| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Księga gości
Było kiedyś - toplista Potworów
Koniecznie tam zajrzyj!
Czytane na bloxie
Czytane na onecie
Przepisy Matki Polki
Skracam drogę
Zaglądam
Popatrz...
sobota, 19 marca 2011
Sprawdzamy

Matka dwa wolne dni w tygodniu powinna przeznaczać na pracę. Malowanie obrazu i tego typu rzeczy, no, chyba, że napatoczą się jej, tak jak teraz, klasówki. Zasiada więc po kawie do stosu sprawdzianów, chwyta czerwony długopis w rękę i zaczyna.
Nie zaczyna.
Dzwoni telefon.
- Tu Jolanta Iskińska, rozumiem, że rozmawiam z panią Mattkąpolką.
- Hyyyyyyyyyy... - Matka dusi się natychmiast ze złości, bo dla obcych ma jeszcze nazwisko.
- Chcielismy panią zaprosić na bezpłatną konsumpcję i pokaz urządzeń dbających o zdrowie.
- Nie chadzam i sama nie dbam o zdrowie, jem frytki na starym tłuszczu, śpię w pierzu i nie uprawiam sportu! - odpowiada natychmiast Matka. - I życzę miłego dnia!
Bach słuchawką.
I Matka znów siada, otrzepuje pióra, bierze długopis do ręki, segreguje klasówki, zdejmuje skuwkę i...
Dzwoni telefon.
Matka wywaliłaby gada za okno, ale zwykle na coś czeka.
- Czy moglibyśmy mówić z osobą decyzyjną w firmie?
Matka to uwielbia.
- A w jakiej firmie proszę pana? - pyta niezwykle uprzejmie.
- Eeeeeeeeeeeeee.... - w słuchawce słychać wściekły szelest kartek. Pan sie pogubił.
- Nie wie pan do kogo dzwoni?
- Nie, nie, wie pani, tylko mi tu wszystko po-spa-da-ło. To jest, to jest, no, konserwacja jakaś?
Matka zabija pana natychmiast przez drut oraz na wszelki wypadeczek przez podczerwień i blutooth. Konserwacja jakaś!
- Ojoj! - Martwi się Matka. - To pan ma stary numer, bo dodzwonił się pan do zakładu karnego. Helena Konewa przy telefonie.
- Ebedziewiwiwewewe, nie, nie, ja strasznie przepraszam, muszę miec stary numer! - I Matka ma pana z głowy na zawsze. Nie wie też czy chciał jej wepchnąć kredyt czy reklamę, więc pogrąża się w straszliwym, a nieutulonym żalu.
Idzie robić sobie kawę, bo jak już ma się mieć podniesione ciśnienie, to chociaż ze smakiem.
A potem siada, otrzepuje pióra, bierze czerwony długopis, stroszy się, nachyla i...
Dzwoni telefon.
Matka haluje w słuchawkę, ale słuchawka jest głucha, a telefon dalej rżnie. Pada na komórkę.
- Witam panią, dzwonię z biura obsługi Trutututu (tu pada nazwa operatora na cztery litery, któego złodziejskie stawki za jedną minutę spędzają Matce sen z powiek), bo zbliża sie koniec pani umowy. Zaraz, pani powinna byc panem MiaUżonem!
Jasne. Matka od lat korzysta z drugiego numeru MiaUżona bo nie chce się im iść zrobić cesji.
- Powinnam, ale nie jestem i nie zmienił mi się głos - rypie prosto z mostu Matka z nadzieją, że panienka natychmiast odpuści.
- A to ja nie mogę z panią rozmawiać na temat nowej umowy i aparatu!
- Nie może pani - Zgadza się Matka i od razu dodaje coś na swoją zgubę, jak ta durna baba. - może pani oczywiście zadzwonić do mojego męża, ale on nic pani nie doradzi ani w kwestii umowy, ani tym bardziej aparatu, bo ja korzystam i korzystać będę z tego numeru.
I tu Matka wykopała sobie grób, w którym siedzi do połowy do teraz.
Panienka przystapila do zmasowanego ataku na wszelkie posiadane numery telefonów. Dzwoni co kilka dni i wypytuje, a Matka nie ma głowy do wymyślania jakiż ma sobie kupic aparat. Wie jedno. Ten co ma nie nadaje się do niczego.
- Wie pani, mi jest telefon potrzebny przede wszystkim do dzwonienia, czyli ma mieć dobry głośnik. Super baterię. I duże klawisze. Radio. I to wszystko.
- O! - powiedziała panienka. - Zatkało mnie!
- No ja wiem, pewnie nie ma takiego telefonu? - zmartwiła się Matka.
- Nie, no są, ale wie pani, nikt takich rzeczy nie chce... Ja do pani zadzwonię!
No i panienka dzwoni, a Matka dalej nic nie wie. Bo klawisze w praniu są małe, bateria dwudniowa, a głośnik charczący.
Matka litościwie nie wspomni o stawce za minutę, bo zaraz ją krew zaleje.
- Jak rany, kupię sobie dowolną komórkę za 500zł i włożę kartę, co ma minutę za 19 groszy! - Piekli się Matka i coraz bliższa jest tej decyzji. Bo 15 lat u jednego operatora nie skutkuje niczym!
I Matka wreszcie, po załatwieniu wszystkich zdrowotnych kołder, garnków z najszlachetniejszej ze stali, masażerów i wyrobów z aloesu, przeplatanych kredytami, kontami w banku, reklamą drukowaną i internetową, siada, stroszy pióra, układa, pióra, znów stroszy, bo została jej tylko godzina do wyjazdu po Potwory, bierze czerwony długopis do ręki, czyta i...
- Bździang, bździang! - przychodzi SMS od Janeczki.
- Mama, przyjedź po nas teraz, bo nie mam dziś kółka...

piątek, 18 marca 2011
LustrujemyGadżety LG

Matka narzekała i narzekała przez dwa lata na swój telefon. Bateria bez rewelacji. Głośnik - do najchrzaniejszego chrzanu. Matka strzyże uchem, jak ktoś dzwoni i połowy nie słyszy, więc odpowiada bez związku i składu.
- Nigdy więcej nie kupię dotykowego telefonu, do bani są! - wkurzyła się jakoś zaraz na początku dwuletniej umowy i trwała w tym postanowieniu uparcie. Ciągle plumkała nie w te klawisze, co trzeba, do wpisania sMSa potrzebowała chyba z siedmu plumknięć zanim się w ogóle otworzył, no dramat. Do tego jeszcze namolne telefony z biura obsługi, które w niczym jej nie pomagały. Wizyty w licznych salonach też nie. Zmiana umowy zawsze jest dla Matki koszmarem, do tego po kilku miesiącach okazywało się, że płaci za minutę połączenia, jakby ta była pozłacana.
I na ten koszmar przyszedł mail, w którym zaproponowano Matce przetestowanie telefonu.  Dotykowego z bajerami.
Matka natychmiast się nastroszyła.
Znów plumkanie.
Znów jakiś głośnik do bani pewnie.
Znów bateria aby aby.
I pewnie by nic z tego nie wyszło, gdyby nie to, że i tak musi zmienić telefon, a tu może choć jakiś czas popróbować sobie do bólu. Może jak nie jej, to komuś sie to przyda? Komercja?
Znów ktoś psa powiesi? Niech wiesza. Jedna z czytelniczek Matki bloga cieszy się wypasioną pralką, którą ma na własność i to jest radość oraz ważny powód do okresowej komercji.
Tym razem Matka będzie miała też nagrodę dla dwóch osób w konkursie, którego zasady sa na dole wpisu.
Teraz jak ktoś nie chce, niech nie czyta, bo bedzie dużo o nowym telefonie LG.

