| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Księga gości
Było kiedyś - toplista Potworów
Koniecznie tam zajrzyj!
Czytane na bloxie
Czytane na onecie
Przepisy Matki Polki
Skracam drogę
Zaglądam
Popatrz...
sobota, 03 lipca 2010
Przed telefonem z Japonii

Matka wyjeżdża? No wyjeżdża, całą rodziną, ale to jeszcze chwilka, cztery tygodnie. Póki co skupuje ekwipunek tropikalny, ale na pewno nie do Japonii. Japonia z punktu widzenia kulturowego jej nie interesuje, no trudno.
Tymczasem zaczęły się piękne wakacje, Potwory wyganiane są sprzed telewizora na dwór, skąd wracają zlene mokrym potem dysząc i złorzecząc na upał. Matka za to budzi się w okolicach czwartej nad ranem, siada jak scyzoryk i zastanawia się: środa? Poniedziałek? Weekend? Można pospać, czy nie bardzo? I pada spać dalej, ale wcale to nie jest miły sen i co chwila powtarza się to samo. Takie zjawisko nazywa się bodajże pracoholizm, w przypadku Matki jest to wybitnie pracoholizm ukryty i podstępny. Atakuje podświadomość i daje jej poczucie marnowania czasu w domu.
Matka siedzi i nic nie robi?
A nic. Czasem wstawi trzy pralki prania. Czasem je  nawet uprasuje. Potwory bardzo dbają, żeby cay czas miałą co robić. Ugotuje jakieś rzeczy, najlepiej z reklamowanym w telewizji sosem - Potwory od zawsze czułe są na reklamę. Jak nawet ugotuje bez tego sosu, to mówi, że jest z sosem i pasuje.
Co jeszcze Matka robi? A tłucze sie po doktorach, bo przyrzekła sobie, ze odwiedzi co niektórych, często po osmioletniej nieobecności. prosze nie pytać jakich, bo można by Matkę zrzucić z dachu za głupotę.
- Zrobi pani krew i wróci - orzekła lekarka pierwszego kontaktu, którą Matka zaraz naciągnęła na RTG płuc (ostatnio robiła w klasie maturalnej, no nie, jeszcze przy operacji jej cyknęli, to już zmniejsza przedział czasowy do 18 lat!), skierowanie na przepływy w wiecznie puchnących nogach i do ortopedy z chrzęszczącycm kolanem i bolącym biodrem.
Matka zrobiła krew, którą zawsze miałą jak młody bóg i zaraz okazało się, że bóg się zestarzał i skiepścił.
- Ma pani cholesterol za wysoki! - zmarszczyła brwi lekarka, a Matka zaraz przeklęła jaj, słodycze i lody, których od trzech miesięcy nie je, żeby schudnąć, a nie chudnie.
- I ma pani anemię!!! - dodała. - Dam pani żelazo na trzy miesiące.
Matka wpadła w dziki zachwyt. Pamiętała jak przez mgłę z ciążowych czasów czym sie kończy żarcie żelaza. Człowiek nie rozstaje się z byle kanapeczką przez dobry tydzień...
A potem Matka zaatakowała ortopedę, co jej się udało w ciągu kilku dni tylko dlatego, że go zna. Inaczej - szkoda gadać!
- Idź zrób zdjęcia i wróć - orzekł.
Matka pogalopowała piętro wyżej i wróciła migiem, bo zdjęcia poszły internetem. Technika!
Ortopeda walił w klawisze komputera jak Paderewski na koncercie.
- Nic mi się nie otwiera! Nie wiem czemu oni dają wszystkim takie ciężkie zdjęcia, jak do operacji!
Matka też nie wie. każde zdjęcie miało około 100Mb, Matka je sprzeda potem i bilboardy z jej kolanem ozdobią na bank Pałac Kultury. Od iglicy po wejście do Muzeum Techniki.
Ortopeda postanowił powykręcać Matce nogi. Odwdzięczyły się głośnym trzeszczeniem.
- Uuuuu! - Ucieszył się.
- Góry Stołowe! - Rzuciła Matka. - Fajnie było, ale od dwóch miesięcy nie mogę kucnąć, ani wejść normalnie po schodach. Brałam kwas hialuronowy, ale spuchłam jak autobus.
- Na tym zdjęciu pewnie nic nie wyjdzie. Już wiem, co ci przepiszę. - I ortopeda nabazgrał Matce dwie recepty, które wręczyła w aptece przyszpitalnej, a jej piękna, niebieska karta z delfinkiem usiłowała natychmiast odpłynąć.
- ILE to kosztuje? - Wybałuszyła Matka oczy.
- Osiemdziesiąt dziewięć... - Pani tak zwana magister jeszcze raz przyjrzała się pudełku. - Ale starczy pani na miesiąc.
Matka trzy dni później spuchła znów.
- Kurczę, czy ja już nic nie mogę wziąć, żebym nie miała nóg trzy kilo cięższych? - Zajęczała. No Matka ma nogi jak Kolosy Memnona wypaczone od słońca. Grube, krzywe i generalnie straszliwe. Ale teraz to już był szczyt wszystkiego. Długi spodzień i sandały zapiete na ostatnim wiórku rzepa.
- Idź na przpływy, może to żyły. - Przypomniał MiaUżon, a Matka zaraz wykonała telefon do chirurga naczyniowca. Kolegi. Inaczej znów by czekała nie wiadomo ile.
- Masz piękne żyły. - Stwierdził upaćkawszy Matkę od pasa do pięt w żelu do USG. - To oznacza, że szwankuje Ci układ limfatyczny. Trzymaj nogi w górze.
Jaaasne. Matka na lekcjach będzie trzymała nogi na stole, po amerykańsku. Może wystarczy, że w domu tak robi.
- Kup sobie jakiś żel do smarowania. - Dodał chirurg.
Matka kupowała już wszystkie. Niezaleznie pod tego CO sobie nim posmaruje - nie ma żadnego efektu, prócz dziury na koncie.
- No to kup takie tabletki, zobaczymy. Tylko one drogie są.
Drogie? Nie, no NIE-MO-ŻLI-WE!
Matka kupiła i przez pięć dni chodziła wściekła. Nic. Zero efektu!
A na szósty dzień zobaczyła swoje kostki. Ba! Wieczorem je też widziała. Nareszcie!!!
I póki co żre to wszystko i ze smutkiem czyta, że samochodem to raczej nie, a alkohol do środka to już całkiem nie. Zastanowiła się nawet, kiedy zaczęło ją dramatycznie rypać gardło, czy jak połknie do tego zestawu Gripex to nie zadzwoni do MiaUżona z Tokio po wizycie w toalecie...
I wreszcie zaczęła znów robić biżuty (link pojawił się znów w zakladkach) i tak sobie myśli, że powinna dołączać do nich karteczki pisząc, czego się wdanym momencie nażarła. Metodą Witkacego.
Na przykład kolczyki po niebieskich i pomarańczowo-żółtych (Tak, tak, Matka ma kolorystyczny odjazd tabletkowy).
Bransoletka po kawowym melanżu i żółtej, sześciokątnej śrubkowatej.
Naszyjnik po zielonej oliwce i białym kółeczku.
Ale i tak niebieskie wymiatają.
Tyle skojarzeń...

