Matka polazła na poddasze wylutować kilka rzeczy, bo zaległości jej się narobiło od tak zwanej w niektórych kręgach ciężkiej cholery. No trudno. Remont przed domem okazał się wybitnie absorbujący. Matce wręcz się wydaje, że nie byłby w stanie się posuwać do przodu, gdyby normalnie chodziła do pracy. Co weźmie do ręki pędzel, to ma ding-dong do drzwi. - Bo proszę pani jest problem... Ze wszystkim jest problem. Nic nie ma kąta prostego, ba, nawet się do niego nie zbliża! - Narysuję wam na kartce kręgi, to zgubimy odrobinę krzywizny. - jęknęła Matka. Narysowała. UFO w Wylatowie by lepszych w zbożu nie wyrezało. -Cegły krzywe! Matka ich nie wyprostuje. No przeprasza. Kupiła w internecie, bo kosztowały połowę tego, co w tym samym miejscu realnie. Nie inny gatunek, skąd, pierwszy! Uwiędła, kiedy zorientowała się ile kosztuje klinkier i że trzy słupki do ogrodzenia będą ją kosztowały sumę mocno czterocyfrową. - I jeszcze poodbijane! No tego to Matka nie przeżyła. Połowa cegieł kupowanych rzecz jasna na sztuki, jak to klinkier, odbita jak jasny gwint. Władowała w bagażnik, zawiozla, opierniczyła. - No pani chyba żartuje, że są poza gatunkiem. Zaraz będą wymienione! Sympatyczny pan magazynier bardzo się zdziwił. - O, te 234 cegły to były pewnie do pani? - Do mnie - odparła Matka - i z tego 200 było odbitych! - Niemożliwe - pan podrapał się w łeb przez czapeczkę, potem bezpośrednio i znów przez czapeczkę. - No niech pani sama spojrzy, są oryginalnie zapakowane! I zapuścił grabę w paletę, wyciągając jedną cegłę na chybił-trafił. Narożnika nie było. - Ożesz ty! - Popatrzył zdumiony i wyciągnął kolejną. Odbita. Pięć innych - to samo. Matka zaraz się lepiej poczuła. Nie zwariowała i nie ma zwidów - jaka to doskonała wiadomość! Wymieniła klinkierową dziurawkę i nabyła jedną cegłę pełną do furtki. 6 złotych polskich. Pasek platynowy zatopiony ma, czy co? Tak więc na nudy narzekać nie można. Panowie rozwalają ile wlezie, problemy się piętrzą, a Matka płaci za kolejne big-bagi na gruz. Poszło już pięć. Cholera wie ile to kosztuje np. w stolicy, ale w Matki metropolii 123złote sztuka i Matka na to musi pracować miesiąc. Trudno. Za to ma w miarę czysto przed chałupą. Raniutko przyjeżdża samochód, szast-prast zabiera i jest spokój. No i Matka doszła znów do lutowania. Bo puktualnie o 21.00 usłyszała ding-dong do drzwi. No co, jak co, ale panów fachowców o tej porze w sobotę nie ma. Goście też nie przychodzą. Drzwi trzasnęły raz, drugi, trzeci. Za każdym razem coraz mocniej> Matka na schodach uslyszała tętent. MiaUżon tak nie wbiega, pogubił by swoje zoperowane i niezoperowane kolanka. Na strych wpadła Janeczka. - Nie masz pojęcia, ale zwała! Tak, tak, Potwór wszedł w okres, buntu, naporu, niepokoju społecznego i testowania na Matce "wejść i odzywów". Nie dziwota, że Matka nie ma ochoty na pisanie. - Yhyyyy? - Wyraziła uprzejme zainteresowanie Matka znad palnika, bo lada chwila mógł jej wykipieć mosiądz, a tego to nie lubi. - Straż miejska przyjechała i tata sie okropnie wkurzył!!! A tu Matka przerwała lutowanie. Sprawa stała się nieco interesująca. - A o co chodziło? - spytała ostrożnie. Potwór wywrócił białkami. - No tego to ja nie wiem! Pięknie. Przyczyn wizyty strażników mogło być kilka : uprzejmi sąsiedzi mieli po tygodniu dość remontu. Eeee, niemożliwe. Matka codziennie zamiatała na czysto ulicę z piasku, auto stawiała na boku, panowie co ,jak co, ale zachowywali sie porządnie: nie klęli, nie pili i nie korzystali z toalety w lesie. Nawet żadnej muzyki nie puszczali sobie na cały, ani na żaden regulator. - A może coś słyszałam o kartonach - zastanowił się Potwór. A to Matka już wszystko wie. MiaUżon co jakiś czas robi niezłe prezenty wałęsającym się złomiarzom. Jedni są hałasujący, wywalający wszystko ze śmietników w poszukiwaniu puszek i pijący pod sklepem denaturat. Nic nie dostaną. Drudzy są porządni, po nich się nawet dzwoni. MiaUżon zrobił to w dobroci serca, w końcu do zabrania było sześć metrów metalowego ogrodzenia! - Ja ich jeszcze zapytam, czy nie chcą kartonów, bo na pewno w szkole nie będzie już zbiórki makulatury. - Coś ty! - Machnęła ręką Matka. - Nie opłaca się chyba. Ale MiaUżon zapytał. - Jej, no jasne, że weźmiemy! Bo teraz w skupie dają w zamian papier toaletowy, to byśmy mieli, a mieli! I MiaUżon drżącą ręką oddał skarby Potworka, który stara się bić wszelkie rekordy w znoszeniu do szkoły baterii, nakrętek, butelek i papierów. Co się przy tym nagrzebał w piwnicy to jego. Sobotnia pełnia szczęścia. Panowie załadowali na wózek płot, narzucili posortowaną makulaturę, owinęli pasami i pojechali. Matka zlazła ze strychu, MiaUżona nie było. Straż miejska zabrała go ze sobą. Matka wzięła pod uwagę dwie możliwości - albo złomiarz okazal się skończonym $#^%#%$#&, albo... - Co, na kartonie był twój adres? - spytała Miaużona, kiedy wrócił. - Nie, twój, o ciebie pytali. - Burknął MiaUżon, któremu uciekło pół meczu finałowego. Okazało się, że panowie złomiarze daleko nie dojechali. Gazety i owszem, wzięli, ale wielkie kartony po moskitirach i telewizorze, pięknie złożone, wetknęli za wielkie kosze do stłuczki szklanej i plastiku, stojące pół kilometra dalej. Trudno je nawet było zauważyć, ale sąsiedzi byli szybcy, adresik i telefonik, myk, myk. Matka podejrzewa, że było im za ciężko, i zostawili sobie schowane na następny dzień, ale na ich miejscu nie robiłaby tego koło punktu, z którego mógłaby zabrać to śmieciarka. Raczej zlomiarze sprawę olali. MiaUżon wykonał do panów bardzo uprzejmy telefon mówiąc, że jak wszystko rano nie zniknie, to wyrwie im pewne rzeczy z jeszcze bardziej pewnego miejsca. Matka w swej wrodzonej delikatności nie powie co skąd. No ale co dalej? Matka obawia się, że za chwilę kartony wylądują w pobliskim lesie, ale ma nadzieję, że złomiarze nie są kompletnie skończonymi idiotami. Nigdy więcej takich uprzejmości. Można było to oddać Potworkowi na makulaturę, napalić w kominku w chłodniejszy dzień, albo oddać koledze z piecem, który żre wszystko. A MiaUżonowi zachciało się być Matką Teresą. W drodze do kościoła skręca się koło pojemników z odpadami. Jutro okaże się, co będziemy robić w niedzielę. W razie czego zapraszamy na grilla na kartonach. Straż miejska dołączy do imprezy, jak sąsiedzi zadzwonią, że trujemy środowisko. Jak z fasonem, to z fasonem!