A dokładnie o LG - P500
Właściwie Matka go obraża, bo to nie tylko telefon, ale w zasadzie smartfon. Ta nazwa była dla Matki zagadką, bo wszyscy widząc Matkę w salonach różnych operatorów zakładali od razu, że smartfona nie chce.
- Wie pani, drogie są! - mówili. - I to takie urządzenia dla młodzieży bardziej.
Matka zainwestuje w krem przeciwzmarszczkowy.
Wie, wie, chciała telefon z dobrym głośnikiem, radiem, baterią i zasięgiem. Koniec. Ale nie ma wyjścia, trzeba było przemaglować nowy telefon wte i wewte, co Matka uczyniła.
Podeszła jak pies do jeża, zrażona obecnym telefonym z ekranem dotykowym, o czy potem.
Tymczasem kurier przywiózł maleńki kartonik. Biorąc pod uwagę konieczność przechowywania różnych opakowań, które napadają człowieka jak tylko wsadzi nos do piwnicy - to można schować do niezbyt głębokiej szuflady. Wreszcie!
Instrukcja obsługi - coś, co spędza Matce sen z powiek. Ba, jak Matka potrzebuje coś sięgnąć z górnej półki w regale, to podkłada sobie pod nogi instrukcję obsługi swojej lustrzanki. Nie tym razem. Maleńka książeczka ( w końcu było małe opakowanie), równe 100 stron, z czego ponad połowa to oczywiste oczywistości, których najczęściej czytać nie trzeba. Matka to zrobiła.
Ładowanie baterii - to drugi telefon Matki, w którym akumulator nie ma efektu pamięci. Super sprawa, wiadomo. W ciągu dwóch lat nic sie w zasadzie nie powinno zmienić w kwestii żywotności i wydajności baterii. Póki co, przy sporej ilości zabawy akumulator starcza Matce na całe 5 dni, a ładuje się około godziny. Super sprawa.
Pierwsze włączenie - cholerka, coś innego. Matka tak już ma, że jak zmienia telefon, to natychmiast zapomina jak wszystko działało w starym. Nie ma już odpowiedniej ilości bitów, więc wykasowuje sobie z mózgu stare pliki. Ale jednak pierwsze zetknięcie z telefonem bywa bardziej, albo mniej bolesne, bo Matka wypróbowuje coraz to inne firmy. LG jeszcze nie miała.

Na pierwszy rzut oka wszystkiego jest pełno. Z drugiej strony przez to jest mniejsza liczba podmenu, więc nie marnuje się czasu na błądzenie i szukanie na oślep. Dla maniaków pewnych aplikacji jest możliwość zmiany ekranu głównego - wystarczy ruch palcem w lewo czy prawo i na ekranie króluje Google, odtwarzacz muzyki itp.
Matka tak już ma, że pierwszą rzeczą którą robi, poza skopiowaniem kontaktów oczywiście, jest ustawienie swojego dzwonka. Matka go sobie kiedyś zrobiła jakimś niedużym programikiem i ma kawałek saksofonu z "Your Latest trick". Inaczej nie słyszy telefonu i w ogóle myśli, że to nie jej. Myk, myk przerzuciła sobie plik z komputera przez blutooth i ustawiła jako dzwonek. No dobra, Janeczka jej to zrobiła, niech będzie. To znaczy ustawiła dzwonek tylko. Potem Matka przerzuciła swój Bulls eye na dźwięk wiadomości SMS i tu przykra niespodzianka - tego ustawić już nie można, co jest dla Matki kompletnie niezrozumiałe. SMSy brzęczą wyłącznie dzwonkami dostarczonymi przez producenta i nie ma tam ani jednego zwalającego z nóg, a Matka takich szokujących potrzebuje, inaczej nie zareaguje i basta. (edit - dzięki pomocy spriggany Bulls Eye ustawiony. W instrukcji tego nie było, a Matki analogowość wymagała zdecydowanej pomocy. Już wszystko OK)
Aparat - coś, czego niby nie potrzebuje, bo ma jedną idiotenkamerę, i lustrzankę, jednak pomarudzić zawsze można. Tu trafiło na aparat posiadający 3 Mp i matka przyzna, że lekko sie rozczarowała. Oczekiwała 5Mp, bo tyle miała w swoim niegrzecznym Samsungu i przyznać trzeba, że zdjęcia robił fantastyczne, jak niezły kompakcik. Faktem jest, że piksele to nie wszystko, ale różnicę w jakości jednak widać na niekorzyść LG a szkoda - przy takim dostępie do internetu warto dostarczyć narzędzia, które zrobi dobre zdjęcia do wrzucania na strony www.  Jednak znajdziemy tu sporo miłych udogodnień - a to makro, a to balans bieli i tym podobne sprawy. Na plus trzeba tu jednak dodać kamerę i ona jest rzeczywiście niezgorsza jak na komórkę. Tu zostalo natychmiast uwiecznione ziewanie kota z każdym jednym zębem, gdyż Potwory akurat pobierały nauki w szkole.
Radio - jest to coś, co Matka mieć musi. Nie korzysta z niego często, ale jak musi, to absolutnie i już. strojenie okazało sie wygodne, kodowanie stacji też, wszystko działa intuicyjnie, nawet analogowa Matka sobie w mig poradziła. Jaka stacja odbierała jak żyleta każde dziecko wie :-)
Słuchawki - z odpowiednią długością kabla i włącznikiem pośrodku, ale część wchodząca do ucha mogłaby być zdecydowanie mniejsza - kiwają się i wypadają, a Matka znów jakichś wybitnie malych uszu nie ma, ot, standardowe, jak poziom Wisły w Zawichoście.
Odtwarzacz muzyki - noooo, wreszcie Matka wie, czemu małolaty w szkole słuchają na okrągło czegoś na komórce. Tu plus. LG dostarczany jest z 2 Gb karta pamięci - dla młodzieży to pewnie pikuś, niech sobie kupią większą kartę, ale Matka z dziką rozkoszą przerzuciła sobie kilkadziesiąt ulubionych piosenek, które kiedyś kisiła na jakiejś badziewnej MP3, jedzącej trzy baterie na jedno okrążenie. Odtwarzanie bezproblemowe, im dalej w głąb komórki tym Matka coraz bardziej puchła z dumy, że wie o co chodzi, bo już myślała, że ona to tylko bateria i głośnik, i duże klawisze. okazało sie też, że posluchac można sobie muzyki na głos, a przy tym porobić wiele innych rzeczy, choćby pobuszować, no właśnie...
