywiście podtrzymują przeklętą tradycję. Matka nawet nie startuje z nimi dziś na cmentarz, bo się zakopie po kolana w śniegu - była, była, a jakże, zabrała tam Potworka 19 stycznia na imieniny dziadka. W samochodzie do dziś leży śnieg, który wypadł im z butów. 
Kiedyś 19 stycznia to był fajny dzień - przychodzili znajomi do Taty Matki, trzy tygodnie potem do Matki Matki i znów była cisza i spokój. takie zimowe imieninowanie. Ale Matka nie o tym miała.
Bo zapakowała we wtorek Maryśkę do samochodu i wyjechały na główną ulicę, kiedy Matka zobaczyła kątem oka postać idącą chodnikiem. Postać dość dużą, opatuloną w wielką, puchatą kurtkę, z bardzo charakterystyczną czapką na głowie. Rodzaj tulei z dzianiny, z wystającymi sztucznymi, czarnymi włosami u góry. Matka pamieta takie czapki z czasów swoich studiów chyba, może ciut później. Najpierw przywożono je z zagranicy, potem szybko opanowaly bazarki i najwyraźniej przeżywają teraz renesans.
- Zobacz, jaka czapa! - Matka machnęła ręką  w stronę chodnika i natychmiast kuprem samochodu zarzuciło w prawo i lewo.
- No! - Ożywił się Potworek - Widzę! Nie poznałaś kto to?
Matka akurat ma czas na oglądanie się na jakieś babitony. Czubek czarny zobaczyła, to i tak dużo. Matka jadąc w przód patrzy również w przód, bo życie jej pokazało, że tak sie najbardziej kalkuluje.
- Nie poznałam. A ty znasz te panią?
- Jaką panią? - Roześmiał sie Potworek. - Przecież to Jola idzie z psem na spacer, wiesz, tym żółtym, z długimi włosami.
Matka nie zauważyła żadnego psa , ale też zaspy usupane są już takie, że smok prawdopodobnie wyglądałby zza nich jak chora na Parkinsona jaszczurka.
- Wiesz jaka Jola? - Maryśka postanowiła drążyć temat. - Koleżanka Janeczki!
Aaaaaaa! Na to Matka by nie wpadła, bo wydawało jej się, że postać jest znacznie większa.
- Nie, no nie przyglądałam się, bo patrzę na drogę, jest ślisko. - zeznała Matka zgodnie z prawdą.
Potworek zamyślił się, a Matka da sobie głowę ściąć, że usłyszała z tylnego siedzenia odgłos, którego Maryśka dawno z siebie nie wydawała. Taki lekki, ledwo słyszalny grzechot. Oczu rzecz jasna.
- Ludzi to się bardzo prosto poznaje! - wyjaśnił. - Najlepiej po psach, a czasem też udaje się po twarzach...
-