Potworek wkroczył dziś w kolejną dziesiątkę - nie do wiary! Nie było rady - Matka ruszyła się z MiaUżonem w celu nabycia pojazdu, na myśl którego cierpła jej skóra. Pojazd ów mógł być dwu- lub jednośladem i według Matki nadawal się najlepiej do siania zębami. No, przynajmniej w użytkowaniu Maryśki. Wszak nikt tak, jak Potworek nie ulegał uszkodzeniom w zetknięciu z przyrodą ożywioną i całkiem martwą. Tu Matka przerwała na chwilę, żeby - machając raźnie latarką - odkopać w szafce plaster i zakleić Potworkowi dziurę w palcu, którą zrobił sobie przecinąjąc wzdłuż grubą kromkę chleba krajalnicą. Najlepiej przecież popycha się chleb palcem! O czym Matka truła? O pojeździe, prawda. Rok temu chytrze odwróciła uwagę MiaUżona i kupno rolek uszło jego uwadze. No, może ze trzydzieści osiem i pół raza rocznie starał się przytruwać na ten temat, ale Matka na trucie jest wybotnie uodporniona. Co, jak co, ale w tej dziedzinie jest absolutnym mistrzem świata i nikt, a nikt tak pięknie nie marudzi, zrzędzi, truje i wścieka się jak ona. Całe towarzystwo jest bez szans. Trucie truciem, a rolki rolkami - Potworek pełen szczęścia włożył niebiesko-czerwone narzędzie nieszczęścia i ruszył na podbój szos. Wrócił z obdrapanymi czubkami, na co MiaUżon zareagował, jak na blondynkę, która jednocześnie mu urwała oba lusterka w aucie, wjechała w bagażnik i wydłubala przednie lampy. Co się nie da! Blondynce by sie udało. A przynajmniej MiaUżon rzuciłby jej takie spojrzenie, jak Maryśce znad rolek. Potworek, jak się można było tego spodziewać, nic sobie z tego nie zrobił. Rolki były podobne do siebie, czego nie można już powiedzieć o sandałkach - te po jednokrotnej wizycie na dworze straciły kolor, fason i wdzięk. Matka zastanawia się czasem, czy wschodni sąsiedzi nie wypuścili kiedyś na rynek wersji sandałków metalowych - oni tak lubili przecież. To, co zachód z plastiku - oni z materiałów niezniszczalnych. Musiałaby jednak dokupić metalowe spodenki, a wtedy Potworek mógłby lekko w domu skrzypieć. Za to szanse na dziury w kolanach o ile mniejsze! Wracając do wieku Potworka, to boleśnie przypomina on Matce, że też jest starsza. Do tego te kilka ładnych lat zrobiło dużą różnicę. Połowa ciuchów przestała się nadawać do noszenia - skurczyły się w pralce. Okropne te współczesne pralki są! Kosztują majątek, a nic potem na siebie włożyć nie można! Spodnie, które spadały bez rozpinania teraz nie dają się nijak włożyć. Świetny pretekst, żeby wymienić garderobę? Może. Gdyby jeszcze Matka miała taką pasję. Tymczasem Matka zaczyna wydatki zupełnie innego rodzaju - ściąga ze Szwecji granit, z Nowego Miasta klinkier, z Męcinki zasypkę. Jest specjalistą od samochodów z plandeką, bez czy też z HDSem. Wie co to Vanga, Gnejs i Flivik. Po grzyb? Oj, długa historia, która dopiero się zaczyna. Matka coś mocno czuje, że w najbliższym czasie spotka ją coś, co ma opracowane najlepiej - trzy w jednym: trafi ją jasny szlag, wyjdzie ze skóry i krew ją zaleje. Jak to z fachowcami. Wchodzą od poniedziałku. Będzie się działo. Maj i czerwiec od ciężkiej cholery, jakby matur było mało. Chyba Matka znalazła pretekst do pisania...
Matka zaczyna podejrzewać, że wyższość świąt Wielkanocy nad świętami Bożego Narodzenia wzięła się od utyskiwań gospodyń domowych, zwanych czasem kurami domowymi, matkami polkami bądź kobietami spełnionymi. Tak, tak, spełnionymi. Wszak kobieta spełniona to taka, która z niewątpliwą radością przedziera się przez korki w mieście pod hipermarkety, gdzie wcale nie załatwia wszystkiego naraz, bo kartkę z listą zakupów zostawiła w domu. No, przynajmniej Matka tak ma. Wypisuje listę pół dnia, a potem zapomina i kupuje tysiąc rzeczy, które niby miały być na liście. W rezultacie na obiad nie ma ziemniaków i jest cudnie. Wracając do hipermarketu - Matka spędza w nim dwie godziny szarpiąc się z wózkiem, który zawsze skręca w sobie wiadome strony, więc Matka wisi na nim, napiera ramieniem i brzuchem i zaplata nogami po śliskiej posadzce. Po chwili wściekła jest tak, że rozjechałaby tego, no, Szwarzeneggera, nawet gdyby się tam prężył i miał trzydzieści lat mniej. Załóżmy optymistycznie, że dwie godziny minęły, wózek jest zapakowany jako-tako, Matka głodna i wyschnięta bieży do kasy (czytaj - wlecze wózek, bo nie ma już siły walczyć z tą skręcającą na boki cholerą), a tu kolejki po horyzont. Za to na środku ogródek z sześcioma kasami samoobsługowymi, gdzie co Matka wlezie, to sobie kasę zablokuje. A to machnie jej przed nosem torebką, a to alkohol kupi, a to kasa nie umie przemnożyć 1,97kg karkówki przez cenę i wydziera się jak głupia. Cały hipermarket wie, czy Matka musi wezwać obsługę, czy zabrać przedmiot niepożądany ze strefy pakowania czy wreszcie help, ratunku, pomocy - kasa sama nie wie czego chce! Ale co tam, Matka dzielna jest i mimo pokrzykiwania kasy, że ma sie zabierać z zakupami, pakuje je pół godziny w torby. Bo wymyśliła sobie na sobotnią, zaległą imieninową imprezę enchiladę. Już raz ją robiła i wyszła mniam, mniam, ale teraz nie może znaleźć tego odpowiedniego przepisu. Natomiast musiała nabyć jakieś naczynia do zapiekania, najlepiej ceramiczne, więc wybrała dwa takie, co normalnie będą akuratne dla porcji dla jednej głodnej osoby i dwa wieksze, ale szklane. Przeliczyła sobie, że wstawi dwa rzędy do swojego wielkiego, szerokiego na 60cm piekarnika i będzie pięknie. Upchnie tam z 15 mniejszych enchilad, bo przecież da gościom wiele innych rzeczy i mimo najszczerszych chęci nie byliby w stanie zaatakować wielkiego naleśnika. A jak już doszła do samochodu i sprawdziała paragon, to okazało się, że małe naczynia ceramiczne wcale nie kosztowały tyle, co pokazywała kartka pod nimi, więc lekko wkurzona wróciła, bo wyszlo na to, że kupiła najdroższe kamionki na calym globie. Innej ceny nie było, ale numer był inny. Matka doszła do wniosku, że trudno, przeliczała tyle czasu, zmieści jej się wszystko na cacy do piekarnika - odpuści więc. A potem radośnie wracała do chałupy z wrażeniem, że właśnie odbywa się wielki festyn pod tytułem "PokażUżytkownikomUlicJakiMaszSamochód". Auta defilowały dostojnie i powoli, miała więc czas na mnóstwo pożytecznych, życiowych przemyśleń. Nie wie tylko, czemu ma wygryzioną u góry kierownicę, ale to szczegół, przez to nissan wygląda wybitnie rajdowo. - Co bedzie na imprezie? - spytała Maryśka i oblizała się naokoło głowy. Dla Potworka chwila bez jedzenia jest chwilą straconą, ma się rozumieć. - Enchilada! - odparła Matka wnosząc ósmą reklamówkę. - I mamy nowe formy do zapiekania! - Super! - Klasnął w tłuste łapki Potworek i Matka przez chwilę się zastanowiła, czy chodzi o naczynia, czy ich przyszłą zawartość, ale natychmiast przestałą, bo przecież odpowiedź była oczywista.