Internet - coś, co Matka lubi, ale w komorkach ją brzydziło. małe ekraniczki, ni choroby nie było widać, same literki, które długo sie namyślały. Do tego jej Samsung do dziś nie chce otworzyć żadnej strony i każe się kontaktować z dostawcą telefonii, czego nawet szkolni informatycy przeskoczyć nie mogli. Matka machnęła ręką.
Tu - bajka. Niestety trzeba uważać na przyjemności, bo te kosztują. Na paru stronach instrukcji jest ostrzeżenie: "wykup pakiet internetowy, bo zabulisz". Prawda. Telefon oferuje mnóstwo możliwości - lokalizacja, nawigacja GPS, przeglądarka, możliwość ściągania swojej poczty jednym kliknięciem, market z dodatkowym oprogramowaniem, stan pogody, komunikator i wiele innych - ale oczywiście łączy sie wtedy z internetem, więc trzeba uważać jakie polączenia bezprzewodowe ma się aktywne. Matka po chwili zabawy wyłączyła przyjemności, bo nie ma pakietu internetowego, ale sprawdziła jedno - przeglądarka działa naprawdę bardzo szybko, jest ogromna różnica miedzy lg a zwykłym telefonem MiaUżona, tu w ogóle nie ma o czym dyskutować. Słuchanie muzyki i jednoczesne surfowanie po necie to już zasługa niezłego systemu Adroid 2,2 Froyo. W tak zwanym markecie można sobie powybierać wśród przyjemnych aplikacji i Matka ściagnie sobie na bank jako pierwszą Operę - jedyną właściwą przeglądarkę dla Mattkipolki. I czuje, że jeszcze coś sobie znajdzie, choćby wyszukiwarkę kontaktów przez mazanie literki na ekranie.
Powiększanie ekranu palcami - tu matka wpadła w dziki zachwyt. Dwoma palcami można rozciągnąć i powiększyć dowolny fragment ekranu podobnie jak w komputerze z ekranem dotykowym. Bajka dla dalekowidzów i każdego, kto chce dojrzeć jakiś szczegół na zdjęciu czy w tekście.
SMSy - tym razem Matka nie ma żadnych problemów z klikaniam w klawisze - nie myli się, może są ciut większe. Dodatkowo wystarczy przechylić ekran o 90 stopni i otwiera się klawiatura z pojedynczymi literami. Dlaczego okazało się to ważne? Tu - uwaga, uwaga - totalna porażka. matka w swoim Samsungu nie uzywała platrofmy T9 do SMSów, bo z oburzeniem zauważyla, że polskie litery zżerają jej po 3 znaki. Szok, tym bardziej, że wczesniejsze Siemensy matki zabierały tylko po jednym znaku i tak powinno być. Niestety w LG totalna porażka - Matka aż zadzwoniłą na firmową infolinię, gdzie pan potwierdził wszystko, jak na spowiedzi - LG zjada w platformie T9 aż 100 znaków za literki ą,ę, ć, ń, ś i tym podobne. Nie da się wyłączyć polskich ogonków, trzeba pisać wystukując po jednej literce. Tego Matka za nic nie zrozumie, dlaczego produkuje się tak wybitnego SMSowego bubla, kiedy napisanie SMSa: "Weź kopertę bąbelkową" zabiera ponad 110 znaków. najciekawsze jest to, że pierwsza polska litera kosztuje nas 100 znaków, a kolejne już nie. Ki diabeł? Pan nie porafił wytłumaczyć...
Wi-Fi - tu medal dla LG! - Matka ma teraz darmowy dostęp do wszystkiego, bo w domu ma bezprzewodowy internet, w szkole też i jeszcze parę hotspotów w swojej metropolii - starczy aż nadto! Prawdą jest, że nie wszystko da się znaleźć okrutnie szybko, a poza tym w necie człowiek spieszyć się nie lubi, więc kiedy MiaUżon wisi na komputerze i ogląda mecz kosza, Matka może sobie sprawdzić i pocztę i newsy na Gazecie.pl, bo co jak co, ale od prasówki jest uzależniona. No i wszystko uruchamia sie szybciej, niż na komputerze, zwłaszcza kiedy trzeba go specjalnie włączać.
Podłączenie do komputera - w momencie można zarządzac plikami, które ma się w telefonie, przerzucać muzykę , filmy czy obrazki w jedną i druga stronę. Wystarczy ze strony LG ściągnąć sterownik.
Design - nie jest łatwo Matce dogodzić, bo lubi prostotę. Tu otrzymała telefon wręcz minimalistyczny, czarny, z gładkim ekranem i pochowanymi do minimum przyciskami. słuchawki na  małego jacka (nareszcie!) i standardowe wejście do ładowarki (jednocześnie na kabel USB do komputera - ten sam kabel załatwia dwie sprawy). Całość wybitnie elegancka, bez jednego zbędnego elementu. Trzeba tylko tej całości zapewnić futerał, albo odpowiednie etiu, żeby szlachetna czerń nie została zhańbiona szpetnymi rysami.
Ogólne wrażenie - no właśnie. Matka nie krowa, czasem zmienia poglądy, aczkolwiek nie sądziła, że zrobi to w kwestii komórki. Pomijając małe niedogodności typu niemożność ustawienia własnego dzwonka na SMSy i  3Mp w aparacie reszta sprawia, że Matka jest wybitnie zadowolona z telefonu. Szybko, sprawnie i co najważniejsze - bezboleśnie można się na niego przesiąść. Surfowanie po necie błyskawiczne i przyjemne. Jakość odtwarzanych filmów znakomita, nic się nie zacina, nic nie zawiesza. I jednak matka zdecydowanie woli wybierać w dużym ekranie pełnym orazkow z aplikacjami, niż otwierać dziesiątki podmenu, jak w starszym Samsungu F-480. Rozstanie się nawiasem mówiąc z nim bez żalu - poza dobrym aparatem i Bulls eyem na dźwięk SMSa wszstko miał wyjatkowo wkurzające i działające tak sobie. Przypadkowe kliknięcia, nie te litery i rzecz jasna mniejszy ekran. Nie, nie ma porównania. dobrze, że Matka miała wcześniej ekran dotykowy, bo można by powiedzieć, że stara matrona dostala nowinkę i się cieszy. Nie, ma porównanie.