piątek, 25 czerwca 2010
Fotoreportaż końcowoszkolny

Matka z Potworami zakończyli rok szkolny. Łatwo nie było, zapowiadały się mianowicie cztery imprezy: dwie u Potworów i dwie u Matki.
- No chyba tym razem pojedziesz do Janeczki? - zapytał MiaUżon.
A Matka poza pierwszą klasą nigdy nie była, bo chodziła na swoje licealne.
- Przyjdź! - Podpowiedziała koleżanka. - Tam zawsze na zakończenie szóstych klas rodzice najlepszych uczniów odbierają listy gratulacyjne.
I choć Matka ma urodę żaby, to stwierdziła, że się nie rozerwie. Odsiała natychmiast jedną szkołę i doszła do wniosku, że w drodze powrotnej zahaczą z MiaUżonem o swoją starą, którą ukończyli. Nie przewidziała jednak, że klasy I - III uwiną się w pół godziny, a klasom IV- VI zajmie to aż dwie...
Janeczka w chórze. Janeczka czytająca list pożegnalny klas szóstych. Janeczka odbierająca jakąś,  złotą kulkę na procy za bieganie i piłkę ręczną, wreszcie Janeczka z nagrodą - to i tak pikuś w porównianiu z tym co odbierali inni. Puchary szczękały przykrywkami łąpanymi w locie przez przytomnych wuefistów. Matka robiła tylko zdjęcia i pocieszała Potworka, który z każdą minutą coraz bardziej przypominał niepodlaną surfinię.
- Słuchaj! - Uknuła wreszcie nadzwyczajny plan ożywczy.- Jak ja wyjdę z tatą na środek, żeby odebrać list gratulacyjny, to ty nam wtedy koniecznie zrób zdjęcie, dobrze?
Potworek natychmiast nastroszył czułki i stanął w blokach startowych. Matka ostrożnie zawiesiła mu na szyi aparat i zastanowiła się, czy aby się z nim czule nie pożegnać. Nie z Potworkiem. Z aparatem.
Maryśka przyssała się mackami do klawiszy i zajrzała w wizjer.
- Wszystko masz nastawione. - Uspokoiła ją Matka, która włączyła program dla baranów i wszystko wstępnie skadrowała. Doszła do wniosku, że lepiej mieć na zdjęciu świetlówki z sufitu i siebie, niż same świetlówki. - Jak pójdziemy to zrób kilka zdjęć, żeby Janeczka też była razem z nami.
Potworek oglądał z zachwytem aparat, który kiwał mu się w łapkach niebezpiecznie. Matka co jakiś czas odlepiała mu paluszki z podniesionej lampy błyskowej, bo nie doczytała się w instrukcji, ze w razie oderwania lampa zadziała bezprzewodowo.
Wreszcie pani dyrektor wyczytała Matkę i MiaUżona, którzy śmignęli na środek, uścisnęli dłoń, odebrali list i wręczyli różę. Trzeba przyznać, że było bardzo uroczyście i warto było czekać.
Gdy przedarli się z powrotem na miejsce powitał ich rozpromieniony Potworek.
- I jak, udało się? - Zapytała Matka odbierając aparat.
- Super! - Kiwnęła głową bardzo zadowolona z siebie Maryśka.
Matka cichaczem włączyła podgląd. Przeleciała zdjęcia w lewo. Potem w prawo. Jeszcze raz w lewo. No kurka wodna!
- Przecież nie zrobiłaś nam ani jednej fotografii!!! - Wyrwała sobie kłaki z głowy.
- Nie? - Potworek szczerze się zdziwił, a potem głęboko zastanowił i zagrzechotał oczkami z wysiłku. - No może i nie. Chyba nie. Naprawdę zapomniałam?
Matka opadła na krzesło. Miała wybitnie rzadką okazję bycia uwiecznioną w wyjatkowej i niepowtarzalnej chwili, a tu tak zwana kicha.
- Mamusiu, nie martw się! - Poklepał ją Potworek na pocieszenie. - Ja wam zawsze mogę  zrobić jakieś zdjęcie POTEM...

