| < Styczeń 2006 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Księga gości
Było kiedyś - toplista Potworów
Koniecznie tam zajrzyj!
Czytane na bloxie
Czytane na onecie
Przepisy Matki Polki
Skracam drogę
Zaglądam
Popatrz...
wtorek, 31 stycznia 2006
Podsłuch potworny
Matka upycha Maryśkę juz czwarty tydzień po nianiach i teściowej, z naciskiem na tę ostatnią i zastanawia się, jak długo jeszcze. Zapalenie oskrzeli odeszło w niebyt, ale antybiotyk świezo skończony, alergia nasilona a leki jeszcze nie zaczęły działac na dobre. Matka sześć razy zaliczyła kontrolę u lekarza, ile wydała na leki to już nawet nie podliczy, bo wystraszy się sama siebie w lustrze...
Tak więc ranki zaczynają się upojnie od odwożenia Janeczki do szkoły ( osiem awantur świtem, cztery w samochodzie, jedna pod szkołą) a następnie kończą wpychaniem Maryśki na drugie piętro i gonitwą do pracy.
Wchodzenie po schodach u teściowej znacznie straciło ostatnio na komforcie!
Dwa tygodnie temu Matkę zbił w drzwaich klatki schodowej odór chemiczny niesłychanie, którego to smrodu Matka nie potrafiła zidentyfikować. Stężenie było za duże dla Matkowej armaty, czyli finezyjnego noseczka, dwa metry długości.
-"Co to za SY-MY-RÓD???!!!" - zapytała Matka teściową, gdy na wdechu wlazła biegusiem na górę.
-"Ja nic nie czuję!" - zdumiała sie teściowa i wystawiła głowę.
A potem zabarykadowała się w domu razem z Matką i Potworkiem.
-"Chyba trutka na szczury!" - zawyrokowała.
-"Trutka na szczury?" - powtórzyła Matka jak papuga - "Chyba na dinozaury!!! Przecież wytrują całą chałupę!"
-"No, faktycznie..." - teściowa nie była jednak prezekonana, że fetor ją pokona.
-"Przecież to trzeba zadzwonić do administracji. Tak nie może być!!!"- zawołała Matka i na wdechu pognała do szkoły.
Wieczorem zwalało z nóg jeszcze chętniej.
-"I co? Dzwoniła mama?" - zapytała Matka teściową.
Akurat. Matka naiwna.
Nie pozostało nic innego, tylko psioczyć. Matka w godzinach pracy spółdzielni nie bywa pod telefonem a komórki używać w tym celu nie zamierza.
-"@#$%^$#%" - mełła więc Matka co rano przekleństwa, ale tak po cichutku, żeby nie zgorszyć Potworka, po czym łapała resztki tlenu i gnały na górę.
Maryśka nic na szczęście nie słyszała...
Kiedy jednak po dwóch tygodniach śmierdziało dalej (jak to teściowa fachowo określiła - karbolem), Matka wlazła, wpuściła jak zwykle przed siebie Maryśkę i wzięła oddech, żeby najpierw wyrazić swoje zdanie. Tak po cichutku.
Potworek jej w tym jednak lekko przeszkodził. Odwrócił się dwa schodki wyżej, nabzdyczył i zagrzechotał oczkami prawoskrętnie. Znaczy się kombinował.
-"A mozie tak, mamujku, dziś inaciej?" - zapytał
-"Inaczej, to znaczy jak?" - spytała szybko Matka, bo zaczęła się już dusić.
-"Noooo, na przikłat powiemy dzisiaj: Ajaj! Ajes tu letko brzitko pachnie Koziołkiem Matołkiem..."
niedziela, 29 stycznia 2006
Ostatnie doby
Matka w takich wypadkach wraca wspomnieniami do wakacji między szkołą podstawową i średnią.
To taki wspaniały czas - konkurs świadectw się odbył, wtedy o egzaminach nikt jeszcze nie słyszał, człowiek nic nie wiedział o nowej szkole i nauczycielach, więc mógł się cieszyć zasłużoną wolnością.
Matka miała do wyboru w zasadzie dwie szkoły. Ta, do której chciała pójść przez wzgląd na Matki Matkę nie miała klasy o pożądanym profilu. Nie było wiadomo, czy powstanie, Matka czekała i czekała, aż w końcu złożyła papiery do konkurencji i dostała się.
Matki klasa z podstawówki rozproszyła się po technikach, czasem zawodówkach, dwóch dobrych liceach i trzecim, postrzeganym jako nieco gorsze.
Kiedy minął lipiec i towarzystwo pozjeżdżało się z różnych wczasów i kolonii, Matka spotkała na ulicy koleżankę z klasy. Dziewczyna siedziała w szkolnej ławce za Matką i nie należała co prawda do jednej paczki, ale Matka bardzo ją lubiła. Za życzliwość, dobre słowo i uśmiech. Promienny uśmiech.
-"Dostałam się do tego trzeciego liceum!" - powiedziała koleżanka z radością.