poniedziałek, 18 stycznia 2010
Marka a duży kłopot

Małe dzieci - mały kłopot? Matka potwierdza. Duże dzieci - duży kłopot? Matka nie wie. Ma dziecko małe oraz NieWiadomoJakie. Ni pies, ni wydra - lat dwanaście i pół. Mógłby ktoś Matkę uprzedzić, że dorastanie dzieci przebiega skokowo! I to wcale nie są miłe skoki.
Matka siedziała mianowicie kilka dni temu  i dłubała coś zawzięcie na strychu, kiedy usłyszała gorąca dyskusję na dole - Janeczka tłumaczyła coś MiauŻonowi, a głos miała coraz bardziej płaczliwy. W końcu ryknęła i zamknęła się w łazience, więc Matka postanowiła wkroczyć do akcji. Mało było prawdopodobne, żeby dowiedziała się czegoś więcej niż MiaUżon od ukochanej córeczki tatusia, ale ciekawość była silniejsza od pewności.
- No i co tam słychać w szkole? - zagaiła łypiąc na Potwora, który odwróciwszy sie szybko smarkał w chusteczkę i wydawał dźwięki typu "Ihyyy, ihyyy, hyyy".
- Nihyhyhyc! - powiedziała  Janeczka i wrzuciła wsteczny.
Matka założyła szybciutko blokadę na drzwi, czyli zapchała je własnym ciałem i zaatakowała znów.
- Przecież widzę - Niestety nie był to atak szczególnie wyrafinowany, ale Matki w godzinach popłudniowych nie stać już na strategię Aleksandra Macedońskiego.
Potwór wykonał piruecik, ale zauważył, że Matka zapuściłą korzenie aż do piwnicy i nie ma rady, trzeba puścić parę.
- Pokłóciłam się z Dorotą! - Palnęła Janeczka - I jeszcze z Sonią!
Uuuuuuuu. Niedobrze. Sonię pal licho, ale Dorotka? Ulubiona koleżanka Potwora? Imieniny, urodziny i niedzielne popołudnia? Matka przyzna się bez bicia, że nie przepada za tą przyjaźnią, bo dziecię należy do rodziny mocno uposażonej i zwraca baczna uwagę na cudze finanse. Dwie terenówki, willa podmiejska itp. Nie, żeby tam Matka miała szczególnie gorzej na pierwszy rzut oka, ale dochody rodzinne są bez dwóch zdań nieporównywalne. Co prezent dla Dorotki, to stres dla Matki. Wielka encyklopedia dla młodzieży.
- Dziekuję Ci Janeczko, jaka piękna książka, na pewno mi się przyda w szkole! - rozpłynęła się Dorotka.
- Podobno przyniosłaś Dorotce najbardziej obciachowy prezent na świecie? - zasyczały następnego dnia koleżanki w klasie.
- Jak mogłaś mi dać dla niej książkę? - załkał Potwór, a Matce nóż otworzył się natychmiast w kieszeni, bo przypomniała sobie ile wydała na nią kasy.
Po roku (Potwór nie wybił sobie znajomości z głowy mimo podstepnych starań Matki) Janeczka zaniosła koleżance naszyjnik. Ze sklepu. Wszak o metkę chodzi. Srebro, kształt, kamyczki - wszystko na czasie. Koleżanka się ucieszyła, inne dziewczynki też zbladły. W porządku? Nic podobnego!!!
- Janeczko, bardzo ładny wisiorek, ale czemu przyniosłaś Dorotce tylko JEDEN prezent???
Potwór coś zrozumiał? Ale! Groch o ścianę, pukanie w bambus, dalej najlepsza koleżanka!
A Sonia? Nieeeeeeeee. Janeczka raz była na imprezie, ale podejrzewa, że MiaUżon podwiózł ją pod willę z basenem zbyt obciachowym, sześcioletnim wtedy samochodem. Na jednym razie się skończyło. Sonia ubrana jest zawsze w najnowsze kolekcje, posiada gadżety NICI i różne inne, proszę wybaczyć, Matka się na tym nie zna. A niech ma co chce.
Dość, że koleżanek w klasie jest tylko kilka, jakoś ze sobą trzymać się muszą.

- To o co w końcu poszło? - Matka postanowiła trafić w sedno, bo futryna wbijała jej się w pokłady bożonarodzeniowego sadła.
- Dorotka i Sonia powiedziały, ze ja dlatego się chcę z nimi przyjaźnić, bo one mają pieniądze, a ja nie! - Potworowi znów popłynęły łzy jak groch. - I nie mam markowych ubrań, więc do nich nie pasuję!