I coś dla czytelników - KONKURS, w którym nagrody funduje firma LG. Matka tylko wybiera zwycięzców.
Zadanie jest proste: Matka prosi, żeby na jej mailowy adres , czyli mattkapolka (tu wstawić małpę) gazeta.pl napisać krótką wypowiedź na temat: "Telefon w 2020 roku będzie..."
Matka spośród wszystkich wypowiedzi wybierze dwie najciekawsze.
Zwycięzca otrzyma bezprzewodowe słuchawki do telefonu (podwójne lub pojedynczą), zaś druga osoba 25% zniżkę na zakup telefonu LG P500 w internetowym sklepie LG .
Na życzenie Matka prześle wszystkim zainteresowanym szczegółowy regulamin.

Czas trwania konkursu 19 - 23 marca (od soboty do środy). Rozstrzygnięcie konkursu w piątek, 25 marca na blogu. 
Matka serdecznie zaprasza!

LG P550
I zaraz wiadomo, czego Matka najczęściej słucha...

niedziela, 27 lutego 2011
Ja nie mam co na siebie włożyć!

Matka patrzy sobie na Potwory i z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy jedynymi problemami były zupki i kupki. W co by się Janeczkę czy Maryśkę nie ubrało - było dobrze. Kwiatek, piesek, kotek, piłka, robot - każdy ozdobnik na koszulce, żywy czy martwy był dobry. Kolor? Jaki kolor? Różowy oczywiście najpiękniejszy, ale równie dobry bywał szary, fioletowy, brązowy czy niebieski. Matka miała raj na ziemi.
Miała.
Bo już nigdy nie wróci.
- Nie wiesz, że już NIE LUBIĘ różowego? - usłyszała swojego czasu i nie powie, spodziewała się. Nic nie szkodzi, upodobania do różu przejął po Janeczce Potworek i póki co nie zgłasza uwag.
- Nie możesz mi kupić CZARNEJ czapki? - to całkiem niedawno. Nie, Matka nie może. Szukała morskoniebieskiej i skończyło sie na tym, że MiaUżon zapłacił za czarną, bo nie wiedziała o planach Matki. Co tam zresztą plany, jak w sklepie morskiej nie było, tylko fioletowe i fioletowe.
- Nie mam spodni! - prychnięcie i zarzucenie ogonem.
- Jak: nie mam spodni? - Matce natychmiast w oczach pojawiają się złe błyski. - Przecież dopiero co kupiliśmy dwie pary!
- No tak, ale miały być czarne, a są raczej jakieś szare, a drugie są niebieskie. - Zamachał Potwór wysiegnikami, które zdecydowanie odziedziczył po tatusiu. W spadku dostał także wydymanie ust, chude nogi i wystawione jak piorunochron pupsko. A kupcie spodzień na coś takiego, no masakra!
- Są takie, jakie chciałaś! - Wkurzyła się Matka, bo Potwór chce wszystko, tylko potem od razu to znika, bo jest jakoby niedobre.
- Nie są. Nie mam w czym chodzić! - załkała Janeczka teatralnie i poszła pogrążać się w żalu w czeluściach swojego pokoju.
- Ja wykorkuję - pomyślała Matka i od tej pory stara się kupować spodnie zaocznie. Działa, pod warunkiem, że są.
Ale zwykle ich, psiakosteczka, nie ma! Do tego zlikwidowali Matce najlepszy sklep, choć dopiero co powstał. Miał kapitalne portki, za dobrą cenę i na germański rodzaj pupy, który to jest wybitnie zbieżny z polskim. Matka to dobrze wie, bo zdążyła nabyć sobie kilka par, jako, że ze wszystkich spódnic najbardziej lubi spodnie.
Potwór wybrał się więc ongiś z MiaUżonem w bliżej niesprecyzowane miejsce i przywieźli dwie pary nowych dżinsów. To dla Matki całkowita nowość - okazało się bowiem, że MiaUżon jak musi, to potrafi kupować i nawet robi to dość tanio. Potwór wybrał sobie spodnie w kolorze czarnym ( są bardzo, ale to bardzo jasnoszare, ale własny zakup widzi się oczywiście zdecydowanie w innym świetle) i zwykłym denimowym. Matka zatarła rączki. Wreszcie skończy się gehenna nieustannego prania i prasowania!
Naiwna. Naiwna Matka do bólu.
Potwor wychodzi z założenia, że dżinsy nosi się góra dwa dni i wrzuca do prania!. On wklada do kosza z brudami, Matka wyjmuje i się piekli. Janeczka wkłada więc głębiej, Matka nie widzi, a po nocy leżenia ze skarpetkami wyjąć nic już się nie da.
- Nie mam w czym chodzić! - Matka nagra sobie tekst Janeczki na magnetofon szpulowy, jak w "Pingwinie".
- Jakim cudem??? - Wypuszcza wszystko z rąk, bo jest rzecz jasna niedzielny wieczór, a poniedziałkowe poranki nie służą do niczego innego, jak kotłowania się przy wstawaniu, robieniu kanapki do pracy, bo na pewno nie porannemu śniadaniu (Matka tu mówi o sobie, Potwory jedzą jak należy) i upojnej jeździe do szkół wszelakich.
- No przecież wszystkie spodnie mam brudne!!!
I Matka schodzi do pralni, a tam rzeczywiście - fachowo odwrócone na lewą stronę dżinsy tworzące malowniczą piramidę. Snofru by wymiękł.
Czego to już nie wymyślała! Na lewą stronę. Zapinanie suwaków i guzika. Własnoręczne, "potworne" prasowanie. Janeczka wszystko zniesie, byle pralka jej wyprała. I tu się kłania Matka nisko suszarce do ubrań, bo gdyby nie ona, to wieczór niedzielny zamieniłby się w koszmar wygrzewania portek na kaloryferach z dogrzewaniem farelką. Fajna zabawa, nie ma co, Matka przerabiała to wielokrotnie, dwie godzinki zamiast filmu. Dobrze, że jest zima i w kominku napalone, ale latem to byłaby już klęska na całej linii. Tymczasem po godzinie Matka może wyciągnąć z maszyny suchutkie, pachnące spodnie, trzasnąć deską do prasowania i zawołać Potwora do roboty. Co jak co, ale swoje ubrania prasuje  już sam koncertowo, czasem nawet udaje się Matce chytrze podrzucić coś swojego, albo Potworkowego!
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nadciąga ciężka wiosna.
A wtedy Potwór zawoła:
- No nie mam co na siebie włożyć! Żadnych spodni do kolan, żadnych!

I nawet nie wie, ze Matka ma wtedy wyjście awaryjne.
Krótkie spodnie zawsze da się zrobić z długich. Przez bardziej czy mniej fantazyjne oberżnięcie. Ot co.

niedziela, 13 lutego 2011
I po feriach

No bo już dzisiaj się nie liczy. Matka nawet nie zauważyła, kiedy ferie minęły. Znaczy to, że musiały byc jednak dość pracowite i faktycznie takie były. Nawet Potwory dały radę, choć przyznać trzeba, że sprawę miały mocno ułatwioną, gdzyż Janeczka była uprzejma wybyć na calutki tydzień na zimowisko do Białego Dunajca. 
Maryśka w tym czasie rozpaczała? Nigdy w życiu! Można było oddać się wszystkiemu temu, na co Potwór nie pozwala. Spać w Janeczkowym wyrku. Grzebać w szufladach, szafie i komodzie. Wkładać przepaski, spinki, naszyjniki, bransoletki i tym podobne precjoza - najchętniej wszystkie naraz i nie bacząc na styl i kolor. Rysować kredkami Potwora (zbrodnia niesłychana) i mazakami (zbrodnia karana śmiercią). 
A reszty to Matka chyba woli nie wiedzieć. Dość, ze Potworek oprócz rozrabiania wziął się za ścieranie kurzu i układania tysiąca pięciuset dwudziestu czterech zupełnie niepotrzebnych rzeczy na biurku Potwora. Matka wpadła w dziki zachwyt, jednak cały zapał Potworka wypalił się na biurku siostry i swój własny zostawił tak, jak było - czyli mniej więcej z efektem po wybuchu bomby.
A w drugim tygodniu Janeczka dokooptowaa do Maryśki i dni wyglądały typowo - Matka szła malować na strych i słyszała wszystkie odgłosy prania. Bo Potwory dostały do testowania jakieś dziwo o nazwie Kinect Xbox. Matka kompletnie nie była w temacie, ale poczytala, że to taka konsola, co ma czujnik ruchu - mierzy człowieka, śledzi, co on robi i ocenia. Hmm.
Od świąt Bożego Narodzenia Kinect był jednak na tapecie i okazało się, że można połączyć komputer z ruchem. Potwory zajmowały się wirtualnym zwierzakiem, głaskały go, szczotkowały, uczyły różnych sztuczek i pokonywały z nim tor przeszkód. Wydawałoby się, że emocje sięgały zenitu, ale co to znaczy Matka zobaczyła dopiero, gdy Janeczka odkryła płytę z siatkówka plażową, bieganiem przez płotki, skakaniem w dal czy rzutem oszczepem. Matka w pracowni słyszała co chwila głuchy tętent, dzikie wrzaski i okrzyki radości.
Do kompletu doszedł fitness (tu Matka podstępnie sobie włączała sprzęt, kiedy Potwory dawały za wygraną), jakiś dance (to jednak Potwory) i tak dalej.
Któregoś dnia z dołu dochodziło tak dramatyczne stękanie, że Matka zeszła zaniepokojona, że cos się stało. Ujrzała Maryśkę, która jedną nogą grzebała w Wiśle, drugą w Odrze, a ręce zahaczone miała gdzies zapewne o gwiazdozbiór Oriona.
- A ty, przepraszam, co robisz? - wywalila oczy Matka, co nie było łatwe, bo jak sie patrzy pół dnia w obraz, to strasznie siada akomodacja. No bo przecież nikt się chyba nie ośmieli napisać, że to z powodu wieku Matki?
- Chciałam włączyć aerobik - wystękał Potworek i zgodnie ze wskazówkami na ekranie zaczepił lewą ręką Drogę Mleczną - ale nie mogłam znaleźć i nacisnęłam jakiś sczeczink! Fajne jest, ale okropnie wooolne.
Matka zostawila uspokojona Potworka ze stretchingiem i obiecała sobie solennie, że w wolnej chwili też się porozciąga. Niestety z tego, co zauważyła, Potwory nie obiecały jej, że zwolnią miejsce przed telewizorem i tyle, że mogła sobie pooglądać, jak się nie da włączyć Teleexpressu, bo odchodzą skoki w dal. Na przykład. 
A wieczorem jak się NIE da zajrzeć w równie chętnie testowany netbook HP, bo MiaUżon ogląda w nim kolejny mecz koszykówki (piłki ręcznej, siatkówki - niepotrzebne skreślić). A jak MiaUżon akurat nie ogląda, to na bank netbook jest przyimputowany do Maryśki, która na Naszej Klasie dokarmia jakieś zwierzęta w cudzych akwariach. Proszę tu Matki nie pytać o co chodzi, bo takie szczegóły już są jej kompletnie nieznane. Ona karmi Puśkę, całkowicie ralnie, prosto do michy.
Kinect odjeżdża już w siną dal i to będzie najsmutniejsze zniknięcie historii - Matka poleca wszystkim, którzy mieli do tej pory wątpliwości. Dawka ruchu i rozrywki zagwarantowana. Ruchu tak szybkiego, że wysiadały wszelkie lampy błyskowe i Potwory wychodziły na zdjęciach jak kolorowe smugi. Na szczęście głaskanie czarnej pantery i uczenie jej sztuczek odbywa się w tempie moderato, dobrze wychodzi też wiwatowanie po skończonym biegu, natomiast podania w siatkówce plażowej już tak sobie. Ale widać, że emocje aż kipią.
Matce i tak się najbardziej podobało w czujniku ruchu to, że jak Potworek gubił spodnie biegnąc i szybko je podciągał, to sportsmenka na ekranie robiła to samo...