A potem Matka przymierzyła naczynia do piekarnika robiąc wszystkie możliwe kombinacje geometryczne. Wniosek wyciągnęła jeden - za chińskiego boga nie wejdą naraz. Nie mogą. Matka nie odliczyła grubości ścian piekarnika> Wyjście? Oddać jedną sztukę, dwie, trzy albo cztery do sklepu.
Matka wybrała inne - zniosła formy do piwnicy, nastroszyła pióra i udaje, że urozmaiciła sobie życie.
Matka ma wiadomość, którą na bank trzeba wpisać do księgi rekordów: była w kinie! Powiecie - ale nius! Ranyyyyy! No nius, nius! Matka w ostatnim dwudziestoleciu była w kinie 3 razy (słownie: trzy). Na "Panu Tadeuszu". Na "Katyniu" - tylko dlatego, że kolega wychowawca nie mógł i Matka poszła w godzinach pracy z tak zwanej łapanki. Na "Sali samobójców" - no, to było coś, przeżycie nad wyraz, tym bardziej, że o 21.40. - Nie ma normalnych seansów? - spytała Matka w kasie. - Takich NIE o północy? - Phy! - prychnęła panienka. - Jak się chodzi na film kiedy przestają go grać, to trzeba go oglądać w nocy. Matka zaczęła schodzić śmiertelnie już na reklamach. Dawało jej po uszach tak, że zatkała je sobie chusteczkami do nosa. Oczu się nie dało, bo kłaczki wlazłyby Matce w soczewki, co w istotny sposób podniosłoby cenę biletu. Matka czuła się jakby oglądała western w wersji panoramicznej w pierwszym rzędzie. Strzelała oczami z lewej na prawą i nie nadążała. - To kino to się jakoś zmieniło. - stwierdziła. - I nie wiem czy zdzierżę na filmie. Szczęśliwie puścili go lekko wolniej i ciszej, poza rodziną Matki na sali nie było żywego ducha, więc można się było trzymać dowolnych oparć foteli, żeby nie zasnąć. Tak, tak, Matka osiągnęła ten etap w życiu, kiedy o godzinie 22.00 zasypia sie niezależnie od tego, czy na ekranie są samobójcy, czy Godzilla zjada Predatora w 3D. Na czym w takim razie teraz była Matka? Na zastępstwie. Że jak? A tak. Bo Matka nie chadza do kina z Potworami. Ma dosyć wszelkich filmów dla dzieci w telewizorni. Nie powie. Obejrzała nawet parę. Dobrych. Jakieś Epoki Lodowcowe czy Madagaskary. Ale nie pójdzie do kina pełnego fruwającego popcornu i siorbiących colę przedszkolaków, żeby gnieść się z kapotą na kolanach na Witchach, Winxach czy innych szpiegach. Małych. W życiuniu! MiaUżon chadzał, ale jak zobaczył, że Potwory po ciemku się raczej nie mordują, to zostawia towarzystwo i wraca okrutnie uszczęśliwiony do domu. Jest taniej dla wszystkich, dla rozumu zwłaszcza. Niestety MiaUzon ma pooperacyjną nóżkę. Oznacza to, że ona po dwóch miesiącach nadaje się co prawda na pójście na jakiś meczyk, ale w żadnym wypadku do kina! I Matka chcąc nie chcąc udała sie do kina, bo po pierwsze nie wierzyła w miłość Potworów w świetle projektora, a po drugie położyła łapę na funduszach - no trafia ją, kiedy drugie tyle, albo lepiej kosztuje zgniły popcorn czy jakieś "naczosy". - Jak ty sobie wyobrażasz, że ja wytrzymam TYLE godzin bez jedzenia???" - załkał Potworek. - Głodzisz mnie!!! Matka od dawna puszcza bajki o głodzeniu dzieci, bo jak rany, jej zarobków nie starcza na to wszystko co one jedzą. - Jak ja wytrzymam, to ty też! - Machnęła ręka koło ucha, wydrukowała internetowy bilet i pojechały. - I pani mnie na TO wpuści? - podała panience na bramce kartke A4. Ta pobiegła skonsultować się do lali od popcornu. Matka do tej pory żyła w przeświadczeniu, że nie bardziej analogowego człowieka od niej, ale zmieniła zdanie. Jeden jest. - A pani się nazywa? - Panienkę przydmuchało z powrotem niczym bohaterów "Kołysanki" Machulskiego. Matka z godnością i niejakim zdziwieniem wyrecytowała swoje oba nazwiska i szybko się okazało, że nie chodzi ani o pierwsze, ani o drugie. No dobra, w końcu się dogadały. - Tu są okulary. - Panienka wręczyła trzy pary bryli i Matka ruszyła z Potworami w kierunku sali. To znaczy Matka stanowiła peleton, bo Potwory były w salach obcykane, a Matka zdecydowanie nie. W kinie nie było nikogo. - Rany, jak to nie zbankrutuje? - Podrapała się w głowę Matka. No fakt, koło północka mogli być sami na sali, ale o trzynastej w sobotę? Dzień po premierze??? Po pięciu minutach reklam ulga! Do oglądających Potworów dołączyły cztery osoby, więc na sali (dodajmy, że dużej!) szalało całe siedem osób. Matka już napisała na czym była? Bo w ogóle by nie było sprawy, gdyby nie ten film. Film, który zostaje głęboko w człowieku. Nie, Matka nie zwariowała. Film dla dzieci może zrobić wrażenie, choć nie było tam ani jednej śmiesznej rzeczy. Ba, Potwór smarkał w chusteczki ile wlazło! Potwór! Czternastoletnia, wyszczekana do bólu panienka, wywracająca na każdym kroku oczami! Mało tego - Potworek zapomniał, że umrze z głodu! Co tam umrze. Potwory zapomniały, że należy się obowi,ązkowo dźgać łokciami, żeby Matkę trafił jasny szlag! A Matka nieco oszołomiona okularkami do 3D, bo co jak co, ale oczka po półgodzinie jednak ją bolały z lekka zwróciłą uwagę, że nikt nic nie mówi. Film jest niemy! Jak Bolek i Lolek z najlepszych czasów! A jedyną ścieżką dźwiękową byłą muzyka Chopina... Niemożliwe? A jednak! Początek filmu był tak poruszający, że ucichło chrupanie kukurydzy kilka rzędów przed Matką. I było wiadomo, że to zupełnie coś innego. A potem już można było oglądać wszystko. I słuchać, bo pojawiły się dialogi razem z "normalnymi" aktorami. Efekty specjalne - momentami niesamowite, a Matka przyzna, że i złośliwa, i wybredna jest. Ale co tam efekty - nastrój, nastrój nie do uwierzenia. I to, że można opowiedzieć o Chopinie tak, żeby zainteresować, wzruszyć i nie znudzić. Na tym filmie człowiek może się nie śmieje. Co z tego? Z tego filmu człowiek wychodzi i cały czas myśli. Matka nie wie, czy film się przebije. Jeśli bedzie sam, to będzie mu trudno. Matka ma nadzieję, że pusta sala była tylko w Matki nieszczęsnej Metropolii vel Pipidówie. Ale kurczę pieczone ten film jest fantastycznym kandydatem do Oskara - za to, że jest INNY. Inny, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Bo nie dostarcza strawionej papki, nie zapomina się go po pięciu minutach, bo nie wyrzuca się nie niego pieniędzy. I dlatego, że nie wypada jeść na nim popcornu... Idźcie na "Latającą maszynę". Z dziećmi albo bez. Wypada i trzeba. Nasi to zrobili - cholera, psiakrew, wyszło im świetnie!