Nie była orłem, taka trójka z plusem, czwórka. Dało się wytrzymać.
-"I na pewno sobie poradzisz!" - Matka też się ucieszyła.
-"No nie wiem" - koleżanka posmutniała nagle -"Wsadzili mnie do mat-fizu, bo tam nie było chętnych. Wiesz, jak ja lubię matematykę..."
-"To spróbuj jeszcze na początku roku, może cię przeniosą?"- pocieszyła ją Matka
-"Nie da rady, już byłam!" - koleżanka machnęła ręką - "Spotkałam nawet wychowawczynię, taka miła osoba! Powiedziałam jej, że jestem noga z matematyki a ona na to ze śmiechem, że w takim razie będę dostawać często lanie! I że mam się nie martwić na zapas, bo będzie dobrze!!!"
-"No widzisz!" - ucieszyła się Matka. Sama nie poszłaby do mat-fizu na nic -"Jak ona mówi, że będzie dobrze, to będzie na pewno!"
Pożegnały się i Matka ciekawa była, jak też to z koleżanką będzie. I czuła przez skórę, że da sobie radę. Nie tacy dawali!
-"Jadę jeszcze nad morze!" - zawołała koleżanka z daleka.
I pojechała.

Wracała znad morza 19 sierpnia 1980 roku w nocy.

Brzoza Toruńska.

A Matka teraz często do niej zagląda i patrzy na jej promienny uśmiech.
Uśmiech w kolorze sepii.
W owalu...
22:02, mattkapolka
Link Komentarze (9) »
sobota, 28 stycznia 2006
Konkurentki
Maryśka, po kilku nieudanych próbach bawienia się razem z Janeczką, co kończy się nieodmiennie wycieraniem smarków, rozcieraniem miejsc strategicznych, obrazą śmiertelną i totalnym bałaganem nie do ogarnięcia, przybyła na salony, żeby pousypiać swoje lalki w samotności. Samotność była co prawda względna, bo z jednej strony ryczał telewizor, z drugiej Matka robiła notatki do lekcji, MiaUżon też miotał się z piętra na piętro, ale przynajmniej lalki nie były zagrożone. Maryśka przytargała jakieś Barbie bez ubrania, ma się rozumieć, bowiem lalki ubrane pozbawione są wszelkich swoich walorów i nie nadają się do niczego. Matka z tego powodu nie chadza nigdy boso, bo nie zamierza wydłubywać sobie chirurgicznie szpileczki barbiowej, bądź okularków na "po nartach", ze swojego szlachetnego ustopienia.
Pominąć należy fakt, że MiaUżon często-gęsto na tak zwanych wyjazdach znajduje but Barbi, albo niewymowne części garderoby typu gatki w swojej torbie. Matka nauczyła się już, wchodząc do pokojów Potworów, rozgarniać wprawnym ruchem nogą na prawo i lewo walające się części odzieży, kończyn i wyposażenia ozdobnego Barbiów. Powstaje wtedy tunel i wszyscy są zadowoleni...
Wracając do Maryśki - siedziała sobie spokojnie na kanapie i rozmawiała Barbia z Barbią. Na głos. Jak zwykle. Matka strzyże wtedy uszami do nieprzytomności, bo zawsze czegoś ciekawego można się dowiedzieć!
Niestety rozmowa nie przebiegała spokojnie. Ba, należy wręcz stwierdzić, że toczyła się burzliwie i Matka podejrzewa, że po chwili doszłoby do rękoczynów.
Barbie kłóciły sie okrutnie a Maryśka po chwili zdawała się trzymać stronę jednej z nich - Brunetki. Niestety, Potworkowi brakowało kunsztu oratorskiego i nie był w stanie wybrnąć z pojedynku na słowa.
Walka przybierała zdecydownie niekorzystny obrót. Wygrywała Blondyna. Maryśce krwawiło serce...
Brunetka słabła. Blondyna pyskowała, jak najęta. Brunetce skończyły się wreszcie argumenty.
Na twarzy Maryśki malowała się rozpacz.
Nagle błysk.
Kulka Pomysłowego Dobromira.
-"Pomogie ci!"- zakrzyknął Potworek do Brunetki.
Wprawnym ruchem oderwał wygadanej Blondynie łeb.
-"Tak to siem pozbywamy niepotziebnej konkujencji!!!" - powiedział do reszty jej ciała.

Twarde reguły rynku...
piątek, 27 stycznia 2006
Reklama i akt
Matka wracała z Potworami ze szkoły Janeczki. Potwór bywa wtedy nastawiony refleksyjnie, pod warunkiem oczywiście, że nie kłóci się z Maryśką
-"Mam wrażenie, że chłopcy to są jacyś tacy..." - Janeczka rozpaczliwie starała się znaleźć właściwe słowo - "...jacyś tacy... niedorośli!!!"
Matka w całej rozciągłości zgodziła się z Janeczką. Nawet nie musiała pytać o szczegóły. Ba, Matka ma wrażenie, ze częstokroć nie tylko mali chłopcy są niedorośli. Na szczęście nie wszyscy...