Potwory graja w siatkówkę plażową.

Maryśka pozdrawia publikę

Maryśka pozdrawia publikę po biegu.

I uczy czarną panterę klaskania

piątek, 28 stycznia 2011
Pięć minut do ferii

Matka wyprawia Potwora na zimowisko w Tatry. Polega to głównie na kupowaniu gogli i spodni narciarskich na Allegro, oraz na skręcaniu MiaUżona na zakupy w galerii. Bo spodnie, bo czapka, bo przy okazji coś tam jeszcze. I okazało się nagle, a niespodziewanie, że podczas nieobecności Matki przy mierzeniu przyodziewku świat się nie trzęsie, nie rozpada i nie kończy. Czyli można?
Można samemu?
Bo Matka miała w tym tygodniu kosmiczne urwanie gwizdka. Zbierała prace na wielki konkurs, Odsyłała je tysiąc razy do poprawki, znowu oglądała, kazała podpisywać, wymyślac tytuły, kody i tak dalej. Siedziała na jednej radzie, wywiadówce, potem drugiej radzie, kolejno trzeciej i jeszcze jednej wywiadówce. Na pierwszy tydzień po feriach ma już zapowiedziane trzy kolejne rady (naprawdę nie dało się wcisnąć w grafik kolejnej wywiadówki???).
Do tego hrabina Puśka miala umówioną sterylizację i termin wypadł na feralny czwartek z radą, wywiadówką i dodatkowymi dwiema u Potworów, na które rozdwoił się MiaUżon.
A Matka odwiózłszy Potwory do szkoły od razu przemieściła się z wykąpaną poprzedniego dnia Puśką do weterynarza. 
- Niech pani ją dobrze przytrzyma, o tak, jak karabin - poprosiła lekarka - bo ten zastrzyk jest bardzo.....
A potem Matka zobaczyła startującego Strusia Pędziwiatra, który wśród dzikiego wrzasku wbił Matce swoje jakże szanowne zęby w rękę i przeorał we wszystkie strony. Ha! Ale Matka, podobnie jak jej teściowa, która w złamanej ręce raźnie dzierżyła torebkę, kota nie puściła, choć trzeba przyznać, że nie wyrażala się przy tym zbytnio dyplomatycznie.
- ...bolesny! - dokończyła lekarka i Matka od razu wiedziała co czuje. Nie jest tylko pewna, czy pani doktor nie chodziło aby o kota. Nieeeee, na pewno nie.
- A teraz wkładamy ją do klatki. - I tu Matka posłusznie wykonała manewr "wkładamy".
- Nie usypia? - zdziwiła się.
- Nie tak od razu, jakieś dziesięć minut. - Uspokoiła ją lekarka, a Puśka pomalutku zaczęła rapować, co polegało na kiwaniu głową na boki z coraz bardziej mętnym spojrzeniem.
Matka zabrała się do domu i umówiła MiaUżona na wieczorny odbiór kota.
Zjechali razem.
Puśka wytoczyła się z trasportera jak muzyk po koncercie. Dupsko na lewą stronę, dupsko na prawą. Łapka na schody - MiaUżon ściąga kota ze schodów i przestawia w inny kąt. Bang w fotel, leżymy. Kot do kuchni - miski puste. Trzy minuty powrotu pod fotel. Matka przy lodówce - kot wędruje znów zakosami, ciągnie łapki za sobą, no dramat.
MiaUżon zniósł na dół kojec Puśki i kuwetę. Wtrynił kota do jego legowiska, a zatrwożone sytuacją Potwory krążyły wokół jak satelity. Po pewnym czasie Puśka poczołgała się do kuwety, gdzie w ogromną gracją wywróciła żołądek na lewą stronę.
- No patrz! - Ucieszył się MiaUżon. - Jaki kot mądry?
No Matka też się zdziwiła, że w tym stanie Puśka dba o dobre maniery. Rano zresztą zrobiła to samo.
- A jeśli się zacznie wylizywać na brzuchu to będziesz  musiała pojechać po klosz! - oświadczył MiaUżon.
- Po kołnierz. - Poprawiła Matka, która nie byłaby sobą, gdyby nie postawia kropki nad "i".
Ale już jej doradzono, że body niemowlęce jest lepsze i jak dobrze przetrząśnie szafę to jeszcze jakieś znajdzie. Póki co ma jednak nadzieję, że Puśka będzie spokojnie spała i przekima najgorszy czas.
Matka zdąży wszystko uprać Potworowi, a ten oczywiście zarzuca ją co chwila rzeczami najwyższej potrzeby, które w tym samym momencie zdejmuje z siebie.
- Wiesz, ja bez tego NIE pojadę! - oświadcza.
Matka ma wrażenie, że Janeczka zabiera na zimowisko pół szafy. Gdyby nie suszarka, jak rany, nie dałaby rady. A tak jedno pranie wrzuca, a drugie w tym samym czasie suszy. Dwie godzinki i wszystko czyste i suche. Przydałaby się  jeszcze jedno pudło, które miałoby w środku prasujące mrówki, albo inne zjawiska, bo Matka teraz z kolei nie nadąża z prasowaniem. Pamięta piękne czasy z liceum, kiedy w modzie był krepon - czemu ta moda nie wraca???
Natomiast wykonała ryzykowny manewr wysuszenia mocno ocieplanej, ortalionowej kurtki Potworka, choć na metce stanowczo to odradzano. Matka doszła jednak do wniosku, że skoro suszarka ma program delikatny i do syntetyków, to nie najnowsza kurtka na pewno o tym jeszcze nie wie. Wysuszyła elegancko, nic się nie skurczyło, wszystko za to pachniało i w ogóle. Inne życie! Dogłębne wizyty Potworka w okolicznych kałużach, połączone z badaniem dna brzuchem przestały być straszne. Matka natychmiast wyprałą i wysuszyła wszelkie kurtki z szafy - z podobnym, rewelacyjnym skutkiem.
Matka tylko okropnie żałuje, że nie ma wersji suszarki z koszem do suszenia wełny. Bo sobie chytrze umyśliła, że byłaby na bank idealna do wysuszenia Puśki po kąpaniu. Wyszłaby stamtąd czysta,  puszysta i antyelektrostatyczna.
Coś tylko Matce mówi, że niekoniecznie dawałaby oznaki życia... :-P
Póki co pozostaje godzinne suszenie zimnym nawiewem z suszarki i wyciskanie w ręcznik (jak widać nie zawsze łapki dają się zawinąć).
O, tak, jak tu:

 

sobota, 08 stycznia 2011
Hrabina Puśka

Matka zapoznaje się z zębami Puśki. Ostre ma jak jasny gwint, a Matka jest oczywiście naczelnym egzekutorem od czesania i przemywania oczu. Kot jak tylko widzi Matkę macha łapą i capie, albo daje dyla. Nie, żeby się tam mu Matka naprzykrzała, ale co wyczesać dziś trzeba było to trzeba, i wszystko skończyło się zdecydowanym zwycięstwem kota, który ofuczał wszystkich, obgryzł Matkę, MiaUżona i szczotkę, a Matka daje słowo, że nie darła mu kudłów, a gdzie tam.
Ale zanim zobaczyła zęby, trzeba było po Puśkę pojechać, jak się okazało prawie pod białoruską granicę. Kot czekał wykąpany i nastroszony jak hrabina w białych lisach zasuwająca po lodzie na roraty, więc od świtu nastawiony generalnie na "nie".  Przyjść nie, pokazać pazury do obcięcia - nie, pogłaskać - zdecydowanie nie.
W końcu Matka poprosiła o jakiś jego kocyk, włożyła go w transporter i Puśka władowala się tam natychmiast z nagłębszym przekonaniem, że dadzą jej tam święty, anielski spokój.
No prawie dali. Wzięli za frak, wstawili w samochód i pojechali.
- Ona w ogóle nie miauczy, wie pani? - właściciel podrapał się w głowę. - I wcale nie gryzie.
Jaaaasne. Matka już wie.
Kot zaczął koncert po dwudziestu kilometrach. Fakt, nie miauczał. Piskolił jakoś dziwnie i Matka bała się, że rzuci jej w samochodzie freski, ale na szczęście nic takiego. Po chwili odpuścił, zwinął się w kłębek i tylko łypał spode łba.
MiaUżon z Matką jechali i jechali, bez końca. Pięć kilometrów przed metą spotkali innego kota. Był zielony i miał czerwony, świecący kijek.
- Był pan na wystawie panie kierowco? - zapytał kot i Matka poczuła, że będzie bardzo interesowny.
MiaUżon okrutnie wkurzony poszedł oglądać transporter drugiego kota od środka. W promocji przyniósł papierek i kilka punktów, ale co jak co, Puśka jechała prawidłowo, choć za szybko. 
W domu czekały na nich nie spodziewające się niczego Potwory i Babcia. Tak bardzo się nie spodziewały, że ani drgnęły, kiedy Matka wniosła pudło.
A potem były oczy jak talerze i Potwór ryknął ze wzruszenia. A Puśka wyszła, obeszła z nadalszego daleka wszelkie kocie urządzenia typu drapak vel sztywny pal Azji, legowisko, piłeczki i myszki, po czym uprzejmie zjadła swoje, przywiezione przytomnie przaz Matkę chrupki. Matka wzięła wszystko, co się dało i teraz stopniowo miesza z nową karmą, żeby choć żołądek kota zdzierżył.
A potem wszyscy padli z Matką na czele, bo już nie spała tyle nocy, że więcj by się nie dało. Po prostu.
Obudziła się na dźwięki Eine Kleine Nachtmusik. Kot lamentował za drzwiami i Matka była przekonana, że to z dzikiego głodu. Spojrzała na zegarek i uwiędła, bowiem ten wskazywał ni mniej, ni więcej tylko godzinę 0.30. Po kwadransie kot zasnął, żeby wznowić atak muzyczny o 1.05. Skończył o 6.00 i Matce udało się pospać przez półtorej, błogosławionej godzinki.
- Słuchaj, następnej nocy otwieramy te drzwi do sypialni, jak będzie łaził po lbie, to go wyrzucimy, trudno - zapowiedziała Matka, która wyglądała jak Upiór w Operze i Kuchni jednocześnie. Przynajmniej nie będzie duszno.
I tak zrobili. Puśka zlustrowała szybkim krokiem sypalnię i wyszla z godnością.
- Byś położyła się w tym legowisku - Poklepała poduchę Matka. - Po co ci ściągałam ją z internetu?
Kot popatrzył na Matkę spojrzeniem numer pięć (czytaj: ty naiwna, durna babo) i polożył się obok. Heeee, nie z Matką te numery. Schowała się do łazienki i wystawila czubek nosa. Puśka obwąchiwała legowisko, po czym bedąc przekonaną, że nikt jej nie widzi (w końcu Matka dwa dni jej podtykała ten kojec bezskutecznie) wpakowała się, umościła i zasnęła.
Matka obudziła się o drugiej, czwartej, piątej i wpół do szóstej - kota nie było. Cisza głucha. Wyjrzała - spał w legowisku, aż trzeszczało. Ufff.
Czy się pomału aklimatyzuje, czy odreagowywał szczepienie - Matka nie wie. Bo przegląd techniczny zaliczył. Uszy piekne, zęby i jęzor też. Oczy nie bardzo, trzeba będzie krople zapuszczać. A pod koniec stycznia trzeba będzie Puśkę wysterylizować, bo ma jak się okazało już  ponad 8 miesięcy, na razie niech spokojnie sobie pożyje i się zadomowi.
Jedno jest pewne - to nie jest kot, który skacze na wszystko, co się  rusza i przytula do każdego. Puśka będzie na bank udzielną hrabiną wysmykującą się spod ręki. Jak to większość persów.
A może jednak nie?
Cóż, futro zobowiązuje...

 

 

środa, 05 stycznia 2011
Kot w worku

Na pytanie: "Matka - no i co?" zainteresowana odpowiada: "Tabletki na uspokojenie poproszę".
Tak, Matka udała się dziś do apteki po jakiś ziołowy misz-masz, bo od kilku dni budzi się albo o drugiej (wersja pesymistyczna), albo o czwartej (pełny optymizm), po czym wywraca oczami i nic. Nie śpi. Przez cały dzień wali się z nóg, a w nocy to samo.
Czemu? A tysiąc powodów!
Po pierwsze rura. Matka oczami wyobraźni zobaczyła ekipę, która wpada, zatłukuje wszystko roboczymi buciorami, a nastepnie kuje na oślep w Matki niespełna dwuletniej łazience. Ekipa sztuk jeden pojawiła się, żrobiła elegancki otwór za szafą Potworka i podejrzała łazienkę od zewnątrz.
- Niedobrze. To nie kanalizacja, to rura z wodą. Trzeba wyjąć kabinę, brodzik i kuć, ale na dole.
I ekipa wróciła w poniedziałek, żeby Matka z MiaUżonem nie zostali z kaszaną na Nowy Rok. Matka pognala do pracy, a MiaUżon bodajże po raz pierwszy wziął wolne.
Gdy Matka wróciła nie było już nikogo poza MiaUżonem z odkurzaczem. Kabina stała, silikon zajeżdżał octem a trup nie słał się gęsto.
No ekipa sztuk jeden pojawiła się niechybnie z kosmosu. Pachnąca, kładąca każde narzędzie na oderwanym płatku papierowego ręcznika. Wymieniła rurę, kupiła nowe zaworki i poprawiła paproków sprzed dwóch lat tak na wszelki wypadek.
Niemożliwe.
Matka do dziś nie wierzy. 
Teraz czeka, aż wyschną jej ściany zalane aż do piwnicy i sądząc po piekielnym smrodzie mokrej zaprawy potrwa to do lata. Super, bo nie ma najmniejszego zamiaru czegokolwiek teraz malować.
Po drugie były ferie. Matka każdą przerwę w szkole okupuje nerwami w nocy. No tak, ale jednej nocy, nie siedmioma.
Po trzecie Matka zrobiła coś, o co by siebie jeszcze miesiąc temu nie podejrzewała.
Kupiła na odległość kota. Kota w worku.
Jutro z MiaUzonem po niego jedzie.
Matka coś mocno w kościach czuje, że to ten kot Matce spać nie daje. Dokształciła się w kwestii żwirków, karm suchych i mokrych (tu wiedza lekko szwankuje, bo Matce się wolne bity wyczerpały), drapaków, transporterów i sterylizacji, ale jak widać nie zabiło to stresu. Zamiast spać nie czując niczyich łapek maszerujących po kołdrze (no niech tylko spróbuje!!!) to Matka sufituje w nocy, psiakrew!
Potwory nic nie wiedzą. Nic teoretycznie, bo Potwór przekosił Matce laptopa przy okazji robienia prezentacji i zaczął zadawać dziwne pytania na temat gekonów (???), psow i kotów, z naciskiem na te ostatnie.
Niech to licho, niespodzianka będzie lekko spalona.
A jeśli MiaUżon spuchnie od razu na widok kota, to Matka zostanie z worem karmy, drugim żwirku, drapakiem, znowu jakąś karmą, myszką, piłeczkami, szczotkami i transporterkiem, a wszystko wartości większej od kota.
I nie wie kogo tym skarmi. Chyba jakiegoś borsuka w lesie.
I na razie idzie walnąć sobie dwie ziolowe na sen, a świtem startują z MiaUżonem powitać w klasztorku Trzech Króli, a potem w drogę.
Matka znalazła kota 300 kilometrów od swojej metropolii.
- Nie było bliżej? - spytała zdumiona matsa.
No nie było.
Bo ten miał mordę smutną i już.
I ma pół roku i jest płci żeńskiej.
Klan bab się tym samym powiększy,  o ile MiaUżon wytrwa bez żadnej alergii, dojadą i wrócą.