Matka znów po różnych wybitnie nieprzyjemnych przejściach. Po słowach, których padło za dużo, a że Matka ma pamięć jak słoń, to poszła w zaparte i obraziły jej się wszelkie szare komórki na amen. Bo nie lubi, żeby ją, starego wróbla traktować jak idiotkę. Na razie tyle. Bo znów ją trafi najjaśniejszy szlag, wyjdzie ze skóry i krew ją zaleje. Rzecz dotyczy pracy i jest delikatna, ale sobie poczeka. A w domu? W domu zalega MiaUżon, któremu zoperowano w SasiednimWiększymMieście kolanko. Na początku kicał o dwóch kulach, a Matka go prała zapakowanego częściowo w folię do żywności a 1zł rolka. No drogo to nie wychodziło, gorzej było z wytaszczaniem MiaUżona z kabiny prysznicowej, bo czynne miał tylko jedno odnóże dolne i zwykle będąc w kabinie na nim właśnie stał. Po tygodniu opracowany został plan ewakuacji spod prysznica bez wyrywania wszystkiego ze ściany, a po kolejnym miesiącu MiaUżon wymienił rolki z drzwiach i zaczął wychodzić w miarę normalnie. Niestety dłuższy odcinek pokonywany na nogach kończy sie dalej opuchlizną i na dziesiejszej kontrolnej komisji z jaśnie panującego ZUSu, na którą trzeba było dojechać do SąsiedniegoWiększegoMiasta pani doktor z zadowoleniem znalazła wyraźną różnicę w obwodzie MiaUżonowych kolanek - znaczy się nie jest jeszcze dobrze. W każdym razie MiaUżon siedzi w domu, a kot razem z nim, więc Matka rano wychodzi do pracy bez białych spodni - wszak Puśka, jako kot perskoasertywny ociera się o człowieka wyłącznie na kilka sekund przed podaniem jej mokrego żarcia do michy. - I co, zdrajco? - spytała ją ostatnio Matka, kiedy wróciła po kilku godzinach do domu. Puśka olała Matkę i nawet na nią nie spojrzała przechodząc obok. - Jasne! - Pokiwała głową Matka. - Jak co do czego, to mnie nie ma. Atrakcyjna jestem tylko rankiem i wyglądam przez moment jak Wielka Puszka z Kocim Żarciem? Puśka rzuciła przelotne spojrzenie żółtymi ślepiami i znów poszła dalej. -Nie, no coś ty mama! - prychnęła łaskawie Janeczka omiótłszy Matkę wzrokiem - Od puszki to jednak jesteś TROCHĘ ładniejsza...
Matka zakończyła wakacje i stwierdziła, że mimo urlopu tak, jakby ich w ogóle nie było. Podejrzewa, że jest to skutek prezentu formatu A4, jaki dostała pod koniec maja, a który nazywa się wypowiedzeniem z roboty. Niby ją to niezupełnie obeszło, ale zdaje się, że Matki podświadomość okazała się całkiem innego zdania. Trudno się mówi, ale Matka nie zrobiła nawet tego w wakacje, co bardzo lubiła - nie pomalowała w domu ani centymetra. A chciała odświeżyć kominek i szafki kuchenne. Za każdym razem jednak stawała tyłem do wymienionego urządzenia grzewczego i liczyła drzwiczki. A potem nieustannie wychodziło jej dwadzieścia sztuk i stwierdzałą, że chrzani. Pomalować, zabejcować - mogłaby, ale zdzierać czarne z forniru - w żadnym wypadku. Poprzestała więc na zrobieniu porządku w szafie, co wydaje się być banałem, gdyby nie to, że rzeczy z tylnej części półek (świetnie się wrzuca coś za stos poukladanych podkoszulek - problem natychmiast znika z pola widzenia) nie rozpoznaly Matki, bowiem nie widziały jej kilka lat. Tak od dwóch do ośmiu, z naciskiem na osiem. nawet kurzu tam nie było, bo do osiadania wyżej wymienionego potrzebny jest kawałek nieużywanej półki, a tego w Matki szafie nigdy nie ma.
A potem poprała to i owo i zaraz sobie przypomniała historię z proszkiem do prania, o której nie pisała. Bo proszku kupiła jakis kosmiczny wór. Jeden do białego, drugi do koloru, razem chyba z piętnaście kilo, ale warto było. Matka wpadła na taka promocję wszedłszy przypadkiem do rzadko odwiedzanego hipermarketu. Rzadko, bo raz, że nie po drodze, a dwa - strasznie tam ciasno i Matka nie lubi lawirować wielkim wózkiem między kotłującymi sie ludźmi. Tym razem wpadła na chwilę, było parę minut przed południem, miałą tylko chwycić chleb i dać dyla. Nawet nie wzięła koszyka. Czas był jakiś zimowy czy wczesnowiosenny. Matka spuściwszy głowę ruszyła galopkiem w strone pieczywa, kiedy usłyszała ogłoszenie, że przez godzinę będzie superpromocja proszku do prania - nie tylko za pół ceny, ale jeszcze bon dodają za dyszkę do każdej paczki, więc już w ogóle wychodzi darmocha. Matka wiedząc, że w pobliżu jest MiaUżon z Potworami postanowiła wykorzystać okazję, bo akurat proszku pilnie potrzebowała.