wtorek, 15 czerwca 2010
Tylko baloniki

Matka spojrzała na kalendarz i pomyślała sobie, ze nie wypada tak długo nie bywać na blogu. A spojrzała dlatego, ze MiaUżon podejrzanie często zaczął bywać przed telewizorem i Matka zaniepokoiła się, że może jest jakas olimpiada, o której nie wie. 
- Innych dyscyplin nie ma? - spytała przezornie.
- To Mundial jest!!! - MiaUżon machnął ręką z kanapy, a Matka doszła do wniosku, że także koniec świata.
Bo nie zauważyła, że Mundial jest, ba, że w ogóle ma w tym roku być!!!
- Do Mundialu załatwiamy wszystkie poprawy klasówek, wystawiam oceny i nic mnie więcej nie obchodzi! - zapowiadał zawsze Matki  fizyk i rzeczywiście - wszyscy mieli pięknie pozamiatane do początków czerwca. To było w 1982 roku. Barcelona - ostatnie piękne chwile Polski na Mundialu.
No i w tym roku Matka przez Mundial zauważyła, że już czerwiec. Wcześniej nie udało jej się nic zrobić poza tonięciem w klasówkach. Starość chyba? Bo każda czynność zaczyna zajmować coraz więcej czasu.
Za to Janeczka zaliczyła Bal Szóstych Klas, a Matka nieopatrznie zgłosiła się jako osoba pilnująca. I błąd! Do dziś ma uszkodzony słuch. Dzieci same przyniosły płyty z muzyką, natomiast dorośli puszczali je im radośnie i głośno. Nie, nie dorośli. Jeden dorosły, ale Matka ma wrażenie, że nie do końca.
- Rany, pękną  mi bębenki - jęknął jeden z pilnujących rodziców.
- Mi też - Zgodziła się Matka, której boleśnie chrupało już w uszach i rozpoznała tekst sąsiada wyłacznie po ruchu warg. - Idę!
I poszła. Niedojrzały rodzic w stanie ekstazy wisiał na potencjometrze .
- Nie wytrzymujemy tego hałasu! - ryknęła mu w ucho Matka i zauważyła, że większość dzieci i tak siedzi na dworze albo je. Byle nie tańczyć.
- Ale mi tu przychodzą i mówią, że nic nie słyszą! - zamiaukał rodzic i podkręcił znów głośność.
Matka machnęła ręką, posprzątała ze stołów śmieci i przegnała chłopców przekłuwających balony. Cała podłoga była pełna gumowych strzepów, a piękna dekoracja sali znikała w oczach.
- Pani da sobie spokój! - pokazał na migi sąsiad. - Nie warto. Ja u siebie w gimnazjum na takim balu to nie sprzątam potem balonów, tylko zupełnie co innego. Zobaczy pani - trzy lata i całkiem inne zainteresowania!
I Matka przypomniała sobie opowieści kolegi, który oprócz bycia nauczycielem dorabia sobie weekendami kręceniem filmów na weselach i balach.
- Nie masz pojęcia! - powiedział ostatnio. - Wyszedłem przed knajpę, bo rodzice zażyczyli sobie  balu gimnazjalnego w lokalu, a tam na chodniku dzieciaki leżą pijane w trupa! Poprzynosili wódkę nie wiadomo w czym, rodzice, którzy pilnowali nie nadążali kontrolować  toalet i wszelkich zakamarków, masakra!
No to Matka już nie narzeka. Uszy się zregenerują, balony dawno są posprzątane. Jedynym problemem była sukienka i balerinki Janeczki, ale i to udało się załatwić w miarę bezboleśnie i szybko.
Teraz tylko cztery rady i Matka bedzie miała wakacje. A biorąc pod uwagę plany urlopowe to będzie na nich się działo!!!

11:13, mattkapolka
Link Komentarze (6) »
czwartek, 15 kwietnia 2010
Flaga Polski, kir gratis