-"A dlaczego tak uważasz?" - zapytała, bo Maryśka, porażona wiadomością, siedziała cichutko i ani mru-mru.
-"No bo oni nie wiedzą najprostszych rzeczy!!!" - wypaliła Janeczka. No, no. Rzeczywiście coś musiało wstrząsnąć Potworem!
-"I do tego zgłaszają się, wtykaja pani palce do oczu, mnie wtedy nie widać i nie mogę odpowiadać!!!" - zajęczał Potwór.
-"Nie, nie, kochana!" - zaprotestowała Matka - "No już tak, żebyś tylko ty odpowiadała to nie będzie! Każdy ma prawo!"
-"Ale jak się zgłasza i mówi głupoty???" - oburzyła się Janeczka.
Matka zostawiła sobie to, co pomyślała, bo Janeczka i tak by nie zrozumiała. A mogłaby powtórzyć nie tej osobie, co trzeba.
-"No to powiedz mi wreszcie, co też takiego cię oburzyło?" - Matka zastrzygła uszami.
-"Oj, no bo pani zapytała nas o reklamy! A właściwie, żebyśmy powiedzieli, co to znaczy reklamować"
-"I co chciałaś powiedzieć?" - Matka wolała się upewnić, czy nie byłoby plamy.
-"No miałam zamiar wyjaśnić, ze to jest zachwalanie jakiegoś towaru. I że używa się do tego ładnej muzyki, robi fajne zdjęcia, płaci znanym aktorom, żeby mówili, że czegoś używają i jest dobre - a wszystko po to, zebyśmy kupili właśnie to a nie co innego. I że to coś, co się reklamuje wcale nie musi być takie dobre a chodzi o to, żeby to sprzedać!!!" - Janeczka oblizała się i Matka założy się, że stanęła jej przed oczami reklama chipsów.
-"No to bardzo ładnie" - ucieszyła się Matka, która kładzie często Potworowi do głowy tę prawdę, kładąc nacisk na okres okołoświąteczny. - "A co inni powiedzieli?"
-"No właśnie!!!" - Potwór znów się zaperzył - "Ten gruby Michał nic nie rozumie!!! Powiedział, jego mama to codziennie reklamuje, bo rano wkłada mu bułkę z pasztetem do reklamówki!!!"

A Matka przestraszyła się, co też robi tato Michała, kiedy pakuje rano swoją aktówkę...
czwartek, 26 stycznia 2006
Jak na drożdżach
Matka wracała sobie wesolutko wczoraj z Potworkiem do domu. Janeczka poczuła nagłą a nieodpartą potrzebę spędzenia jakiegoś czasu z Babcią, więc Matka wykonała szybką podmiankę Potworów i pozostawiła MiaUżonowi przyjemność przyholowania Potwora do domu.
Sama zyskała za to dwie godziny bez kłótni, prania się i zamiatania piór. Swoją drogą - kiedy one z tego wyrosną? Albo może raczej - CZY one z tego wyrosną?
Zdaje się, że nikt gwarancji Matce nie da. Ani rękojmi.
Wracając więc do Maryśki - Potworek po zajęciu miejsca na foteliku otwiera książkę skarg i wniosków, składając ten ostatni. Matka zwykle uruchamia wcześniej radio, żeby choć w samochodzie wysłuchać kawałka wiadomości, ale jak wiadomo radio nie jest od gadania do Potworka, tylko od śpiewania - i to ściśle zamówionych rzeczy.
-"Bzzz zzzzzy zyyyyyyy" - zameldował coś Potworek, ale Matka oczywiście nic a nic nie zrozumiała.
-"Co mówisz, kochana?" - próbowała się odwrócić, ale odsnieżyła wtedy przy okazji pół pobocza ze szkodą dla własnego błotnika.
Pozostało wyłączyć radio.
-"Powiedz jeszcze raz" - rzuciła Matka w lusterko wierząc w skuteczność rozchodzenia się fal dźwiękowych po napotkaniu powierzchni wypolerowanej.
-"Ja chcem śklanom pogodem!" - powtórzył nieco zirytowany Potworek.
No tak, Matka mogła się tego spodziewać. O co by nie zapytać Maryśki - najpierw trzeba jej zapodać "Szklaną pogodę". I to nie raz, po wielokroć. A potem można starać sie ubijać interesy.
Maryśka wysłuchała piosenki osiem razy, Matka po ośmiokroć odmroziła sobie rękę, bo naduszać przyciski od radia w rękawiczkach nie jest najłatwiej i zwykle wychodzi z tego "Ostatni taniec".
-"No dobja, niech leci!" - Potworek najwyraźniej był nasycony i zadowolony -"Moziemy pogadać!"
-"O, fajnie!" - ucieszyła się Matka -"Ale o czym?"
-" Na przikłat o tym, co kupiłaś w sklepie!" - zaproponowała Maryśka
O, proszę. Następna po MiaUżonie, która uważa, ze szczytem szczęścia dla Matki jest robienie zakupów w hipermarkecie.