Podniosła lekko klapy, a Matka przez hipermarkety przemyka chyłkiem z powodu uczniów czających się za każdym rogiem i zlokalizowała wielką pryzmę proszku, oświetloną jak Pałac Kultury. Trochę ja to zdziwiło, ale co tam - jak promocja, to ma byc z fasonem. Przyspieszyła więc i nagle: BUM! Wyrżnęła z calej siły w kowbojki z łańcuchami. Pomyślala od razu, że moda na takie obuwie przebrzmiała w tej czesci świata jakieś dwadzieścia lat temu, wrzuciła wsteczny, podniosła jeszcze wyżej klapy i ze zdumieniem zobaczyla, że kowbojki zakończone są nogami, oraz całą resztą. Reszta zaś miała grubą, srebrną bransoletę na ręce, opalone przestrzenie międzypalcowe na okrągło i ciemnobrązowe, kontrastujące z pogodą za oknem, oblicze z doklejonym amerykańskim uśmiechem. - O, bardzo przepraszam - Ukorzyła się Matka. Uśmiech nie zmienił się, a oczy popatrzyły na przestrzał, ot tak, przez Matkę. Ta pomyślała sobie, że może dosyć już uprzejmości, ale w duszy zakiełkowało jej, że gdzieś właściciela kowbojek już widziała i wyglądał znacznie lepiej. Nieważne. Trzeba było szybko załatwić sprawę z proszkiem, więc Matka wrzuciła drugi bieg. Dopadła do pryzmy worów i zorientowała się, że ma do czynienia z proszkiem delikatnym, który w konfrontacji ze skarpetami "poszkolnymi" Potworów nie ma żadnych szans. Matka musiała kupić zwykły do kolorów i zwykły do białego, po prostu. Obeszła szybko stos i dojrzała te właściwe, niestety na spodzie. Na domiar złego naród się zakotłował i podejrzanie zgromadził wokół detergentu, choć dziwnym było to, że stal do niego tyłem. Matka kucnęła, wsadziła rękę między czyimis nogami i szarpnęła ostrożnie za rączkę torby. Akurat! Jak tu wyciągnąć proszek, jak na nim leży półtorej tony innego? Matka zaparła się i jeszcze raz szarpnęła. Proszek przesunął się kilka centymetrów, akurat tyle, żeby ujrzeć tak zwane łatwe zamknięcie. Znaczy się Matka zostanie zaraz z górną częścia wora w ręce, a proszek wysypie się na gościa z rozstawionymi nogami. Niedoczekanie. Matka wsadziła drugą rękę między nogi klienta i pociągnęła za boczki torby. Już, już jej prawie wychodziło, kiedy ryknęły mikrofony i rozbłysły światła. Matka leżała wśród tłumku, który otaczał małą scenkę. Na estradę wskoczyły opalone kowbojki i wyszczerzyły się jeszcze bardziej. - Mam dla państwa wspaniałe nagrody! Wystarczy prawidłowo odpowiedzieć na pytanie! - I kowbojki spojrzały znacząco na pomarańczowe torby stojące w przykładnym szeregu. Matka doszła do wniosku, że się katapultuje, owszem, ale jednak bez proszku nie wyjdzie. Teraz to już była sprawa honoru. - Ile prań można zrobić z tego oto opakowania proszku? - Kowbojki wykonały rwanie torby ze stosu. Wśród tłumu zapadła cisza. - No bardzo proszę! - Opalony pokazał migdałki w uśmiechu. Matka pomyślała sobie, że na pewno nie jest szczęśliwy, za to dobrze opłacany. I oczywiście rozpoznała wreszcie faceta. Ma zbyt charakterystyczny głos. - Trzydzieści! - rzuciła blondyna w pierwszym rzędzie. - Oj, nie! - Pokręciły głową kowbojki. - Znacznie więcej! - Pięćdziesiąt osiem - zachrypiał emeryt na końcu. - Jeszcze za mało! - Pokiwał mikrofonem opalony. Matka tymczasem wolno, ale metodycznie ciągnęła proszek za boczki. Na tyle długo, żeby przeczytać napis na samej górze: 75 prań. Widzowie bezskutecznie strzelali. Matce to było na rękę, bo nikt nie zwracał na nią uwagi! I wreszcie wydostała się na czworakach z tłumu ciągnąc za sobą ogromną torbę proszku. Wyprostowała się, otrzepała, no i nie byłaby sobą, żeby w swej durności nie burknąć na odchodne: - Siedemdziesiąt pięć! Po czym wrzuciła bieg czwarty i pognała do kasy, bo przecież MiaUżon nie miał pojęcia co się z nią dzieje. I wtedy nastąpił kataklizm. - Proszę pani, proszę pani! - Usłyszała głuchy tupot i pobrzękiwanie lańcuchów. - Ależ proszę nas nie opuszczać! I kowbojki ze zgrzytem zagrodziły Matce drogę. - Powiedziała pani: siedemdziesiąt pięć. Skąd pani to wie? - I tu opalony podetknął Matce mikrofon. Bezprzewodowa cholera była, Matka nie miałą szans. Kowbojki ewidentnie nadużywały siłowni. - Przeczytałam. - Mruknęła Matka. W końcu czytane się nie liczy, no nie? - No i to chodziło! - Rozpromienił się opalony i wyciągnął zza pleców rękę z pomarańczową torbą. - Nagroda dla pani! A potem Matka pobiła rekord na sto jardów i dopadła do kasy, w której nieświadom niczego MiaUżon wybierał z Potworkiem gumę do żucia. - Wróć tam, weź mi jeszcze wór proszku do białego i spadamy, bo jak mnie ktoś z uczniów zobaczy, to będę miała przechlapane przez kolejne trzy lata! - Zarządziła Matka, a MiaUżon poszedł posłusznie jak ta lala. Matka musiała wyglądać na mocno wzburzoną. - Ajajaj! - Ucieszył się Potworek, który grzebał zawzięcie w pomarańczowej torbie - Jaki masz tu ładny proszek do prania w pudełku! I płyn do płukania, taki złoty! I próbek tyle! I składany kosz na bieliznę! No faktycznie, Matka wyszła obdarowana jak nie wiem co. I zupełnie nie wie dlaczego przy każdym praniu przypominają jej się kowbojki i brzęczące łańcuchy...
Matka zaczyna majówkę. Będzie to zdecydowanie czas wybitnie praktyczny, nie jakiś tam banał wyjazdowy. No gdzieżby! Matka mianowicie sprowadziła zapory przeciwkotowe i teraz je stopniowo z MiaUżonem montują, co jest tym ciekawsze, zwłaszcza dla sąsiadów, którzy tego słuchają, że każda zapora jest inna. Powiedzmy sobie szczerze - kot zapewni rodzinie Matki spokojny sen - wreszcie dorobili się moskitier! Dwoje drzwi balkonowych dostało moskitiery otwierane, na metalowych ramkach. Jedne drzwi musiało mieć zamontowaną roletę, ale cholera jedna została zrobiona 2 mm za szeroka, więc po dzisiejszym szlagu nagłym sprawa została odłożona do poniedziałku, bo trzeba conieco podkuć wnękę. Przy okazji i to był najmniejszy wydatek - troje okien dostało moskitiery ramkowe, które montuje się w kilka sekund i nigdzie nic nie wierci. Wbrew obawom Matki widać wszystko doskonale i siatka jest na tyle niewidoczna, że kot kolejny raz wykonuje galopek na taras, po czym odbija się od moskitiery jak piłka i na wstecznym biegu ratuje futro przed plaśnięciem w ścianę. Matka zastanawia się tylko kiedy dojdzie do wniosku, że siatkę się fajnie drapie pazurami, ale póki co wysiaduje placek przed tarasem i protestuje głosowo. Ponieważ głównie polega to na otwieraniu paszczy, z której raz na dziesięć razy wydobywa się mizerne piśnięcie - nikt kotem się nie przejmuje. A Puśka, Matka całkiem zapomniała o tym napisać - skończyła 15 kwietnia rok i stała się dorosłym kotem. Potwory uczą ją aportować, MiaUżon szukać piłeczki a Matka dawać łapę. Kota się nie da? Przecież Puśka o tym nie wie. Da się, da się, kwestia czasu. I żeby nie było tak prosto na majówkę, to Matka pojechała dziś z MiaUżonem i nakupowali chaszczy przed dom. Miejsca nie za dużo, ale wszystko w tym roku powiedziało do widzenia - dwunastoletni, przecudnej urody klon palmowy, szmaragdowa tuja, mały, kulisty, karowaty świerczek i jakies płożące jałowce. no dramat. Tulipany i krokusy głównie zaprezentowały liście. - Dlaczego ci sie nie podoba, mamusiu? Las jest zielony to te SAME LIŚCIE pasują! - poklepał dziś Potworek Matkę po plecach, bo nie sięgnął do ramienia. A Matka nie wie teraz co ma wywalać, a co przesadzać, choć kwitnie. Na ile zna życie, to bedzie przesadzała z bryłą ziemi kwitnące sasanki i tulipany, nie mówiąc już i piżgniętych tu i ówdzie bratkach. No bo kupili za jakieś masakryczne pieniądze kulę starszliwie włochatej sosny, szczepioną na niewysokim pieńku. Do tego azalię japońską, rododendron i kolorowe, dzwoneczkowe pierisy, co to je Matka pierwszy raz ujrzała na oczy. I nie wsadzili, bo Matka wymyśliła sobie tarasy i trzeba nawieźć parę worów ziemi, a potem wykombinowała białe kamloty na włókninie i już nie wie kto i skąd tego nawiezie. Bo Primera raczej nie zdzierży. A skąd taki nagły rzut na taśmę? No przecież za dwa tygodnie mamy tu Pierwszą Komunię Potworka! Nie do wiary... Sukienka wisi, bolerko do wyprania, wianek do odszukania. Reszta jest składkowa, więc Matka macha ręką, jaka świeca będzie, taka będzie, szczegół. Ale będzie spał liczny naród, więc Matka musi wreszcie uprasować kupę ubrań, co to smętnie osiada pod wielkim kocem na strychu. nie były potrzebne, bo to zestaw letni i jak rany, Matka nie miała zimą motywacji. Coś jednak Matce mówi, że choć uprane, to jednak będzie to wszystko pozbawione zapachu na amen. No, delikatnie mówiąc. To Matka chytrze wymyśliła, że zniesie na pięć razy te kupę, z piętnaście pralek bodajże, do pralni, nastawi jakiś program superszybki, ot, żeby odświeżyć towarzystwo i wysuszy w suszarce do ubrań. Bo nabyła sobie jeszcze w Lidlu specjalne szmateczki, które wrzuca się do suszarki i wtedy pranie jest miękkie i jeszcze bardziej pachnące. A majówka ma być deszczowa na amen, więc manewr jak znalazł. Matka zreszta w ogóle nie wywaliła wieszaka na balkon i bardzo cieszy się z braku tej jakże wątpliwej ozdoby i powiadamiania sąsiadów o jakości i ilości pranej bielizny.