Matka złapawszy dziś chwilę oddechu i oderwawszy sie od telewizora, siadła do komputera i przejrzała Allegro.
- Nie macie pojęcia, w całym mieście nie ma flag!!! - Do pokoju nauczycielskiego wbiegł wczoraj zziajany historyk. - Byłem wszędzie, wykupione!
Matka wie.
- Ja to nawet kiedyś kupiłam flagę - zauważyła smętnie. -  Była dołaczona do jakiegoś dobrego piwa w megapaku. Wyciągnełam ją 15 sierpnia, a tam wielki napis EURO 2008!!!
A potem zeszło. Matka świeciła oczami 3 maja, 15 sierpnia i kiedy tylko było to potrzebne. Flagi nie miała. Ale nigdy jej tak nie brakowało, jak w ubiegłą sobotę.
- Nabyłam na allegro flagę i uchwyt na ścianę - Zadzwoniła dziś świtem do sąsiadki. - Obudziłam cię?
- Obudziłaś - wymamrotała sąsiadka.
- A flagę chcesz?
- Chcę - odrzekła bez namysłu, a Matka natychmiast dokupiła kolejną, choć opis aukcji z dopiskiem "kir gratis" jest raczej makabryczny.
I wreszcie dom będzie wyglądać jak należy.
Bo Matka pozbierać się nie może. Siedzi i patrzy na przejazd jednego, drugiego, trzeciego konduktu. Gdyby nawet Kleopatra jechała Nowym Światem na rydwanie, to Matkę by to obchodziło tyle, co guzik z pętelką. Ale nie teraz.
Bo to był jej prezydent. Głosowała na niego i nie ukrywa, że wielokrotnie miała też pretensje. Nie tylko do niego, powiedzmy sobie szczerze. Ale dopiero teraz przyjrzała się dokładniej jak fantastycznie z żoną się dopełniali, posłuchała relacji sąsiadów, znajomych, obejrzała ich krótkie rozmowy, drobne gesty podłuchane i podpatrzone przez kamerę.

I powie szczerze, że chciałaby, żeby para prezydencka pochowana była w katedrze warszawskiej. Tylko dlatego, że jest bliżej, że można wejść tam prosto z ulicy, a to ważne. Ma być na Wawelu? Niech będzie, jeśli rodzina tak zdecydowała. I koniec dyskusji!
Bo Matka uważa, że wszelkie demonstracje w tym momencie, wszelkie napuszone wypowiedzi ważnych i słynnych skądinąd osób, wypowiedzi drukowane na pierwszych stronach gazet, są włażeniem z zabłoconymi butami w życie rodziny i powagę tej chwili. Lansowaniem własnej osoby i deptaniem ciszy.
Są niegodne, po prostu, żeby nie powiedzieć bezczelne. 
No tak, ale każdy Polak zna się przecież najlepiej na podatkach, giełdzie i jak widać także na pogrzebowej etykiecie.

Jak dobrze, że większość naszej społeczności wie, że w takiej chwili nie daje się nieproszonych, dobrych rad.

W takiej chwili  zwyczajnie się towarzyszy.

09:27, mattkapolka
Link Komentarze (52) »
czwartek, 08 kwietnia 2010
Sprawdzian szóstoklasisty Potwora

Potwór pisze. Pisze sprawdzian szóstoklasisty. Niby nic wielkiego, ale Matka się denerwuje!
- Poucz się trochę! - Matka próbowała wczoraj pozytywnie wpłynąć na Potwora.
- Do tego nie trzeba się uczyć! - Prychnął Potwór a Matka nic nie zrozumiała. Chyba nigdy nie pojmie meandrów polskiej edukacji, ale wygląda jej na to, że dzieci dalej bedą przychodziły do liceum coraz głupsze i leniwe.
- Nie zrobiłem pracy domowej, sorko, bo nie było tego w internecie! - Usłyszała kiedyś Matka, zamordowała natychmiast nadawcę tekstu, zakopała w klasie i przez pieć minut skakała, żeby udeptać miejsce pochówku.
Wróciwszy do domu pognała do piwnicy, gdzie ma jeszcze nierozpakowane kartony różnych mniej ambitnych książek i wyciagneła kilka swoich najulubieńszych z ulubionych, żeby oczarować nimi Potwora.
- Co to jest? - Najeżył się Potwór, który co prawda chętnie czyta, ale niekoniecznie to, co Matka by chciała.
- Moja najukochańsza książka - "Hultaj" - odrzekła bardzo zadowolona Matka, która przepadała za opowieścią o chłopcu i jego szopie praczu.
Potwór wziął książkę w dwa palce i odłożył z niesmakiem na półkę, gdzie stoi do dziś. Nic Matka wskórać nie może. Chyba trzeba przeczekać.
- Nie bierz przypadkiem komórki na egzamin - Matka rzuciła złotą myśl poranną, bo nic innego nie przychodziło jej do głowy. Potwór jest samoobsługowy, jako i ona była kiedyś, więc Matka szczerze powie, że nie ma pojęcia o czym się uczy z historii czy przyrody.
- Jak było w szkole? - Pyta zawsze w samochodzie.
- Dooobrze - Mruczy Janeczka.
- A o czym się uczyliście? - Mimo wszystko Matka nieustępliwa jest.
- A takie tam! - Macha zawsze ręką Potwór. - Nic ciekawego!
No to teraz jest w połowie pisania z tego "niczego ciekawego".
- Ja nie jadę! - oświadczyła dziś rano Maryśka.
Matka zastanowiła się. Na ulicach powinno być względnie pusto. Zanając Potworka zakopie się w kołdrę i zaśnie, a jakby nawet wstał, to przez czas Matki nieobecności co najwyżej spuści nogi z łóżka.
- Niech będzie. Przyjadę za pół godziny. - Zgodziła się Matka.
- Hurra!!! - Potworek zabębnił nogami w tapczanik. - Mam pierwsze wolne w życiu!!! 
I Matka pojechała, wysadziła Janeczkę pod szkołą i wróciła.
Potworek siedział wybłyszczony, uczesany i ubrany przed telewizorem. I jadł coś ze swojego talerzyka. Matce zapukała kulka Pomysłowego Dobromira i powiedziała, ze co jak co, ale śniadania zrobić nie zdążyła. Nic, tylko Potworek urżnął sobie chleb maszyną, co ma zabronione, koniec, kropka.
- A co ty jesz? - Matka się wzięła pod boki.
- Mazuhrka! - Zaparskał okruchami Potworek i wsadził sobie do paszczy ostatni kawałek kaimaku, który Matce sie w tym roku udał nad wyraz.
- Jemy śniadanie, bo zaraz trzeba jechać po Janeczkę, egzamin jest krótki! - zarządziła Matka.
No i zaraz jadą. Już razem, bo Matka Potworka z połową babki wielkanocnej raczej nie zostawi. I ma nadzieję, ze sen Potwora sie nie spełni.
- Śniło mi się dziś zadanie z matematyki z egazminu. - Janeczka dodala w aucie otuchy Matce i utwierdziła ją w przekonaniu, ze egzamin szóstoklasisty to pestka. - W klasie było piećdziesiąt osób...
- Nie ma tak licznych klas! - Zaprotestowała Matka.
- Ojejku, to sen! - Zamachala rękami Janeczka - W klasie było pięćdziesiąt osób, na lekcje nie przyszło osiedziesiąt jeden osób - jak jest frekwencja? I nie mogłam policzyć!!!
Matka tez nie może. I zaraz chyba zejdzie.
Jedzie po Potwora.
Już czas.