-"Tylko, że ja nic ciekawego nie kupiłam!" - zasmuciła się Matka - "Tylko drożdże!"
Potworek nie był wcale zaskoczony. Doskonale wie, że Matka kupuje drożdże na okrągło i wypieka na nich chleb.
-"Do chjeba?" - zapytał
-"Do chleba!" - potwierdziła Matka zadowolona, ze trzyipółletnie dziecię wie, do czego służą drożdże. I że nie poruszyło tematu rogalików, bo Matce nie chce się robić.
-"I do samochodu teś?" - ciągnął dalej Potworek
A teraz to już zazgrzytało.
-"Dooooo....samochodu?" - zapytała Matka niepewnie.
-"No do samochodu!" - powtórzyła Maryśka wcale niezbita z tropu
-"Ale... po co do samochodu?" - spytała znów Matka kombinując tymczasem jak najęta, ale i tak nic jej z tego nie wychodziło.
-"No jak to - po co?" - zdumiała się Maryśka - "Po to, zieby samochód ujósł!!!
Matka odetchnęła. Ot, wymyślił Potworek!
-"Kochana! Samochody NIE ROSNĄ!!!" - wyjaśniła krótko dziecku.
"Hi, hi, hi! No co ty opowiadas, mamujku!!!" - zaśmiała się Maryśka z głupoty Matki - Jak to - nie josnom? No to skont by siem bjały AUTOBUSY???
środa, 25 stycznia 2006
Prognoza pogody Janeczki
Matka zabije się mokrą szmatą. Nie będzie to z pewnościa łatwe, bo szmata będzie zapewne uprzejma zamarznąć w drodze od Matki ręki do punktu docelowego. Nie tylko bez efektu więc będzie, to jeszcze z siniakiem...
Matka wspominała o swoim pracownianym termometrze, który pokazał Matce 15,4 stopnia? Wspominała. Ale durna była, że ją to nie zastanowiło!
-"masz gaz?" - zapytała sąsiadka, która zadzwoniła tuż przez Matki wyjściem z domu.
-"No jasne, że mam! Wysiadły mi tylko baterie w junkersie i nie mam ciepłej wody, bo gaz się nie zapala!" - odparła Matka wesolutko, trzymając w reku kartkę z napisem:"KUPIĆ BATERIE"
-"A pewna jesteś, że to baterie?" - sąsiadka nie dawała za wygraną -"Bo mi jakoś piec od CO wysiadł i muszę wezwać serwis"
Matka uśmiechnęła się pod nosem, bo co, jak co, ale piec ma sytry i działający. A jak ktoś sobie zmienia piec na mercedesa za ciężkie pieniądze, to potem musi wzywać co chwila serwis.
-"No dobra, pomacam kaloryfery!" - postanowiła Matka i przytknęła rękę. Zaraz potem podziękowała Bogu, że tych kaloryferów nie polizała, bo nie miał by jej kto polać ciepłą wodą...
-"O w mordę!" - przekazała radosną nowinę sąsiadce - "Nie ma gazu!!!"
-"No chyba nie ma!" - zgodziła się sąsiadka.
Matka zastanowiła się czy woli zamarzniętą rurę, czy zimno w domu. Wyszło na rurę.
A potem pojechała po Potwory i była przekonana, że jak wróci, to gaz będzie.
Nie było.
Było za to 15 stopni w całej chałupie. Matka zarzuciła kominek drewnem i zasięgnęła języka. Język powiedział, że gazu dalej nie ma. ba, nawet jak będzie, to dopóki wszystcy nie ściągną do chałup, panowie nic nie puszczą. Normalne.
Koło dwudziestej Matce wysiadło gardło i zatoki. No bajka. MiaUżon położył Potwory do łóżek i czekał na gaz.
Puścili.
Matka pomyślała sobie, że przynajmniej można się już wykapać a i Potwory obudzą się rankiem w jako-takim ciepłym domu.

Jak Potwory sie obudziły, to Matka nie wie.
Wie, jak się sama obudziła. A właściwie nie sama.
-"Zejdź na dół!!!" - zaryczał MiaUżon wyjeżdżający o wpół do siódmej do roboty.
Matka nic sobie już nie wyobrażała, tylko zdmuchnęło ja na dół w piżamie i smarkach z nosa.
-"Łap wodę!!!" - usłyszała.
Nadstawiła łapska.
-"W wiadra!!!" - MiaUżon obudził Matkę do reszty - "U sąsiadów pękła rura. Cała ulica tonie w wodzie!!!"
Matka nałapała. Umyła się. Spacyfikowała Potwory.
Wróciła, bo wzięła zwolnienie lekarskie na Maryśkę. Pierwsze w życiu zwolnienie na dziecko.