A tymczasem dołącza zdjęcie rocznej Puśki i idzie planować rozmieszczenie krzaków przed domem. Ma aż trzy metry kwadratowe do rozplanowania. Trzeba było sobie kupić same bonzai?
Matka spotkała kilka dni temu swój ulubiony lej niedoczasu. Był naokoło, więc Matka doszła do najsłuszniejszego ze słusznych wniosków, że już do niego wpadła i to całkiem niepostrzeżenie. Żadnego odgłosu, nic. Po cichutku. Wessało ją z goniącymi dwoma terminami, I Komunią Maryśki (czy możliwe, że to już?), klasówkami i wiedzą, że znów z czymś ważnym, obiecanym nie zdąży. I razem z proponowanym zwolnieniem z jednej pracy, co Matce nieprzytomnie komplikuje życie, bo nie bedzie miała połówki etatu, czyli nie będzie się jej nic liczyło do emerytury, przerwie staż na dyplomowanego i tak dalej. A dalej lepiej raczej nie będzie, bo reforma za rok, bo niż cały czas i każdy pod każdym dołki kopie. Matka co prawda w takich momentach dochodzi do wniosku, że czasem jakas furtka się zamyka, żeby otworzyła się kolejna, ale póki co nastrój ma pod zedechłym psem.
- Pamiętasz, że w poniedziałek wyjeżdżam? - zapytał na to wszystko Potwór. Matka pamiętała, ale pytanie zabrzmiało dziwnie znajomo. Potwór wyjeżdża na kilkudniową wymianę międzynarodową i czegoś najwyraźniej nie ma. - To znaczy, że trzeba mi kupić bluzę, sportowe buty, kostium kąpielowy, prezent dla Sofii, jej brata i rodziców. Matka padła. Tylko brakowało do kompletu dżinsów. W ogóle to Matce się wydaje, że nic nie robi, tylko na okrągło słyszy, że MiaUżon musi wymienić buty do pracy, nie ma halówek na siatkówkę, dżinsów to już wcale, a następnie, że tego samego nie ma Potwór. -Przecież ojciec ci kupował bluzę przed wyjazdem na zimowisko - Przytomnie zareagowała Matka a jej szare komórki z nieskrywaną radością zatarły łapki. - Ale ja kupiłam nie bluzę, ale sweter, a poza tym mam jeszcze dwie bluzy, jedna to polar, to się nie liczy i w ogóle. - Janeczka zastygła w oczekiwaniu na odpowiedź. Ta przyszła szybko. Matka się nie da. - To trzeba było brać bluzę zamiast swetra! - Zazgrzytała Matka, bo wyszło na to, że Potwór załatwił MiaUżona na cacuchny. Naciągnął i nie zaliczył zakupu. - No to kostium kapielowy mi się wyciągnął! - zajęczała Janeczka. - A po co ci kostium w marcu? - Matka miała już tak nastroszone pióra, jakby je przeleciała lakierem extra strong podsuszając jednocześnie suszarką. - No przecież jedziemy do tropical Island pod Berlinem! Ty myślisz, że ja się będę wstydzić, bo mi się tu jakieś oczka rozciągnęły? - zamachała rękami Janeczka a Matka pomyślała, że ma strasznie ciężkie życie. A potem sama obleciała wszelkie możliwe sklepy i poprzymierzała najobrzydliwsze, czarne sportowe buty, najlepiej z mazajami. Kupiwszy jedne, które latały jej na nogach do nieprzytomności przywiozła je do domu i zaprezentowałą Potworowi. - Ale fajne! - Podskoczyła z radości Janeczka i natknęła sobie prawy but na ustopienie. Mina jej lekko zrzedła. - One się TROCHĘ rozciągną? - załypała z nadzieją. Matka sie kiedyś wykończy. - No nie mów mi, że te kajaki są za małe! - Załamała ręce. - Yhyyyyy - Zastękała Janeczka i przez kolejne pół godziny chodziła doookoła stołu, żeby buty sie rozciągnęły. Nie chciały współpracować. Matka wpakowała je do bagażnika, żeby zwrócić do sklepu. Poszukała następnych. Też sama. - Nie przyjmujemy zwrotów proszę pani! - zastrzegł pan w markowym sklepie. Matka natychmiast pokochała pana. No niech to licho, musi przywieźć Potwora! Buty były czarne, miała tęczowe sznurówki, no i cena do przełknięcia. Czy Matka musi pisać, że okazały się za małe? - Córka, damskie buty kończą się zwykle na 41, mamy problem! Janeczka spojrzała na Matkę oczami zranionego spaniela, bo wiedziała co teraz nastąpi. - Jedyna nadzieja w sąsiednim sklepie na D z badziewiastymi butami, może trafimy na 42. Jak nie, to pozostaje ci asortyment męski. Znalazły. Paskudne, czarne, z mazajami, ale pasujące. I nawet jeszcze 41 rozmiar!
A Matka przechodząc koło drogerii znalazła wreszcie mały odkurzaczyk do kuchni i różowy komplet: młotek, kombinerki, wkrętak z wymiennymi końcówkami i miarka, a wszystko w plastikowym pudełku i za 12,99. MiaUżon wpadł w dziki zachwyt i Matka tyle ten damski młotek widziała.
A dziś nic, tylko pierze i suszy, pierze i suszy wszystko, jak leci. A i tak sie okaże, że najpotrzebniejsze dżinsy, takie super, hiper na międzynarodową wymianę, Potwór zdejmie z upupienia kilka godzin przed wyjazdem, a wtedy bez suszarki ani rusz. Dobrze, że ta nie protestuje, kiedy wrzuca się do niej jedną sztukę. Za to zupełnie nieoczekiwanie pięknie odsiewa do filtra wszystkie kocie kudły z ubrań, których mimo trzepania i czyszczenia szczotką pełno, choć nie widać. Ano kot linieje, bo tu przecież wiosna, panie sierżancie!
W związku z konkursem "telefonicznym" Matka prosi marqueza o dosłanie mailowo namiarów stacjonarnych (wygrywa 25% zniżki na telefon LG-P500) i magdę o to samo (wygrywa słuchawki bezprzewodowe). Gratulacje!