Wszystko przez kota Simona chyba, albo Matka się starzeje.
Koniec świata.
Będzie.
Jak nic.

Tagi: kot
22:09, mattkapolka
Link Komentarze (13) »
czwartek, 30 grudnia 2010
Totalny kataklizm

Matka ledwo wyartykułowała życzenie noworoczne, a mianowicie niech ten Nowy Rok będzie wreszcie nudny, spokojny i przewidywalny, kiedy jak duch pojawil się MiaUżon i doniósł:
- Choć zobacz, ale ja dziś palcem nie kiwnę!!!
Matka pomyślala sobie naiwnie, że może coś przyszło spóźnionego, a prezentowego i trzeba to złożyć do kupy, więc pomknęła do piwnicy rączo jak sarenka. Niestety natychmiast musiała zamienić się w osłupialego żubra, bowiem niedaleko pralni bardzo żwawo pomykała sobie strużka wody i niknęła w czeluściach studzienki. 
- Może znowu leci dach? - Rozmarzył się MiaUżon.
- Dopiero co uszczelniony, nie licz na to. - Machnęła ręka Matka, ale MiaUżona juz nie było. Sprawdzał.
Wrócił szybciej niz poszedł.
- Sucho. - oświadczył markotnie. - Boję się, że to łazienka.
Bo przecież Matkę i MiaUżona już dwa razy zalało z zapchanej kanalizacji, która zamiast wybijać cywilizowanymi otworami typu sedes, brodzik czy bidet, wybierała szpary w łączeniach rur, zostawione przez %^$#$%#^ fachowców.
I poszli na górę. Oględziny lazienki i sąsiadującego pokoju Potworka nie przyniosły rezultatów.
- Mi to cos podjeżdżało mokrą zaprawa w kuchni, zaglądałam nawet do lodówki - Przypomniala sobie Matka.
Znów na dół.
- No pięknie!!! - Załamał swoje wielkie wysiegniki MiaUżon. - Spójrz tylko!!!
Na suficie wokół kominka wyłaziła wlasnie przepiękna, mokra plama z brązowymi zaciekami, purchlami wody i tak dalej. Matka oczami wyobraźni ujrzała tak zwanego fachowca jak przychodzi i z dziką radością rozpruwa pół łazienki, żeby "sprawdzić" co leci. W końcu fachowiec ma to w poważaniu, że nowe kafle, że można by bardziej celować w usterkę i tak dalej. Nie uczył się w szkole, to i najczęściej ma rzadko zderzające się dwie komórki. Szare komórki.
- A jutro śpią u nas ludzie, przecież nie wykąpią się w pralni! - jęknęła Matka.
Po czym starym zwyczajem wyciagnęli z MiaUżonem spiralę i przekręcili profilaktycznie kanalizację. Matka rzecz jasna oblała niechcący MiaUżona wodą, bo zawsze ja odkręca, kiedy ten zdejmie syfon, ale woda leci dalej.
- Żeby tylko to nie była rura DOPROWADZAJĄCA wodę. - Zastanowił się głośno MiaUżon.
Matka nawet nie chce o tym słyszeć. Zabiłaby panów od łazienki natychmiast i zatknęła ich głowy na spiralę, ciągnąc za samochodem. No w życiu! Tak by spieprzyli robotę?

Póki co czeka na hydraulika, co ponoć trochę myślący jest i ma nadzieję, że rozbierze wszystko, ale i złoży do kupy. Bo jak to będzie w ścianie, to trzeba będzie zakręcić wodę, a tego Matka nie przeżyje!

I może jednak pomknie do pralni i zrobi szybko awaryjne pranie, a potem jej błyskiem wysuszy, żeby wstawić kolejne. ma przynajmniej te korzyść, że teraz pranie to pikuś. Jedno wkłada, potem ciach, do suszarki i od razu wstawia następne. Myślała nawet, że pójdą jej korki, ale nic sie nie dzieje, można robić to taśmowo. A przy Potworach trzy pralki po osiem kilo to pikuś - i nie liczymy tu ręczników, ani pościeli! No i dodatkowo (tu jest dla Matki cud na cudy) - wiekszość rzeczy wyciąganych z suszarki wcale nie trzeba prasować, nawet jak to są typowe, bawełniane t-shirty! Do chodzenia po domu czy na okoliczne spacery jak znalazł, tylko takie do pracy się prasuje, a i to dla przyzwoitości. Jeśli maja domieszkę czegoś sztucznego, to już w ogóle bajka. Matka będzie polecać suszarkę do ubrań, bo dopóki się tego nie zna, to się nie wie, co traci. A tymczasem idzie prać i suszyć, bo tu nadciąga totalny kataklizm, a jutro przecież bal!