Aaaaaaaaaaaaaaa....o to chodzi! Już w tym wieku? Szósta klasa? Matce wydawało się, że to problem gimnazjalny, ale widać dzieci  szybko dorastają! Pytanie ile w tym winy rodziców? Chyba dużo, prawda? Wychować dziecię w kulcie znanej marki i zakupów w galeriach - bezcenne! 
Póki co Matka ma ferie, ale zamierza przeprowadzić mimochodem kilka rozmów. I nie będzie dalej kupować markowych ciuchów. Potwór nawet nie wie, że zawsze je miał i ma. Bo nosi ubrania po kuzynce z Holandii, która ma wszystko z firmowych sklepów - dzięki temu wszystko wygląda jak nowe. Nie rozciąga się, nie spiera, ale też nie ma metki takiej, jak Dorotka i Sonia! Ma inną, ale dziewczynki jej nie znają. Makabra!!!
Matka pamięta jedną, śmieszną rzecz ze studiów z czasów komuny. Jej koleżanka załatwiała skądś podróbki metek Wrangler i przyszywała sobie do swetrów, podkoszulek, bluzek itp. Od wewnątrz oczywiście. Na zajęciach rozbierała się i wieszała ubranie na krześle tak, żeby metka była widoczna. Wszyscy pukali się w czoło, ale teraz Matka wie, że koleżanka wyprzedziła epokę!!!
Nie, nie bedzie wszywać metek Potworowi. Ma nadzieję, że ten spotka w gimnazjum inne towarzystwo, choć problem raczej chyba się pogłębi... Tu Matka szczególnych złudzeń nie ma. Oby Janeczka nauczyła sie gwizdać na to wszystko!!!

A tymczasem Matka zaczęła ferie, problem odsunął się na dwa tygodnie i jest chwilowy spokój.  Zaś na drugim blogu regularnie pojawia się coś nowego, bo Matka zamierza naprodukować biżutów do bólu. Jak wakacje, to wakacje!