sobota, 03 kwietnia 2010
Wielkanoc



Pogodnych i spokojnych świąt Wielkiej Nocy,
spotkania Boga w drugim człowieku,
chwili zatrzymania i zadumy
życzy
Matka z Potworami

Tagi: wielkanoc
19:35, mattkapolka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 30 marca 2010
Zupa czosnkowa


Matka zebrała się w końcu i doda przepis na jedną z najprostszych i najtańszych zup, popularną u naszych południowych sąssiadów Czechów i Słowaków. Idealna nie tylko na Wielki Tydzień, choć w Wielki Piątek może okazać się strzałem w dziesiątkę.
Rodzina Matki nie zamawia nic innego w słowackich knajpach na pierwsze danie, ba, wychodzi, jeżeli w menu nie ma tej właśnie zupy. Mało tego - z wiadomych względów wszyscy znajomi zmuszani są do jej jedzenia po czym zgodnie twierdzą, że od nikogo czosnku nie czuć! Prawda jest taka, że na drugi dzień funkcjonuje się całkiem normalnie i nie jest się na pewno wampiroodpornym. Tego samego dnia też nie jest najgorzej. Zupa jest idealna na wszelkie imprezy, najczęściej wzbudza zdziwienie, bo nie jest u nas specjalnie popularna. Jeżeli ktoś oczekuje gęstego kremu - niech zmyka :-). Zupa czosnkowa jest cieniutka, cały dowcip polega więc na odpowiednich dodatkach, które zmieniają tę postać rzeczy. Przepis Matka dostała od miłej kelnerki z Restauracji Zamkowej w Kieżmarku.

Składniki (na 2,5 litra zupy):

  • duży pęczek włoszczyzny (bez kapusty), może być nawet półtora
  • dwie cebule, najlepiej przekrojone na pół i opalone nad gazem - nadadzą ładnego koloru zupie. Ja daję nieopalone, więc właściciele blatów ceramicznych mogą się poczuć uspokojeni.
  • główka czosnku (najlepiej polskiego, choć wiadomo, że czasem o niego trudno, wszędzie zalewa nas chiński z marnym najczęściej aromatem)
  • 3 liście laurowe
  • 7-8 ziaren ziela angielskiego i tyle samo pieprzu
  • po jednym, surowym  żółtku na każdą miseczkę zupy
  • czubata łyżka startego, żółtego sera na każdą miseczkę zupy
  • grzanki z bułki wrocławskiej lub gotowy groszek ptysiowy (ja kupuję w Lidlu - niedrogi i długo nie namięka w zupie)
  • sól
  • uwaga - tylko wtedy, kiedy włoszczyzna okaże się niearomatyczna, na przykład na przedwiośniu - kostka warzywna, maksymalnie dwie. Prawda jest taka, że kostki to nic dobrego, uczulają jak smoki i jak się da - nie używamy!

Sposób przygotowania:

Obraną włoszczyznę zalewamy zimną wodą - ma nam oddać do garnka wszystko, co najlepsze. Dorzucamy przyprawy (soli tylko odrobinkę, góra pół łyżeczki), przekrojone na pół cebule i pół główki czosnku (również obranej i podzielonej na ząbki. Można je przekroić na pół). Po zagotowaniu zmniejszamy ogień, żeby zupa ledwo pyrkała i trzymamy ją tak godzinę. Po tym czasie wyciągamy włoszczyznę (marchewkę, seler i pietruszkę zostawiamy sobie na sałatkę jarzynową), cebulę i czosnek, zostawiając tylko przyprawy. Przez praskę przeciskamy pozostałe ząbki czosnku, dodajemy do zupy, gotujemy jeszcze chwilkę i na koniec wrzucamy łyżkę masła do smaku. Jeżeli nie da się bez tego obejść - dodajemy maksymalnie dwie kostki warzywne, ale Matka  zawsze odradza. Nie po to się gotuje w domu, żeby truć się chemią!
Teraz przygotowujemy miseczki - do każdej wbijamy jedno żółtko i wrzucamy kopiastą łyżkę drobno startego żółtego sera. Gatunek sera jest ważny - powinien się ładnie rozpuścić podbarwiając zupę na lekki kremowy kolor. Nie podam tu żadnej nazwy, bo prawda jest taka, że ten sam ser z jednej partii się rozpuści, z innej będzie się ciągnął. Nieustanna loteria :-)
Czy można zrezygnować z żółtka? No niby można, ale smak jest z nim zdecydowanie lepszy, poza tym żółtko ścina się w drobne wiórki, które krążą sobie po zupie razem z serem. Za to z białek, które zostaną można machnąć najszybszy keks świata (zaraz będzie - Matko, daj przepis! :-))
Nalewamy zupę, musi być bardzo, bardzo gorąca, żeby rozpuściła ser. Podajemy natychmiast stawiając na stół miskę z grzankami. Polecam robienie grzanek na patelni, takie z użyciem tłuszczu po prostu wolniej nasiąkają zupą. Można dodatkowo bułkę przed pokrojeniem posmarować przeciętym ząbkiem czosnku. Matka najczęściej stawia groszek ptysiowy, ale co grzanki, to grzanki, każdy wie. Słowacy czasem podają do tej zupy całe kromki bułki obsmażone na patelni i obok ząbek czosnku. Na pytanie skierowane do kelnerki co mamy z tym zrobić odpowiedziała: "se posmarujte", co uczyniliśmy.
Odpierając ataki, że łyżka masła do zupy - Matka zawsze daje łyżkę masła, bo to daje ładny zapach i smak.  Że nie na wywarze z mięsa - to jest bulion warzywny, nikt w oryginale nie zrobi tego na mięsie czy tfu, tfu - gnacie, bo wyjdzie nie wiadomo co.
Że grzanki smażone na tłuszczu? Groszek ptysiowy nie ma go mniej. Matka nigdy nie oczekuje od zupy, że będzie dietetyczna. Z tego powodu używa śmietany, a nie jogurtu "zamiast". Tak w ogóle. Zaoszczędzi parę kalorii i zje wyrób zupopodobny? To już w ogóle woli nie jeść...
Wodę wypije - bez kalorii będzie.
A tymczasem przyjemności życzy wszystkim czosnkożercom!

niedziela, 28 marca 2010
Wiosna śmierdzi

Nawet chyba już zdążyła przyjść, ale Matka żyje w takim biegu, że nie zauważyła. Owszem, zmieniłą kurtkę na lżejszą i dostrzegła wyłążące jakieś listowie z ziemi. Krokusy drgnęły, tulipany chyba też, ciekawe czy raczą w tym roku zakwitnąć, bo w zeszłym zaprezentowały liście, do tego jakieś dziwne, płożące się, a potem wymówiły w ogóle. No to Matka daje im ostatnią z najostatniejszych szans, a jak nie, to fora ze dwora!
Kolejnym symptomem wiosny jest kartka na stole, gdzie dopisuje się kolejne rzeczy do kupienia. A to mąka żytnia na zakwas do żurku (tak, tak, już czas przygotować naczynie, ale zakwasu póki co nie nastawiamy - skiśnie na amen, albo niepotrzebnie zajmie miejsce w lodówce. Matka poleca środę rano - link do zakwasu, jak i żurku po lewej stronie w zakładkach), a to drożdże, czosnek czy orzechy. I tak okaże się w sobotę, że trzeba MiaUzona wyekspediować do miejscowego sklepiku i jeszcze dzwonić do niego trzy razy, kiedy będzie stał w kolejce. Co roku tak jest. No nie da się zapisać wszystkiego, nie da i już!
Potwory też poczuły wiosnę. Matka poznała to po walącej się kupie polarowych akcesoriów na szafce z butami. Zebrała to towarzystwo i wyprała, ale gdzie schowa, to nie wie. Wyciągnięty za to został rower Potworka, który szaleje na dworze ze swoją koleżanką Olą. Dzień się wydłużył, więc Maryśka niemal nie bedzie wracać do domu. Ola jest szczęśliwa i kiedy tylko Matka podjeżdża pod chałupę przywożąc Potwory ze szkoły - nadbiega.
- Nie zgadniesz, zupełnie nie zgadniesz, co dziś robiłam!!! - zawołała ostatnio, a Potworek zamarł w oczekiwaniu. Nie miał łatwo, bo tarabanił tornister, worek z kapciami, gazetę i klucze, którymi NIE otwiera drzwi. Nie otwiera, bo nie sięga i kiedy Matce wypadają już zakupy z rąk, rekwiruje te klucze i otwiera sama.
- Nie zgadnę, to powiedz! - odpiszczał zaciekawiony. Potworek ma wdrukowane genetycznie nie wiadomo po kim piszczenie i już.
Ola zamachała rękami i wyglądało na to, że z nikim jeszcze nie dzieliła się tą wielką nowiną.
- Byłam dziś w mieście! - Podskoczyła. - I mam przebite uszy!!! - Tu zademonstrowała malutkie kolczyki.
Matka zamarła, bo wystraszyła się, że Maryśka zaraz odpali o swoich uszach, które przedziurkowane ma od jakichś niecałych pięciu lat. Nosi zresztą Matkowe kolczyki z listeczkami i kwiatkami. I tu się Matka pomyliła.
- O, jak fajnie! - ucieszył się Potworek uprzejmie i szczerze.
Matka odetchnęła z ulgą.
- A ja też robiłam dziś coś bardzo ciekawego! - Przypomniało się Maryśce nagle. Matka zdziwiła się, że nic o tym nie wie, ale tak to już jest z Potworami. Dorastają i przestają się zwierzać. - Byliśmy z klasą na wycieczce i  głaskałam prawdziwego pytona! Był okropnie fajny, GĄBCZASTY I ŚMIERDZIAŁ!!!