środa, 22 grudnia 2010
Misja specjalna

Matka od tygodnia siedzi z chorym Potworkiem w domu. Wykorzystała tak zwany dzień opieki a  drugiego nie dostała i przemilczy litościwie ten fakt, bo przecież jej się należał. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Wigilia klasowa, na którą Maryśka dziś nie dotarła, bo Matka zrobiła w domu Rejtana. Potworek kaszle straszliwie, spod serca, a w klasie brakuje dziesiątki dzieci powalonych przez wirusy rzygliwe i kaszlące. No tylko brakuje jeszcze wiszenia nad miednicą i Matka strzeliłaby sobie niechybnie w łeb. 
Od świtu słychać było chlipanie w pokoju. Potworek wyczuł, że MiaUżon zdradziecko zamknął mu rano drzwi i zgarnął Janeczkę do szkoły cichaczem. Od siódmej łkał w poduszkę, przespał się trochę, nabrał sił i o dziesiątej, kiedy Matka usiłowała go spruć z wyra - obraził się na śmierć i życie.
Matce to było bardzo nie na rękę. W południe musiała wyskoczyć do swojej szkoły na Wigilię dla nauczycieli, więc sprawą najwyższej wagi było nakarmienie Maryśki, wlanie w nią syropów wszelkiej maści i spacyfikowanie do Babci. Potem myk, myk, zabranie od Babci i jazda do domu, bo być może odmelduje się dwóch kurierów. Inaczej dramat - prezenty nie dojadą.
I kiedy Matka juz, już stała w blikach startowych, wymyśliła chytry plan.
- Słuchaj, a może Ty zostaniesz w domu na małe dwie godzinki? - zaryzykowała. Zawsze byłoby szybciej.
- Hyyyyy - Potworek był obrażony i koniec. Nie zamierzał pertraktować.
- Bo widzisz, mialabyś baaaardzo ważną misję do spełnienia - Tu Matka wywróciła znacząco oczami i modliła się, żeby Maryśka to zauważyła, bo w końcu Pan Bóg dużymi oczami to Matki nie obdarzył. Ledwo je widać.
Wokół Matki powstał wir. Potworka zdmuchnęło z pięterka na parter w ułamku sekundy.
- Misję??? - To było to magiczne słowo, które Potwory lubią najbardziej.
- Misję! - Przytaknęła Matka. - Przyjedzie kurier, a może nawet dwóch, odebrałabyś przesyłki.
- Kurier!!! - zapiszczała radośnie Maryśka i tu ją Matka miała. Na talerzu.
- A kto wie, czy jeszcze nie listonosz? - dodała tajemniczo.
- Listonooooosz! - Potworek złożył błagalnie łapki i zagrzechotał oczami, co okrutnie rzadko mu się ostatnio  zdarza.
- I ja ci napiszę kartkę do kuriera, żeby się nie bał i zostawił ci te przesyłki - Zapewniła uroczyście Matka, po czym napisała wołami elaborat i zostawiła go na szafce w przedpokoju.
Maryśka zajęła pozycję dogodną do obserwacji i zastygła w oczekiwaniu.
- To ja idę - Matka stanęła w drzwiach. - Wrócę za niecałe dwie godzinki.
Ale Potworka już nie było.
- Gdzie jesteś??? - zawołała Matka, bo przecież trzeba było zamknąć drzwi.
- Już!!! - Wysapała Maryśka i zabulgotała czymś niedużym w ręce.
- A to co? - Matka zaniepokoiła się nie na żarty.
- Perfumy!!! - Potworek bardzo zadowolony z siebie zademonstrował buteleczkę firmowaną przez Hannę Montanę.
- Przecież mówiłam ci, że takich rzeczy się nie znosi na dół, tylko trzyma w łazience! Popsikaj się i zostaw je na półce! - Zaprotestowała Matka.
- No coś ty! - Oburzył się Potworek. - Żeby wywietrzało???
- Eeeeeeeeee...?
- Przecież ja sie psiknę dopiero wtedy jak kurier zadzwoni do drzwi! Inaczej NIC nie poczuje!!! - Wyjaśnił Potworek i ustawił buteleczkę koło siebie niczym kałasznikowa.

A Matka poszła do szkoły i pomyślała sobie, że od razu pozna czy kurier był, czy nie. Facet po prostu nie zdzierży ataku chemicznego i upuści paczkę w progu. Gorzej, że mają dziś przywieźć Kinect X-Boxa. Ilość połamanego plastiku może być nie do wyzbierania...

piątek, 17 grudnia 2010
List do świętego Mikołaja

Matka zastanawia się, czy kupowanie prezentów w internecie naprawdę zajmuje mniej czasu. Najpierw wisi i szuka danej rzeczy. Potem wisi na forach i czyta, czy to dobre, czy nie. Wtedy to już można nawet zwątpić jak się człowiek nazywa.
Potem włazi na jakieś ceneo i szuka najtaniej. Znajduje. Kolor nie ten. 
Szuka dalej. Jest kolor, model nie taki.
Wraca na forum, sprawdza czy dobrty. Niedobry. 
Szuka dalej, ma coś innego, ceneo, kolor, sklep, telefon.
-Eeeee, już dawno nie robią tego modelu, mamy jedna sztukę, różowa!
Matka już nie powie, gdzie mogą sobie wsadzić różową. Chce czarną! 
Po pięciu godzinach ma czarną, model niekoniecznie ten, ale jest, cena ujdzie (tu anakonda ugryzła Matkę przez kieszeń w miejsce mało dyplomatyczne).
- Bo te modele, to się proszę pani różnią w zasadzie niczym! - wyjaśnia jej pan w sklepie.
- Jak - niczym - jeśli jest taka różnica w cenie? - dziwi się Matka, ale jest jej już wszystko jedno. Pan nie wie zapewne za dużo, a czas leci.
- Wysyłamy! - Pisze pan.
Matka zamienia się w jeden wielki czekający wór. Dzwoni po wszelkich znajomych kurierach. Nic nie mają.
- Ojej, nie zdążyliśmy wysłać - odpisuje na maila pan.
I Matka ma pół dnia czekania z głowy, pan jest dodatkowo zamordowany. Gratis.
A tu nie ma czasu. prezenty dla Potwórw w zasadzie niekupione! Szkoda gadać, Mikołaj strzeli sobie w łeb. Starszy Potwór jeszcze jak cie mogę. Matka da radę zrealizować połowę z roszczeń. Tych tańszych, typu bransoletka z Sixa (tu Matka robiąca biżu zgrzyta na całego). Natomiast w ogóle nie widzi nastepującego tekstu Potwora:
"...Drogi Mikołaju, nie wspomnę już o laptopie. Chodzi o to, że nasz dotykowy zaraz zabiorą (chodzi o testowanego Touch Smarta - przypis Matki), a mój obecny komputer to kupa złomu!!!..."
Choćby Potwór wabił Mikołaja kawą Tchibo czy innym Jacobsem nic z tego! Nie ten kaliber!

Natomiast list przedstawiony przez Potworka Matkę zabił. Z trudem doczytała się o co chodzi, bo Potworek lekko bazgrzący jest i nie da się owego dokumentu nawet zeskanować, bo jest naścibolony straszliwie. Oczywistym jest, że Mikołaj zrealizuje wersję zastępczą prezentów, bo Matka pojęcia nie ma o czym Potworek pisze...
Przedstawia wersję oryginalną, pisownia niezmieniona:

"Drogi mikołaju!
na święta bardzo chciałabym dostać te rzeczy, które napiszę, czyli: smiki miś 40cm, pies husky, sambuś liżący szczeniaczek, zwietrzęta polarne, smiki ciastolina 5 tub, smiki koraliki, smiki maszynka do tworzenia magnesuw, smiki tatuarze, hana montana mikrofon na stojaku, zestaw błyszcząca kolekcja, zestaw stylowe pierścionki, projektor do kreowania mody, zestaw laboratorium chemiczne, gra piggy pop, mp3 hello kitty, aparat fotograficzny barbie i kamera internetowa, zegarek barbie modna paryżanka + ken, palac barbie, babka barbie + torebka, sceniczny autobus z przebieralnią + Polly z ubrankami, barbie luksusowy samolot + dwie lalki, littlest pet shop skuter z laleczką, littlest pet shop centrum ratunkowe, littlest pet shop pojazd, my little pony powóz z delfinem, smiki wózek głęboki różowy + bardzo dużo slodyczy czekoladowych i trochę zwykłych"

I tu Matka spadła pod stół z wrażenia. A kiedy zaparła się jedną ręką o podłogę i drugą o blat, to list do świętego Mikolaja smętnie sfrunął koło Matki  i jej oczom ukazał się - jakże pocieszający - dopisek:

"... P.S. DROGI MIKOŁAJU TE FSZYSTKIE RZECZY ZNAJDZIESZ W SKLEPIE!"