niedziela, 10 stycznia 2010
Pasek od prezentu

Matka chciałaby napisać cos lekkiego z życia Potworów, a tu tymczasem nuda, nuda i nuda. Samo życie. Święta poszły precz a po szafach znajdują się zapomniane prezenty - i nie ma ich co trzymać chytrze do przyszłego roku, bo są z gatunku "wyrastających" z człowieka. Tak właśnie Matka wynalazła piekną piżamkę dla Potworka i dwie książki - po jednej dla każdego Potwora. Zagrzebała nawet głębiej z nadzieją, że i coś dla niej się znajdzie, ale nic z tego. W tym roku Mikołaj był jednak bogaty i choć przyniósł Matce rzecz jedną, to jednak zacną. Co z tego, że sobie sama ją wybrała. Co z tego, że sama kupiła. Zajrzała nawet do opakowania po stosownym odstaniu w garażu, przedsionku i pokoju. Wypatrzyła brak jednego elementu. Nieważne, bo prezent długo planowany - Matka dostała lustrzankę. Nie tam jakąś hiperprofesjonalną - a co, Matka wariat? Będzie fotografować swoje drzewa za oknem i robić sobie z nich fototapetę? Nigdy. Lustrzanka jest amatorska, ale nazywa się Nikon, a Matka Nikonowi jest wierna od lat dwudziestu.
Co jednak z brakującym elementem? Bo Matka lustrzankę kupiła w zestawie - aparat, obiektyw, torba i karta pamięci. Torba typu kolt. Szkopuł w tym, że torba powinna miec dopinany pasek na ramię, a tego nie było.
- Cóż z tego? - Pomyślała Matka, która aparat nabyła internetowo i kiedy wczesniej dzwoniła do sklepu było bardzo miło. - Zadzwoni się i załatwi.
I zadzwoniła.
- Och, wie pani, takie zamieszanie mamy przed świętami, jutro wyślemy ten paseczek kurierem. Albo wie pani co? My w pani metropolii ochraniamy klub Tratatata i może pani jutro by podskoczyła i odebrała pasek osobiście?
Matka zna dobrze ze słyszenia Klub Tratatata i musiałaby zdecydowanie wypić litr spirytusu, żeby w ogóle zbliżyć się do drzwi tegoż klubu. Co tam drzwi. Matka nie przeszłaby nawet przeciwległym chodnikiem. Klub znany jest od lat jako miejsce handlu wiadomo czym i okrutna mordownia żulerni niższego szczebla.  Okoliczni mieszkańcy daliby każde pieniądze za podłożenie bomby, żeby przybytek raz na zawsze zmienił stan skupienia.
- Nic z tego - zaprotestowała Matka - proszę wysłać, jeden dzień mnie nie zbawi. - I Matka zatarła łapki, bo pasek miał szansę dojść dwa dni przed Wigilią. Niby nic, ale samego paska się nie kupi, a stara torba Matki ma pasek przymocowany na stałe.
Po dwóch dniach Matka wykonała kolejny telefon.
- Tym się zajmuje koleżanka, numer taki a taki.
Matka zgrzytnęła, ale zadzwoniła.
- No pani chyba żartuje, że pani czeka na kuriera! - Prychnęła panienka - Kolega być może wysłałby kurierem, ale ja nie. Poszło poleconym, sama byłam na poczcie.
Matka zazgrzytała znów i pomyśłała sobie, że pewnie będzie to ją kosztowało nową plombę w siódemce.
Po tygodniu, a więc także po świętach wykonała kolejne trzy telefony, bo panienki nie było w biurze, pan nie wiedział gdzie szukać pokwitowań i miał to wiedzieć pan kolejny.
- Ja poproszę o numer nadania mojego paska, bo chyba powinnam już interweniować na poczcie - zażyczyła sobie Matka.