Matka dwa wolne dni w tygodniu powinna przeznaczać na pracę. Malowanie obrazu i tego typu rzeczy, no, chyba, że napatoczą się jej, tak jak teraz, klasówki. Zasiada więc po kawie do stosu sprawdzianów, chwyta czerwony długopis w rękę i zaczyna. Nie zaczyna. Dzwoni telefon. - Tu Jolanta Iskińska, rozumiem, że rozmawiam z panią Mattkąpolką. - Hyyyyyyyyyy... - Matka dusi się natychmiast ze złości, bo dla obcych ma jeszcze nazwisko. - Chcielismy panią zaprosić na bezpłatną konsumpcję i pokaz urządzeń dbających o zdrowie. - Nie chadzam i sama nie dbam o zdrowie, jem frytki na starym tłuszczu, śpię w pierzu i nie uprawiam sportu! - odpowiada natychmiast Matka. - I życzę miłego dnia! Bach słuchawką. I Matka znów siada, otrzepuje pióra, bierze długopis do ręki, segreguje klasówki, zdejmuje skuwkę i... Dzwoni telefon. Matka wywaliłaby gada za okno, ale zwykle na coś czeka. - Czy moglibyśmy mówić z osobą decyzyjną w firmie? Matka to uwielbia. - A w jakiej firmie proszę pana? - pyta niezwykle uprzejmie. - Eeeeeeeeeeeeee.... - w słuchawce słychać wściekły szelest kartek. Pan sie pogubił. - Nie wie pan do kogo dzwoni? - Nie, nie, wie pani, tylko mi tu wszystko po-spa-da-ło. To jest, to jest, no, konserwacja jakaś? Matka zabija pana natychmiast przez drut oraz na wszelki wypadeczek przez podczerwień i blutooth. Konserwacja jakaś! - Ojoj! - Martwi się Matka. - To pan ma stary numer, bo dodzwonił się pan do zakładu karnego. Helena Konewa przy telefonie. - Ebedziewiwiwewewe, nie, nie, ja strasznie przepraszam, muszę miec stary numer! - I Matka ma pana z głowy na zawsze. Nie wie też czy chciał jej wepchnąć kredyt czy reklamę, więc pogrąża się w straszliwym, a nieutulonym żalu. Idzie robić sobie kawę, bo jak już ma się mieć podniesione ciśnienie, to chociaż ze smakiem. A potem siada, otrzepuje pióra, bierze czerwony długopis, stroszy się, nachyla i... Dzwoni telefon. Matka haluje w słuchawkę, ale słuchawka jest głucha, a telefon dalej rżnie. Pada na komórkę. - Witam panią, dzwonię z biura obsługi Trutututu (tu pada nazwa operatora na cztery litery, któego złodziejskie stawki za jedną minutę spędzają Matce sen z powiek), bo zbliża sie koniec pani umowy. Zaraz, pani powinna byc panem MiaUżonem! Jasne. Matka od lat korzysta z drugiego numeru MiaUżona bo nie chce się im iść zrobić cesji. - Powinnam, ale nie jestem i nie zmienił mi się głos - rypie prosto z mostu Matka z nadzieją, że panienka natychmiast odpuści. - A to ja nie mogę z panią rozmawiać na temat nowej umowy i aparatu! - Nie może pani - Zgadza się Matka i od razu dodaje coś na swoją zgubę, jak ta durna baba. - może pani oczywiście zadzwonić do mojego męża, ale on nic pani nie doradzi ani w kwestii umowy, ani tym bardziej aparatu, bo ja korzystam i korzystać będę z tego numeru. I tu Matka wykopała sobie grób, w którym siedzi do połowy do teraz. Panienka przystapila do zmasowanego ataku na wszelkie posiadane numery telefonów. Dzwoni co kilka dni i wypytuje, a Matka nie ma głowy do wymyślania jakiż ma sobie kupic aparat. Wie jedno. Ten co ma nie nadaje się do niczego. - Wie pani, mi jest telefon potrzebny przede wszystkim do dzwonienia, czyli ma mieć dobry głośnik. Super baterię. I duże klawisze. Radio. I to wszystko. - O! - powiedziała panienka. - Zatkało mnie! - No ja wiem, pewnie nie ma takiego telefonu? - zmartwiła się Matka. - Nie, no są, ale wie pani, nikt takich rzeczy nie chce... Ja do pani zadzwonię! No i panienka dzwoni, a Matka dalej nic nie wie. Bo klawisze w praniu są małe, bateria dwudniowa, a głośnik charczący. Matka litościwie nie wspomni o stawce za minutę, bo zaraz ją krew zaleje. - Jak rany, kupię sobie dowolną komórkę za 500zł i włożę kartę, co ma minutę za 19 groszy! - Piekli się Matka i coraz bliższa jest tej decyzji. Bo 15 lat u jednego operatora nie skutkuje niczym! I Matka wreszcie, po załatwieniu wszystkich zdrowotnych kołder, garnków z najszlachetniejszej ze stali, masażerów i wyrobów z aloesu, przeplatanych kredytami, kontami w banku, reklamą drukowaną i internetową, siada, stroszy pióra, układa, pióra, znów stroszy, bo została jej tylko godzina do wyjazdu po Potwory, bierze czerwony długopis do ręki, czyta i... - Bździang, bździang! - przychodzi SMS od Janeczki. - Mama, przyjedź po nas teraz, bo nie mam dziś kółka...
Matka narzekała i narzekała przez dwa lata na swój telefon. Bateria bez rewelacji. Głośnik - do najchrzaniejszego chrzanu. Matka strzyże uchem, jak ktoś dzwoni i połowy nie słyszy, więc odpowiada bez związku i składu. - Nigdy więcej nie kupię dotykowego telefonu, do bani są! - wkurzyła się jakoś zaraz na początku dwuletniej umowy i trwała w tym postanowieniu uparcie. Ciągle plumkała nie w te klawisze, co trzeba, do wpisania sMSa potrzebowała chyba z siedmu plumknięć zanim się w ogóle otworzył, no dramat. Do tego jeszcze namolne telefony z biura obsługi, które w niczym jej nie pomagały. Wizyty w licznych salonach też nie. Zmiana umowy zawsze jest dla Matki koszmarem, do tego po kilku miesiącach okazywało się, że płaci za minutę połączenia, jakby ta była pozłacana. I na ten koszmar przyszedł mail, w którym zaproponowano Matce przetestowanie telefonu. Dotykowego z bajerami. Matka natychmiast się nastroszyła. Znów plumkanie. Znów jakiś głośnik do bani pewnie. Znów bateria aby aby. I pewnie by nic z tego nie wyszło, gdyby nie to, że i tak musi zmienić telefon, a tu może choć jakiś czas popróbować sobie do bólu. Może jak nie jej, to komuś sie to przyda? Komercja? Znów ktoś psa powiesi? Niech wiesza. Jedna z czytelniczek Matki bloga cieszy się wypasioną pralką, którą ma na własność i to jest radość oraz ważny powód do okresowej komercji. Tym razem Matka będzie miała też nagrodę dla dwóch osób w konkursie, którego zasady sa na dole wpisu. Teraz jak ktoś nie chce, niech nie czyta, bo bedzie dużo o nowym telefonie LG.