Matka zamieniła się w słup soli, spojrzała bezradnie na Janeczkę, ale ta tylko pokiwała twierdząco głową. Całą szkołę zagnano do podziwiania zwierząt, bo nieopodal rozłożył sie cyrk. Matka przerzuciła  zainteresowanie na Olę, która podrapała się w głowę, przemyślała sprawę, odwróciła na pięcie i dała szybkiego dyla do swojego domu.
W taki oto sposób kolczyki, atrybut prawdziwej damy przegrały ze smrodem pytona...
Nie mówiąc o jego wybitnej, hmm, gąbczastości?

niedziela, 07 marca 2010
Herbata mistrza i mistrzyni Matka

Matka robi nową specjalizację. Jesień średniowiecza? Nieeeeeee. Idole cykladzkie? Nieeeeeee...
Matka specjalizuje się ostatnio w zupach, bo zupy są czymś, na co nie ma czasu. Jak robi, to dobre - ale od tak zwanego wielkiego dzwonu. Primo - barszczyk na Wigilię, secundo - żurek na Wielkanoc. Od pewnego czasu jeszcze morawska czesnakowa poliewka. No, pomidorowa, jasne, że pomidorowa, przecież Potwory za nią dają się pokroić. Z czosnkiem i oregano, na sposób włoski.
Ale teraz, kiedy w domu na okragło jest teściowa zwana Babcią trzeba zakrzątnąć się koło zup, żeby Babcia nie zeszła z głodu, kiedy Matka jest w szkole. Teściowa i tak daje dyla we wtorek wieczorem aż do wieczora środowego, bo w środy mimo zupy groziłaby jej całkowita zagłada głodowa - Matka pryska z Potworami rano i wraca o 16.30.
W związku z powyższym została wyciągnięta Kuchnia Polska, z której Matka zorientowała się, że każdą zupę robi się tak samo, co w zasadzie wiedziała, ale chciała być zgodna z tradycją. Kuchnia szmyrgnięta na półkę wyła sobie cichutko, a Matka ugotowała najpierw zupę serową z internetu (no coś pięknego!!!) - rzecz jasna na dwa dni, bo tyle daje garnek średni. Dziesięć nalań, a jak się zachachmęci, to zostaje  zestaw ratunkowy - 3/4 miseczki dla Babci na atak Małego Głodu. Na następny ogień poszła grochówka na wędzonce ( Matka niestety musi zamówić polerowanie podłogi, bo Potworek porysował ją zębami), a wczoraj kapuśniaczek.
- Ty wiesz, że w piwnicy stoi pudło z kiszoną kapustą z Wigilii? - zapytał sto pięćdziesiąty raz MiaUżon.
- Wiem, dawaj ją! - zarządziła Matka i kapusta nie miała wyjścia. Musiała być dobra, no bo dlaczego niby nie? Zamknięta na amen, mogła czekać jeszcze ho, ho!
- Nie lubię kapuśniaku! - zajęczał Potworek.- W szkole dają niedobry!!!
- A jadłaś? - Matka zmrużyła oczy.
- No nie... - zająknął się Potworek.
- No to nie wiesz. Na pewno jest pyszny!!! - Matka wiedziała, że w szkole gotują dobrze. W jej podstawówce tez gotowali fajnie. Zawsze byłą uprzejma donosić swojej Mamusi, że stołówkowe jedzenie jest lepsze od domowego. Gdyby Matka mogła się cofnąć o trzydzieści lat strzeliłaby od razu sobie w ucho za takie gadanie.
- Nie jest... - Z Matyśki jest twarda sztuka.
- Ale wiesz co? - Chytrze wymyśliła Matka. - Trzeba wziąć moździerz i utłuc przyprawy do kapuśniaku. Pomożesz mi?
- Yhy! - ożywił się Potworek, który nie miał pojęcia o co chodzi.
A Matka wsypała kminek i tymianek, po czym wręczyła Maryśce tłuczek zabytkowgo moździerza.
- Pyszna ta zupa! - mówiła potem Maryśka. - A wszystko dzięki moim przyprawom!
- No jasne! - przytakiwała skwapliwie Matka z nadzieją, że zostanie zjedzone więcej niż tylko ciecz nad kapustą.
- Byś tyle nie piła, bo miejsce sobie zajmujesz! - Nie wytrzymała Babcia, która nie może pojąć dlaczego Potwory każdą zupę popijają wiadrem wody.
- Muszę, bo to nowa herbatka, dla mistrza! - oświadczył Potworek.
- Ja już piłam - Janeczka wynurzyła się z talerza zupy.
- I co? - zainteresowała się Matka, która też już piła.
- No coś nie bardzo. - Potwór wywrócił oczami. - Ale nie wiem co.
Matka wie. Potwory sa już dość duże, a trzecia i ostatnia z herbatek ma smak, którego młodsze dziecko pewnie nie zauważy, ale troszkę starsze już tak. Bo mimo malinowgo aromatu przebija w niej zdecydowanie rumianek. Wyjście z sytuacji byłoby bardzo proste. Dodać maliny i po sprawie. Zabije smak. Bo dwie poprzednie herbatki wywołały zdecydowany entuzjazm. Z tą będzie mały problem.
- To jak byście przyznały miejsca? - Matka postanowiła zakończyć sprawę.
- Nooo, dla niejadka pierwsze miejsce! - orzekła Janeczka.
- Dla bystrzaka? - ponagliła Matka, która nie potrafiłaby się zdecydować, którą wybrać.
- Pierwsze! - Potworek zabulgotał kapuśniakiem.
- Już zajęte! - Zdenerwowała się Matka.
- Oj, nieprawda, bo może być wspólne! - Zaperzyła się Janeczka. - Jak w sporcie!
- No niech będzie. - Matka machnęła ręką. - Została ta dla mistrza.
- Czwarte. - z Potworem nie będzie dyskusji.
- Poza podium? - zmartwiła się Matka.
- Tak. Jak Małysz wytrzymywał, to i herbata wytrzyma. - oświadczyła Janeczka.
No i słusznie. Małysz się pozbierał do kupy, to i herbatę można podrasować malinką - będzie srebro. Bo jak Matka zna życie złoto rozdzielono i odwołania nie ma.
I Matka zaczęła się zastanawiać jaką też zupę ugotuje jutro i powie szczerze, że nie ma pomysłu. Jarzynowa odpada - no tej zupy Matka tak nie znosi, że aż się trzęsie. Ale to całkiem inna historia.
I jak zacznie, jak zacznie wstawiać tu przepisy na wszystkie zupy, które robi, to zrobi się blog kulinarny! Ale swoją droga szmat czasu żadnego przepisu nie było! A zupa serowa pyszna jest, oj, mniam, mniam...
Jakaś rada w kwestii zupy na jutro? Byle wywar był z włoszczyzny, bo Matka żadnego mięsa gotować nie będzie, szkoda czasu i atłasu!