- Ojej... - Matka usłyszała chrzęst załamywanych łapinek przez pana  - Ale jak ja znajdę ten numer w książce nadawczej?
- Wie pan - Matka wkurzona była już nie na żarty - Ja bym szukała po dacie i odbiorcy. Mattkapolka, Metropolia.
- Bo przed świętami było takie zamieszanie, rozumie pani - zajęczał pan.
- Ale ja rozumiem - Matka natychmiast podzieliła ból Pana niczym Alexis z "Dynastii" - i rozumiem też, że jakiś klient rąbnął pasek z torby, a wy włożyliście mi ją bez sprawdzenia czy jest.
- O, właśnie, właśnie, wie pani, my nie jesteśmy w stanie upilnować ludzi w sklepie! - ucieszył się pan. Ciekawe z czego.
- Ale wie pan, to już nie moje zmartwienie, ja chcę pasek, bo bez tego torba jest mało funkcjonalna.
- Nie, no oczywiście, oczywiście! - Rozpłynął się pan - Ale nie wiem czy pani zauważyła, że ona ma taką małą rączkę u góry.
- Ma, każda większa torba ma.
- No i pani może sobie ją nosić za tę rączkę - palnął pan.
Matka nie powiedziała panu tego, co sobie natychmiast pomyślała. Bo sama robiąc zdjęcie postawiłaby swoją torbę od aparatu na ziemi. Pan, gdyby na przykład robił akt ładnej modelce, byłby w zdecydowanie lepszej sytuacji - mógłby przy odrobinie szcześcia torbę powiesić sobie na pewnej części ciała!
- Ja jednak poproszę o wysłanie tego paska, dobrze?
- Nie, no jasne, po weekendzie wyślę.
Matka po tygodniu zadzwoniła znów.
- Poproszę o numer nadania przesyłki - zarządziła i nie była już miła.
- Nie ma mnie w biurze - odrzekła panienka - Niech pani tam dzwoni.
Odebrał pan, niech go licho.
- Numer nadania? Ale jak ja go znajdę? - zasmęcił.
Matkę trafił jasny szlag i jak ktoś nie wie jak wyglądała rozmowa, niech sobie przeczyta post od połowy ponownie.
- Ja zadzwonię do koleżanki, może ona wysłała ten pasek na takiej małej karteczce i nie wpisała pani do książki.
A potem pan odłożył słuchawkę i było zajęte przez bitą godzinę bez przerwy.
- Koleżanka powiedziałą, że ona NIE MA SKĄD wziąć dla pani tego paska - oznajmił pan, kiedy Matka dodzwoniła się wreszcie za trzysta osiemdziesiąt czwartym razem - ja go dla pani kupię za własne pieniądze gdzieś w sklepie!
- Ależ! - Matka szczerze się wzruszyła. - Ja mogę panu zaraz powiedzieć skąd pan weźmie ten pasek.
- ??? - Pan zamienił sie w słup soli.
- Podejdzie pan do półki i wyjmie pasek z takiej samej torby jak moja!!!
- Ojej, ale wie pani to będzie problem. Bo ta torba zostanie nam w sklepie bez paska...
Matka padła. Nie trzeba mieć internetu. Przez telefon można także dowiedzieć się, że świat jest pełen ludzi nieskomplikowanych.
A potem zrobiła panu wykład o tym, jak się czuje klient zlewany od góry do dołu, kiedy już zapłaci. Bo da sobie łeb ściąć, że wsadzono jej wybrakowaną torbę z nadzieją, że na odległość nikt się nie bedzie użerał. A wcześniej przejrzała całę Allegro w poszukiwaniu takiego paska, bo przecież kupiłaby go sobie i wyszłoby jej taniej, niż telefony do stolicy w godzinach szczytu. Ale nie ma. Nic podobnego nawet.
I teraz odczeka kolejny tydzień i dostanie tym razem furii. I napisze o jaki sklep chodzi, żeby każdy omijał go jak zapowietrzony.
Matka wściekła, to Matka zdesperowana.
Wrrr!