A teraz ma trzecią odsłonę Apokalipsy:
- nie ma wody
- jeżdzi spychacz
- walą młoty pneumatyczne
- warczy koparka
- jakiś niebieski naród się kotłuje, ale nie wyglądają na Smurfy

Matka spodziewać się może, że:
- w pierwszej kolejności zamarznie jej znowu rura, bo nie używa wody
- MiaUżon ją ogrzeje i licznik pęknie na amen
- Potwory się pochorują
- zamarznie prąd. Czy prąd jako substancja zamarza sam w sobie? Matka nie wie, ale teraz to już chyba wszystko możliwe.
- samochód Matce przymarznie do ulicy. Biorąc pod uwagę fakt, że stoi w wodzie, prawdopodobieństwo siega 90%

-"Ojej, mama, zobacz!" - zawołała Janeczka, kiedy wsiadały do samochodu, lawirując między wesoło płynącymi strumyczkami wody - "Mówili, że się trochę ociepli, ale żeby zaraz ... TAKA odwilż???"
wtorek, 24 stycznia 2006
I rura!
Matka, gdy wróciła wczoraj ze szkoły najpierw zamieniła się w szaraka. Zająca takiego, znaczy się. Stanęła słupka koło samochodu i dalej sie rozglądać, czy panowie z wodociągów przybyli z odsieczą i znajdą zamarzniętą rurę. Spojrzała Matka w lewo, potem w prawo, potem znów w lewo. Maryśka przymarzła tymczasem do fotelika a Janeczce zawisły sople u uszu.
Matka spojrzała jeszcze raz błagalnie w lewo, ale zaraz potem odpuściła sobie, bo miała wrażenie, że przechodząca sąsiadka dałaby Matce do pyska marchewkę, gdyby tylko miała. Matka opuściła więc uszy i zaraz zaostrzył jej się bardziej wzrok. No jeden zmysł wystarczy przytępić i już, proszę bardzo. Mimo to panów dalej nie było. Zauważyła Matka jednak starego dużego fiata, należącego do siostrzeńców MiaUżona. Bagażnik samochodu był otwarty...
Matka zajrzała do środka z duszą na ramieniu, bo w końcu w takuich zepsutych bagażnikach nie może byc nic innego, poza trupem. Do tego w postaci mrożonki niewypatroszonej, czyli marna cena za kilo.
A trupa nie było...
Bo by się nie zmieścił!
Cały bagażnik napchany był słomą!!!
Matka pomyślała sobie że:
- siostrzeńcy okresowo sypiają w bagażniku (ale słoma raczej kłującą jest, no i tego miejsca cały czas za mało)
- podkładają słomę, kiedy samochód wpadnie np. do rowu (bez sensu)
- ocieplają tylne siedzenie (jeżdżą na przednim)
- dokarmiają dziką zwierzynę (jadąc powoli leśną dróżką)
Matka wlazła więc do domu z Potworami, którym słoma równiez bardzo się podobała i dołaczyła do rady hydraulików samouków. Wszak siostrzeńcom na wsi nie raz zamarzło.
- "Dzwoniliśmy jeszcze raz i nie wiedzą kiedy przyjadą. Wszystkim pozamarzało!" - usłyszała Matka
I poszli do piwnicy zaopatrzeni w Matki opalarkę do ściągania starej farby olejnej z mebli. Opalarkę, zwaną w innych kręgach nagrzewnicą lub leisterem. Wsio ryba. Duża suszara, która pluje potwornie gorącym powietrzem.
Niestety siostrzeńcy nie znali sie na opukiwaniu rur i wyszukiwaniu zmarzliny, więc grzali równo wszystko, co było podejrzane. Po kwadransie popłynęło. Zamarzło więc najbezczelniej pod słońcem w matkowej piwnicy.
-"Zadzwoń, żeby nie przyjeżdżali, bo zrobione!" - zawołał MiaUżon z czeluści.
Matka wykonała telefon. Pan niesamowicie się ucieszył.
-"Oj, jak dobrze!!! Będziemy mieli jedno zlecenie mniej a już nie dajemy rady!!!"
Matka też się ucieszyła, że pan się ucieszył, i MiaUżon się ucieszył, i siostrzeńcy też, że mogąjuż jechać.
I nałożli na rurę elegancką, szara piankę do ocieplania, następnie zasłonili trochę kratkę wentylacyjną, zatkali dziurę w murze dyktą i przynieśli słomę.
-"Teraz nie ma prawa nic się stać!" - orzekli.
I podziwiali swoje dzieło.
-"Coś kapie!" - zauważył MiaUżon.
Kapało. Z licznika.
-"Pan mnie zabije" - radośnie powitała pana z wodociągów Matka -"Ale jednak przyjedźcie, bo coś kapie"
-"Aaaaa" - zmartwił się pan -"Pewnie pękł licznik, normalne, zdarza się"
I panowie po godzinie przyjechali. W końcu muszą. Wszystko do licznika włącznie należy do nich.
A potem wyszli a MiaUżon wrócił lekko zdenerwowany.