piątek, 26 lutego 2010
Potworna anatomia

Matka wieczorami nic nie robi, tylko uczestniczy w ablucjach. Na pierwszy ogień idzie Potworek. Zaganianie do mycia - mała godzinka. Zdejmowanie kitki - minuta.
- Po co zdejmujesz, jak zaraz sobie musisz ja podpiąć do góry? - Za każdym razem dziwi się Matka.
- To nie ta gumka! - I Potworek nurkuje w bajzlu swojej szafeczki, gdzie pięć tysięcy osiemset czterdzieści trzy gumki są skłębione ze sobą w nierozerwalnym bloku. - I szukam kapturka.
Oczywiście. Kapturek z hotelu Gołębiewski, który MiaUżon przywiózł z Mikolajek ze dwa lata temu okazuje sie niezniszczalny jak strzykawka jednorazowa. Ani jednej dziurki. Maryska nie leje sobie na głowę, ale kapturek być musi. Jakie to szczęście, że nie zna tych rozkładanych, wkładanych jeszcze nie tak dawno na głowe podczas deszczu...
W końcu Potworek uzbrojony w plastik ląduje pod prysznicem, wyciąga rękę do panelu, już, już ma przekręcać, kiedy...
Piruecik.
Jeszcze jedne piruecik.
- Dobrze, że nikt jeszcze się nie kąpał i w brodziku jest sucho! - wykrzykuje radośnie. - Muszę siusiu!!!
I wszystko bierze w łeb, a Matka kwitnie na pudle z brudami i czas leci jak ścieki w ulicznej studzience. Maryśka wysiaduje na tronie i się przeciąga.
- O matko, co to??? - zastygła nagle w bezruchu z ręką z tyłu.
- Co - co to? - zainteresowała się Matka, ale znowu nie z takim jakimś wybitnym entuzjazmem.
- Coś tu mam!!! - wyszeptał Potworek z przejęciem - I tego jest dużo!!!
Matka ujrzala oczami wyobraźni różyczkę, odrę i wisłę. Zerwała się i wykonała jeden, wielki krok zapuszczając żurawia na plecy Maryśki.
Dzięcię macało sobie kręgi ...
- Ło matko, przecież to tylko twój kręgosłup! - Odetchnęła Matka.
- Krę-go-słup? - skrzywił się Potworek. - A co to jest???
Matka podrapała się w głowę.
- No takie coś, na czym się trzyma całe ciało. Bez tego nie da rady. - Jak się zdaje inne wyjaśnienia ugrzęzłyby w próżni Maryśkowej niewiedzy.
- Aha! - raźnie odparł Potworek i na tym zakończył temat.
Nieeeeeee. Niemożliwe. Matka postanowiła na moment spłynąć do pokoju.
Kiedy wróciła Maryśka stała przed lustrem i starała się obejrzeć kręgosłup. Nie wychodziło, ale można było poćwiczyć skręty i zezy.
- Wiesz, nie jest źle!!! - oświadczyła.
- Nie jest źle? - powtórzyła jak echo Matka.
- Nie! - odrzekł krótko Potworek. - Pomyślałam sobie, że jakbym miała oglądać coś tak wiesz, BEZ NICZEGO, bez skóry i tak dalej, to wybrałabym na pewno kręgosłup a nie czaszkę!!!