PS. A TU sporo Matkowych nowości, które znikają, choć dziś czy wczoraj powstawiane.

poniedziałek, 28 grudnia 2009
Zła końcówka roku

Matka miała właśnie wyprodukować notkę poświąteczną o charakterze lekkim i zabawnym, kiedy spadł grom z jasnego nieba i Matka siedzi w tej chwili jak upiór, klnąc koniec roku na czym świat stoi. Pisała o oknie w swoim stołecznym mieszkaniu? Pewnie tak. Przyjechawszy do Wilanowa na spotkanie załatwiła wreszcie wymianę okna, bo znajomy macher zwodził ją i zwodził, najwyraźniej taka robota mu się nie opłacała, ale nie miał odwagi powiedzieć Matce o tym wprost, więc kręcił, przesuwał terminy, lawirował, no dramat. Matka z MiaUżonem przycisnęli go do muru i okazało się, że nic z tego, więc w dwa dni załatwili wreszcie coś innego, drogo - niedrogo, cholera wie, ale będą załatwione dwa okna w największym pokoju. Ani na to pora, wszak zimno, ani chęci (koniec roku i ponad dwie pensje Matki do zapłacenia, termin najgorszy z możliwych), ani czas ( Matka takie rzeczy robi, kiedy nie ma nikogo w mieszkaniu, czyli latem, przy zmianei lokatorów).  Dlaczego w takim razie teraz? Bo lokatorka wierciła dziurę Matce w brzuchu i choć mieszkanie jest ciepłe nadzwyczaj, to jednak okna są starego typu i jedno ze skrzydeł trzeba ze trzy razy w roku otworzyć do mycia, a ono tego nie lubi. Ciężko się zamyka, trzeba chłopa i choć jest inne do wietrzenia, to Matka chciała raz, a dobrze sprawę załatwić. Pechowa pogoda uniemożliwiła montaż okien przed świętami, trudno się mówi, ale teraz już w każdej chwili jest to do zrobienia, bo okna czekają.
- Chciałem panią zapytać co z oknem, chyba przeniesiemy to na styczeń, bo ta pani lokatorka nie odbiera telefonów, albo nie ma czasu - zadzwonił dziś pan z firmy.
Matka nawet specjalnie nie zbladła, bo siedziała i już trzymała się mocno stołu.
- Dzwonię w sprawie mieszkania - usłyszała Matka bowiem pieć minut wcześniej od swojej lokatorki i ucieszyła, się, że umówią się nie montaż w stolicy. - Chciałabym zrezygnować z najmu! Mamy trzymiesięczne wypowiedzenie, prawda?
Prawda. Mamy.
- Za zgodą obu stron - dodała Matka.
- Właśnie! - ucieszyła się lokatorka. Matka jakby znacznie mniej, Dziwne.
- Ale ja tu nie widzę swojej zgody - zauważyła Matka, która natychmiast zapomniała, że były święta, prezenty i radość.
- Zupełnie nie rozumiem - zabrzdąkała lokatorka.
- Mamy umowę na rok i ona obowiązuje obie strony. Trzymiesięczne wypowiedzenie za zgodą obu stron, czyli albo ja mam kogoś do zamieszkania, albo pani mi kogoś podsyła. - Wyjaśniła  Matka. Przecież nie znajdzie lokatorów na pniu, sezon jest martwy. Najcześciej wynajmuje we wrześniu, kiedy znaczyna się rok akademicki. Byle kogo też nie weźmie, demolkę mieszkania kilka razy już przerabiała.
Lokatorkę chyba zatkało.
- Ale pani obiecywała mi okno i okna nie ma! - wytoczyła działo.
A tu już Matkę trafił jasny szlag.
- Wie pani, a mnie nie stać na prezent z trzech czynszów dla pani - rzekła krótko - i proszę może ochłonąć i spróbować pomyśleć nad wyjściem z sytuacji. Może obaj panowie jednak kogoś sobie dokooptują.
I  Matka pożegnała się z panią, ale w tej chwili umiera. Ma dosyć sytuacji, kiedy lokatorzy mają same prawa, a ona same obowiązki. Wie, że odreaguje, ale beztroska ludzi w stosunku do umów ją zabija. Tak, tak, działa legalnie, ma narzędzia do ściągnięcia należności, wygra każdą sprawę, ale nie chce tego tak załatwiać, bo to masakra.
Tymczasem się oddali i przeprasza, że z siebie wyrzuciła, ale ma zmartwienie i już.
A Potworek siedzi i maluje ślimaki. Ślimaki i widelec, i nóż, i talerz. Ale to dłuższa historia...