-"W takich wypadkach najczęściej odrywa się jakiś mały kryształek lodu i rozsadza coś w liczniku. I wszystko byłoby OK, ale pan mi powiedział: PAN MAJSTROWAŁ PRZY RURACH, KTÓRE NALEŻĄ DO NAS. GDYBY TO SIĘ NAM STAŁO, A STAŁO BY SIĘ PRAWIE NA PEWNO, TO BYŚMY WYMIENILI TEN LICZNIK OD RAZU. A JAK TAK, TO NALEŻY SIĘ 200 ZŁOTYCH ZA LICZNIK I ROBOTĘ!!!"
Po czym MiaUżon pożegnał się z panami i postanowił licznik poobserwować. I przywieźć z Warszawy roczny, z Matki mieszkania, bo tam dopiero co wymienili Matkowe liczniki na gwarancji na nowe. A wtedy panowie muszą wymienić sam zegar za darmo, nie ma siły. Są za to przepisy, które tak mówią. I licznik ze stolicy może przybyć pocztą, okazją, Matka sama nie wie. No w razie czego jeden nowy kupi i już.
I tak to znów wychodzi na to, że nadgorliwość jest gorsza od wojny...
Ech!
poniedziałek, 23 stycznia 2006
Apokalipsa nał!
Matka od świtu chodzi z jeżem. Jeż ma wiele przyczyn, ale ta najgłówniejsza nie wydaje się być optymistyczna.
-"Cholera!" - zaklął MiaUżon o szóstej rano.
Matki to specjalnie nie przeraziło ani nie zdziwiło, bo taki zasób słów u MiaUżona i o tej porze to standard.
-"Musisz coś z tym zrobić!" - doszło do uszu Matki, choć miała jej zakopane głęboko pod kołdrą.
A to już się Matce nie spodobało. Wszelkie postawy roszczeniowe rannym świtem nie są mile widziane i Matka reaguje na nie alergicznie.
-"Hyyyy?" - zapytała uprzejmie.
-"Nie ma wody!!!"- obwieścił MiaUżon - "Dzwonię do Pogotowia Wodociągowego a tam się włącza automat!"
No to w istocie kiszka.
Matka zastrzygła uszami. U sąsiadów cisza.
-"Pewnie jest awaria i zaraz zrobią" - naciągnęła kołdrę z powrotem na ucho i odpłynęła.
Nie zrobili.
Matka umyła się w szklance wody, wyszorowała zęby Potworom i na tym skończyły sie płyny w domu.
-"Nie dałaś mi spodni!" - zawołała Janeczka z pokoju.
No nie dałaś. Nie przyniosłaś z pralni, nie wyprasowałaś.
Przeniosłaś, wyprasowałaś, dałaś, Janeczka włożyła.
-"To nie są spodnie dziewczęce!!!" - wrzasnęła
Matka rozjechała walcem Janeczkę wraz ze spodenkami.
-"A dziś mam przynieść na świetlicę strój lipca i słoik na miód!" - Potwór znów pojawił się w polu widzenia.
Matka wytaszczyła z szafki wielki słoik po majonezie, przykryła kolorową serwetką wieczko, obwiązała sznureczkiem i napisała wołami "MIÓD".
W tak zwanym międzyczasie spogladała na termometr zaokienny z nadzieją, że ten może jednak się rozmyśli. Nie chciał.
Minus dwadzieścia siedem.
@$#%$#&^%&!!!
Żaden tam cud. Bywało. Tyle tylko, że nie z taka apokalipsą - Janeczka, miód, strój, chora Maryśka, wizyta u lekarza, woda, brak wody, szkoła.
-"Jesteśmy spóźnione, wychodzimy, jedziemy, koniec świata!" - zakomunikowała Matka i wsadziła towarzystwo do samochodu. Bocznymi drzwiami. To znaczy tylko są boczne na ogół, ale może tak - nie tymi drzwiami, którymi normalnie się wsiada na te siedzenia. Cóż, cieszmy się, że choć jedne drzwi się otworzyły.
Matka ruszyła, zgarnęła po drodze sąsiadkę, która uświadomiła Matce, że wody nie ma wyłącznie u Matki. Fuck!
Po trzech kilometrach Matka była już w stanie przełączyć dźwignię kierunkowskazu i przerzucać biegi. Smar się rozgrzał...
Niestety centralny zamek nie - Matka za każdym razem musiała więc zamykac każde drzwi osobno.
Kiedy dotarła do lekarza, rozebrała Maryśkę.
-"Wiesz co?" - zasępiła się koleżanka osłuchując po raz kolejny Potworka -"Ona kaszle okropnie a ja tu nic nie słyszę. Trzeba zrobić zdjęcie"
-"Szkoła, rura, rura szkoła" - pomyślała Matka
-"W czwartek da radę" - powiedziała, bo nic innego nie była w stanie wykombinowac.
Koleżanka zamroziła Matkę wzrokiem, co nie zrobiło na niej większego wrażenia, bo róznica między -27 a - 47 jest żadna z punktu widzenia Matki.
-"Zaraz!" - posypała śniegiem przed biurkiem - "I masz mi od razu przyniesć opis!"