środa, 16 grudnia 2009
Potworna rozrywka

Matka wyprawiła ostatnio Potworka Maryśkę do parku rozrywki w LekkoOddalonymMieścieWojewódzkim. Nie, żeby z własnej woli. Matka przecież nawet nie wiedziałaby, że coś takiego istnieje.
- Od lat, proszę państwa, jeździmy i jest super zabawa! - zapewniła na wywiadówce wychowawczyni.
Matka natychmiast ujrzała oczami wyobraźni Potworka szukającego ze łzami w oczach kolczyka na dnie basenu z kulkami. Kolejnym obrazem, jaki przemknął Matce przed oczami była Pani Wychowawczyni, która odbiera Paltynowy Krzyż Zasługi za realizację pomysłów trudnych, żeby nie powiedzieć karkołomnych. Matka naprawdę pada do stóp i podziwia wszystkich nauczycieli kształcenia zintegrowanego (dla zadających pytanie "a co to za cholera?" - kształcenie zintegrowane, które co chwila zmienia nazwę z dziwnej na dziwniejszą, to nic innego tylko nauka w klasach 1-3 szkoły podstawowej), których często ma się za nic zapominając, że uczą podstaw procentujących przez cały okres nauki.
- Wieczorem zdejmujesz kolczyki! - Zarządziła  Matka odwożąc Potwory do szkoły.
- Tak jest! - Dziarsko odrzekł Potworek, który dałby się nawet pokroić na plasterki, byle tylko nazajutrz jechać.
Matka cały dzień miałaby zatruty, gdyby nie to, że miała sześć lekcji, które skutecznie każą zapomnieć o wszelkich bólach ciała i duszy. I kiedy wróciwszy z Potworami już, już miała paść na pysk i zdrzemnąć się w fotelu na Teleexpressie, stanął przed nią Potworek i zapiszczał fortissimo:
- A teraz ci powiem po kolei, co mam zabrać jutro na wycieczkę!!!
Matka zebrała rozum z podłogi z niejakim trudem wyciągając go spod papci Potworka, tym bardziej, że stała w nich właścicielka, która pasąc się po kryjomu wafelkami ze szkonego automatu przybierała pomału kształt księżyca w pełni.
- Nic mi nie mów, tylko dawaj karteczkę od pani! - zamachała rękami, co było błędem, bo rozum znów jej upadł.
- Zgubiłam! - Odrzekł radośnie Potworek i wcale nie poczuł, że Matka go morduje. Natychmiast.
Maryśka gubi bowiem wszystko. Grzebień, gumki do włosów, budzik, sweter, strój na wf, kurtkę. 
- To już mów - Matka opadła smętnie na fotel. Nie było raczej wyjścia.
- Mamy zabrać plecaczek, w który włożymy dwie tabletki!
- Że jak??? - Matka natychmiast wstała i usztywniła rozum drutem. Za plecami poczuła szum piór, a na łbie ucisk hełmu husarii.
- Dwie tabletki... - zabrzdąkał Potworek niepewnie, bo skrzydła Matki go wyraźnie onieśmieliły.
- Wszystko jedno jakie? -  Matka katastrofistka ujrzała autobus pełen dzieci po ekstazie. No i co, że pierwszaki. Teraz dzieci dorastają szybciej!
- Nieeeeeeeeee.... - Tu Maryśka zauważyła chyba, że z Matką nie jest umysłowo najlepiej. - Pewnie takie na rzyganie? - wyjaśniła fachowo.
Do Matki dotarło.
- I woreczek też mamy wziąć i jakieś pięć złotych. - dodał szybko Potworek.
Matka uszykowała reklamówkę, sprawdziła, czy aby nie ma na dole dziur i stwierdziła, że oczywiście rzeczonej kwoty nie posiada.
- Poproś tatę - Zagrzebała w miedziakach. - I jeszcze będzie musiał skoczyć do nocnej apteki po Aviomarin, bo też nie ma.
Oba Potwory potrzebują wspomnianego leku. Dostają po pół tabletki i podróż przebiega najcześciej bez niespodzianek. Próby zastąpienia Aviomarinu jakimikolwiek innym specyfikiem  kończyły się już kilkakrotnie po trzydziestu klimetrach myciem wnętrza samochodu, praniem sukienek w wodzie mineralnej i ogólnymi, niezapomnianymi wrażeniami. Cóż sie dziwić - Matka  jadąc z rodzicami nad podmiejskie jeziora zawsze trzymała paszczę na Trybuną Ludu lub Polityką zwiniętymi w tutkę, bo woreczków nie było. Wprowadzenie Aviomarinu było najcudowniejszym ocaleniem wrażeń z podróży!
Kiedy Potworek kładł się spać, Matka nie omieszkała skontrolować plecaczka, który stał dziwnie spuchnięty na dywanie w Maryśkowym pokoju. W środku Matka znalazła niezbędny ekwipunek do parku rozrywki.
- Zapomniałam wyjąć - zajęczał Potworek, a gryzący dym wypełnił wszystkie sypialnie na piętrze.
Matka położyła Maryśkę spać i zabrała plecak na dół, żeby przetrzepać go z zapałem czechosłowackiego celnika z poczatku lat siedemdziesiątych  na przejściu w Łysej Polanie.
Zarekwirowane zostało następujące wyposażenie:


  1. Dwie gry komputerowe na płytach CD
  2. Trzy płyty z kolędami
  3. Płyta Michaela Jacksona (wymieniona osobno, ze względu na Króla Popu)
  4. Pamiętnik duży, zszargany
  5. Pamiętnik mały (brak kłódeczki)
  6. Trzy długopisy
  7. Paczka kredek
  8. Lalka Barbie
  9. Kredens z domku Barbie
  10. Przepaska z brokatem
  11. Naszyjnik z plastikowymi, fasetowanymi sercami.
  12. Cztery gumki do włosów, kolory różne.
  13. Przerwa dla lepszego wrażenia...
  14. Kolejna przerwa...
  15. Znów przerwa, bo ostatni przedmiot zwalił Matkę z nóg...
  16. A na dnie...
  17. A na dnie...
  18. Na dnie plecaczka schowany był...
  19. Schowany był...
  20. Wachlarz!!!