Matka ubrała więc Maryśkę, pootwierała dookoła ręcznie samochód, pozamykała tez recznie, pojechała na zdjęcie, pootworała ręcznie samochód, wytaszczyła Potworka, pozamykała ręcznie i nożnie poszła pod gabinet rentgenowski.
Na szczęście nie było kolejki.
-"Proszę rozebrać dziecko i przyprowadzić tutaj" - oznajmił przystojny brodacz.
Matka rozebrała Maryśkę, pomyślała, że życie jest okrutne i każe ubierać się w długi płaszcz z kapturem, który spada Matce na ryło, kiedy się nachyla. Doprowadziła Potworka pod pizdryk, gdzie sie robi zdjęcie, pan nastawił urządzenie i zawołał z kanciapy:
-"A teraz nabierz powietrza i wtrzymaj oddech!!!"
Maryśka zastrzygła zdumiona uszami, po czym odwróciła się i spojrzała pytajaco na Matkę, Matka błyskawicznie ją naprostowała i przykleiła do pizdryka, więc dziecię spojrzało na Matkę drogą okrężną przez lewe ramię zasłaniając jednocześnie oczy ręką, no bo przecież jej świeciło z tego urządzenia z przodu...
-"Nic z tego nie będzie!" - zajęczała Matka
-"Zobaczymy!" - pan sie wcale nie zmartwił - "Niech pani ją ubierze i tu poczeka, ja wywołam kliszę i pani powiem, czy będziemy powtarzać."
Matka nie zamordowała pana tylko dlatego, że istniał jednakowoż cień szansy na udane zdjęcie.
Poszła więc Matka do kącika, ubrała Potworka i czekała na Godota.
-"Wporzo!" - Godot zajrzał przez szparę w drzwiach - "Niech pani czeka na opis!"
Matka zaczekała trzy minutki i dowiedziała się, ze coś tam jednak w oskrzelach Maryśki jest. A potem zastanowiła się czy jechać do lekarza, rozbierać Maryśkę, wchodzić, ubierać Maryśkę, otwierać ręcznie samochód, zamykać ręcznie samochód, wchodzić do apteki, wychodzić z apteki, wsadzać Maryśkę otwierając ręcznie samochód, wytaszczać Maryśkę, zbierac z ziemi rozsypane ulotki, których pół kilo Potworek zawsze z apteki zabiera, zamykać ręcznie samochód, otwierać paszczę, zamykać paszczę, włazić po schodach, rozbierać Maryśkę, rozbierać siebie, no bo co, Matki tez czasem chca siusiu, ubierac się i już Matka nawet dalej nie wie co.
I Matka pojechała prosto do Babci, załadowała Potworka i uciekła sama do lekarza.
I mamy dalej ten sam antybiotyk i leki wziewne, przeciwalergiczne. Nie dało rady inaczej.
Matka ten wariant przerabiała z Janeczką w tym samym czasie. Aeroscopic i te rzeczy. Zabawa na sto dwa!!! I pojechała jeszcze do szkółki angielskiej napisać test na wejście i zdziwiła się tak mniej więcej od połowy, że są w ogóle takie słowa, więc jest fantastycznie.
I przez te dwie godziny osiemdziesiąt pięć razy dzwonił MiaUżon, żeby zapytać jak rura, a rurę to Matka miała w tym czasie tam, że może nie powie gdzie...
No to jak Matka dojechała do domu, wlazła na strych i zobaczyła, ze termometr pokojowy jest uprzejmy Matce donosić, że ma 15,4 stopnia w pracowni, to Matka pomyślała sobie o nim, ze być może mu się wydaje, że jest dowcipny, ale tak nie jest.
No i Matka wreszcie zadzwoniła.
-"Wie pan co, mówiąc brzydko zamarzła mi rura..."
Pan nie zdziwił się wcale.
-"No dobrze, to kiedy? Aha, po siedemnastej? Dobra, pani rozumie, JA PRZYJAŁEM! Ja przyjąłem - wie pani. Ale co dalej? Nie wiem.
No to Matka jedzie do szkoły na lekcje zamykając i otwierając ręcznie drzwi, rozbierając się, i ubierając, i nadzieję mając, że może ktoś odwoła jutro zajęcia w związku z Matki rurą. Z mrozem, znaczy się.
Bo dzieciaki na ogół przyjezdne są.
Apokalipsa.
No bo gdyby nie ta rura to wszystko mamy w najzupełniejszym porządeczku.
Wszak Matka na zimie stulecia wychowana!
niedziela, 22 stycznia 2006
Balety i pióra
Motyw piór przewija się u Matki co czas jakiś, choć o różnych piórach Matka wspomina. A to o takich, co je się wsadza, takich, co latają i takich, co je się drze.
Ale od poczatku.
Matka balowała i wróciła w świetnym nastroju, bo już dawno nie była na tak kapitalnej imprezie. Potwory zostały sprzedane Babci, która przybyła z odsieczą i nocowała na tak zwanym miejscu, a Matka z MiaUżonem sie urwali.
Przez pierwszą godzinę patrzyli co prawda tylko, słuchając melodii z "Pana Tadeusza", bo teraz Ogiński nie w modzie już. Gdzie te czasy, matko jedyna...
Dzieci w ilości ponad 300 sztuk sprawiły się jednak fantastycznie a potem już była tylko zabawa. Pełna kultura, tort półtora na dwa metry, sympatycznie, no naprawdę Matce tego było trzeba.
Zdziwiła się tylko Matka szalenie, kiedy dyrekcja spakowała manatki i udała się w kierunku wyjścia.
-"Czemu już wychodzą?" - zapytała Matka MiaUżona.
Ten spojrzał z politowaniem i pokazał Matce swój zegarek, jako, że Matka chcąc być elegancką swojego nie włożyła.
-"Jest wpół do czwartej!" - zastukał z tarczę.
No nie do wiary.
A potem nastąpił ciąg dalszy i Matka przyznać musi, że nie wie, kiedy ten czas minął. Ona, która po dwunastej raczej się wije z chęci położenia na własnej, osobistej poduszce...
Kiedy jednak Matka wychodzi, to jest to wyjście z piórami.
Ze zjazdu szkoły wyniosła pióra pawie.
A tu, cholera, najwyraźniej pawie zapadły w sen zimowy...
-"Macie tu jakieś pióra?" - spytała Matka tak zwane grono, albo ciało - jak kto woli.
-"Mamy!" - odrzekło grono, bardzo zadowolone, że może dać pozytywną odpowiedź.
A Matka wsadziła łapsko w te pióra i zaczęła ciagnąć.
-"No to już NIE macie!" - odparła i udała się do wyjścia z długim drutem, na którym dyndały jasnobrązowe piórka należące wcześniej bodajże do jakiejś kury.

I pióra wiszą teraz u Matki na firance ku uciesze Maryśki.
Bo balu bez piór nie ma.
Jest niewykończony.
Znaczy się - impreza była udana do samego końca!
piątek, 20 stycznia 2006
Lista przebojów
-"Nie zapomnij skoczyć do banku!" - rzucił MiaUżon i odjechał do DużegoMocnoOddalonegoMiasta na spotkanie z dyrekcją.
Matka spruła tymczasem Potwory, ale czas miała i tak fatalny, bo przez dobre dwadzieścia minut usiłowała z powodzeniem wkomponować piski budzika w swój sen i nawet to jej się udawało. Niestety przy zmianie sceny podkład muzyczny wziął w łeb i nie pasował. Matka zwlokła się z wyrka i z przerażeniem zauważyła, że dochodzi siódma. To oznacza ni mniej, ni więcej, tylko pióra, pióra i jeszcze raz pióra. Pióra darte. Brak śniadania w Matki brzuchu. Stanie w korku na moście. Makabra.
Maryśka garowała tymczasem w Matki i MiaUżona łóżku, przykryta po nos i posapująca z lubością.
-"Wstajemy!" - zarządziła Matka z obłędem w oku.
-"Yyyyyyyyyyyy!!! - odezwało się wściekłe i zasapało znów.
Z Matką nie ma łatwo. Potwory zostały wyrzucone z łóżek, Maryśka ubrana na nocniku, nos po wielokroć wytarty z powodu smarkołez - Matka wszak okrutnym stworem jest straszliwie.
Pamiętać o banku, pamiętać o banku, pamiętać o banku.
Inaczej rzecz ujmując odstać swoje w kolejce, wysłuchac półgodzinnych wyjaśnień dotyczących kredytu odnawialnego, powypełniac papiery, pomylić się dwadzieścia trzy razy i w końcu zabrać je do domu.
A potem umówić się na test z angielskiego, bo Matka zapisała się na kurs w szkole, ale pomyliła sale i słuchała wyjasnień miast ten test zaliczać, który miał jej uświadomić, że nic a nic nie pamięta.
I nabyć szal na bal, ponieważ bolerko, które Matka śliczne kupiła było uprzejme skurczyć się w praniu o 10 centymetrów, która to odległość w przypadku rękawków zrobiła na Matce wrażenie, powiedzmy to delikatnie, lekko niekorzystne. Psiakrew!!!
Matka podejrzewa, że najlepsza byłaby etola z lisów, bo kreację to Matka nabyła sobie mocno od góry nieobecną...
A kto przewidział, że w styczniu mróz być może?
Czyli bank, test, szal, odebrać Janeczkę, odebrać Maryśkę, listy polecone wysłać, abonament za RTV wyjaśnić, kupić całe mnóstwo rzeczy absolutnie niezbędnych.
I to się nazywa, że Matka ma dzień wolny, czyli przeznaczony na pracę własną.
A obraz stoi i czeka. Dwa metry dwadzieścia na ponad metr.
I w Ameryce na niego też czekają.
-"Malowałaś coś?" - pyta MiaUżon po powrocie do domu.
No jasne.
Między 11.07 a 11.08
Swoje oko.
 
1 , 2 , 3