A Potworek wrócił z parku rozrywki nieelegancki, ale za to bardzo szczęśliwy!

poniedziałek, 07 grudnia 2009
Czas priorytetów

Potwór odseparował się od reszty rodziny kościelnie.
- Może pójdziemy też na dziewiątą? - pyta czasem Matka.
- Hyyyyyyyyy... - mruczy MiaUżon naciągając kołdrę na głowę i tyle Matka ma z tego gadania. Latem jeszcze się udaje. Perspektywa gorąca w kościele, a uciekającego słoneczka na tarasie skutecznie spruwa MiaUżona z wyra. Zimą można jednak o tym zapomnieć. Msza jest o jedenastej i koniec, kropka. Matka żałuje, bo dzień się skraca, rano przed wyjściem do kościoła i tak nic się konkretnego nie robi, jednym słowem fuj!
Tymczasem Potwora od jakiegoś czasu wydmuchuje na dziewiątą.
- Koleżanki - mawia Potwór.
- Kocha się w Piotrku - wzdycha Matka. Piotrek jest celem dla Janeczki póki co nieosiągalnym, co tu gadać, Matki uczeń. Sprawa beznadziejna - strasznie stary dla Janeczki, nawet się nie obejrzy za nią!
Za to Potworek nie zgłasza uwag do rannego wstawania - cóż tu zresztą zgłaszać, jak się śpi, aż gwiżdże?
- Znów jest Bartek! - szepcze co niedziela zadowolony Potworek Matce do ucha. Matka wyciera się potem  pół mszy, ale co tam. Czy powinna wspomnieć, ze Bartek jest również Matki uczniem, klasa równoległa do Piotrka?
- No to mrugnij do niego - radzi Matka i wie, że ma sprawę z głowy. Maryśka nawet nie spojrzy w tamtą stronę. Zresztą Bartek swojego czasu mrugał do Potworka i mrugał, ale mu przeszło. Pewnie się jakaś narzeczona, psiakosteczka, napatoczyła. Innej drogi nie miała?
Ale Matka nie o tym miała pisać, tylko o rekolekcjach. Bo w Matki parafii zawsze jakoś są wyjatkowo wcześnie i najcześciej zapraszany jest jakies zakonnik, który mówi długo i na dwadzieścia tematów jednocześnie. Matka rozerwana między mruganiem Potworka i mruganiem Bartka trzyma się wątku jak tonący brzytwy i najczęściej przegrywa sromotnie.
Tym razem się jednak zaparła.
- Czas jest potrzebny, żeby miec czas - zaczął zakonnik, a Matka zaraz oczyma wyoraźni ujrzała stos klasówek, który oporządzała od tygodnia po cztery godziny dziennie i zamierzała tak robić kolejny tydzień.
- I czas jest w życiu bardzo ważny - ciągnął zakonnik.  Matka pomyślała sobie, że wypisał jej się czerwony długopis i musi tak zakręcić Potwora, żeby czuł się zaszczycony pożyczając jej swój.
- I ten czas jest trzeba mieć, bo się nie będzie mieć czasu - zakonnik pomału zaczynał smęcić a Matka spojrzała błagalnie na Potworka. Ten siedział jak urzeczony i nie dostarczał żadnych przerywników .
- Fajnie mówi! - Maryśka napluła wreszcie Matce do ucha - Lubię, jak jest o czasie! A ILE tego czasu zostało do końca mszy?
Matka oklapła.
- Żeby mieć więcej czasu, w życiu potrzebne są pewne priorytety! - zagrzmiał znienacka zakonnik.
- Chyba rżnę dziś te klasówki w kąt - pomyślała sobie Matka. - Niedziela ważniejsza.
- Znów mi się podoba! - zachwycił się Potworek mocząc Matce ucho. - I wiem co to są priorytety!
Matka spuchła natychmiast z dumy i szybko spuściła trochę powietrza, żeby nie zdefasonować kurtki. Skąd, cholerka, Potworek zna takie słowa?
- Niemożliwe! - wyszeptała - Naprawdę wiesz co to są priorytety?
- No pewnie! - Ucieszył się Potworek. - Nie pamiętasz? Wysyłasz je zawsze na poczcie...