A dokładnie o LG - P500. Właściwie Matka go obraża, bo to nie tylko telefon, ale w zasadzie smartfon. Ta nazwa była dla Matki zagadką, bo wszyscy widząc Matkę w salonach różnych operatorów zakładali od razu, że smartfona nie chce. - Wie pani, drogie są! - mówili. - I to takie urządzenia dla młodzieży bardziej. Matka zainwestuje w krem przeciwzmarszczkowy. Wie, wie, chciała telefon z dobrym głośnikiem, radiem, baterią i zasięgiem. Koniec. Ale nie ma wyjścia, trzeba było przemaglować nowy telefon wte i wewte, co Matka uczyniła. Podeszła jak pies do jeża, zrażona obecnym telefonym z ekranem dotykowym, o czy potem. Tymczasem kurier przywiózł maleńki kartonik. Biorąc pod uwagę konieczność przechowywania różnych opakowań, które napadają człowieka jak tylko wsadzi nos do piwnicy - to można schować do niezbyt głębokiej szuflady. Wreszcie! Instrukcja obsługi - coś, co spędza Matce sen z powiek. Ba, jak Matka potrzebuje coś sięgnąć z górnej półki w regale, to podkłada sobie pod nogi instrukcję obsługi swojej lustrzanki. Nie tym razem. Maleńka książeczka ( w końcu było małe opakowanie), równe 100 stron, z czego ponad połowa to oczywiste oczywistości, których najczęściej czytać nie trzeba. Matka to zrobiła. Ładowanie baterii - to drugi telefon Matki, w którym akumulator nie ma efektu pamięci. Super sprawa, wiadomo. W ciągu dwóch lat nic sie w zasadzie nie powinno zmienić w kwestii żywotności i wydajności baterii. Póki co, przy sporej ilości zabawy akumulator starcza Matce na całe 5 dni, a ładuje się około godziny. Super sprawa. Pierwsze włączenie - cholerka, coś innego. Matka tak już ma, że jak zmienia telefon, to natychmiast zapomina jak wszystko działało w starym. Nie ma już odpowiedniej ilości bitów, więc wykasowuje sobie z mózgu stare pliki. Ale jednak pierwsze zetknięcie z telefonem bywa bardziej, albo mniej bolesne, bo Matka wypróbowuje coraz to inne firmy. LG jeszcze nie miała.
Na pierwszy rzut oka wszystkiego jest pełno. Z drugiej strony przez to jest mniejsza liczba podmenu, więc nie marnuje się czasu na błądzenie i szukanie na oślep. Dla maniaków pewnych aplikacji jest możliwość zmiany ekranu głównego - wystarczy ruch palcem w lewo czy prawo i na ekranie króluje Google, odtwarzacz muzyki itp. Matka tak już ma, że pierwszą rzeczą którą robi, poza skopiowaniem kontaktów oczywiście, jest ustawienie swojego dzwonka. Matka go sobie kiedyś zrobiła jakimś niedużym programikiem i ma kawałek saksofonu z "Your Latest trick". Inaczej nie słyszy telefonu i w ogóle myśli, że to nie jej. Myk, myk przerzuciła sobie plik z komputera przez blutooth i ustawiła jako dzwonek. No dobra, Janeczka jej to zrobiła, niech będzie. To znaczy ustawiła dzwonek tylko. Potem Matka przerzuciła swój Bulls eye na dźwięk wiadomości SMS i tu przykra niespodzianka - tego ustawić już nie można, co jest dla Matki kompletnie niezrozumiałe. SMSy brzęczą wyłącznie dzwonkami dostarczonymi przez producenta i nie ma tam ani jednego zwalającego z nóg, a Matka takich szokujących potrzebuje, inaczej nie zareaguje i basta. (edit - dzięki pomocy spriggany Bulls Eye ustawiony. W instrukcji tego nie było, a Matki analogowość wymagała zdecydowanej pomocy. Już wszystko OK) Aparat - coś, czego niby nie potrzebuje, bo ma jedną idiotenkamerę, i lustrzankę, jednak pomarudzić zawsze można. Tu trafiło na aparat posiadający 3 Mp i matka przyzna, że lekko sie rozczarowała. Oczekiwała 5Mp, bo tyle miała w swoim niegrzecznym Samsungu i przyznać trzeba, że zdjęcia robił fantastyczne, jak niezły kompakcik. Faktem jest, że piksele to nie wszystko, ale różnicę w jakości jednak widać na niekorzyść LG a szkoda - przy takim dostępie do internetu warto dostarczyć narzędzia, które zrobi dobre zdjęcia do wrzucania na strony www. Jednak znajdziemy tu sporo miłych udogodnień - a to makro, a to balans bieli i tym podobne sprawy. Na plus trzeba tu jednak dodać kamerę i ona jest rzeczywiście niezgorsza jak na komórkę. Tu zostalo natychmiast uwiecznione ziewanie kota z każdym jednym zębem, gdyż Potwory akurat pobierały nauki w szkole. Radio - jest to coś, co Matka mieć musi. Nie korzysta z niego często, ale jak musi, to absolutnie i już. strojenie okazało sie wygodne, kodowanie stacji też, wszystko działa intuicyjnie, nawet analogowa Matka sobie w mig poradziła. Jaka stacja odbierała jak żyleta każde dziecko wie :-) Słuchawki - z odpowiednią długością kabla i włącznikiem pośrodku, ale część wchodząca do ucha mogłaby być zdecydowanie mniejsza - kiwają się i wypadają, a Matka znów jakichś wybitnie malych uszu nie ma, ot, standardowe, jak poziom Wisły w Zawichoście. Odtwarzacz muzyki - noooo, wreszcie Matka wie, czemu małolaty w szkole słuchają na okrągło czegoś na komórce. Tu plus. LG dostarczany jest z 2 Gb karta pamięci - dla młodzieży to pewnie pikuś, niech sobie kupią większą kartę, ale Matka z dziką rozkoszą przerzuciła sobie kilkadziesiąt ulubionych piosenek, które kiedyś kisiła na jakiejś badziewnej MP3, jedzącej trzy baterie na jedno okrążenie. Odtwarzanie bezproblemowe, im dalej w głąb komórki tym Matka coraz bardziej puchła z dumy, że wie o co chodzi, bo już myślała, że ona to tylko bateria i głośnik, i duże klawisze. okazało sie też, że posluchac można sobie muzyki na głos, a przy tym porobić wiele innych rzeczy, choćby pobuszować, no właśnie... Internet - coś, co Matka lubi, ale w komorkach ją brzydziło. małe ekraniczki, ni choroby nie było widać, same literki, które długo sie namyślały. Do tego jej Samsung do dziś nie chce otworzyć żadnej strony i każe się kontaktować z dostawcą telefonii, czego nawet szkolni informatycy przeskoczyć nie mogli. Matka machnęła ręką. Tu - bajka. Niestety trzeba uważać na przyjemności, bo te kosztują. Na paru stronach instrukcji jest ostrzeżenie: "wykup pakiet internetowy, bo zabulisz". Prawda. Telefon oferuje mnóstwo możliwości - lokalizacja, nawigacja GPS, przeglądarka, możliwość ściągania swojej poczty jednym kliknięciem, market z dodatkowym oprogramowaniem, stan pogody, komunikator i wiele innych - ale oczywiście łączy sie wtedy z internetem, więc trzeba uważać jakie polączenia bezprzewodowe ma się aktywne. Matka po chwili zabawy wyłączyła przyjemności, bo nie ma pakietu internetowego, ale sprawdziła jedno - przeglądarka działa naprawdę bardzo szybko, jest ogromna różnica miedzy lg a zwykłym telefonem MiaUżona, tu w ogóle nie ma o czym dyskutować. Słuchanie muzyki i jednoczesne surfowanie po necie to już zasługa niezłego systemu Adroid 2,2 Froyo. W tak zwanym markecie można sobie powybierać wśród przyjemnych aplikacji i Matka ściagnie sobie na bank jako pierwszą Operę - jedyną właściwą przeglądarkę dla Mattkipolki. I czuje, że jeszcze coś sobie znajdzie, choćby wyszukiwarkę kontaktów przez mazanie literki na ekranie. Powiększanie ekranu palcami - tu matka wpadła w dziki zachwyt. Dwoma palcami można rozciągnąć i powiększyć dowolny fragment ekranu podobnie jak w komputerze z ekranem dotykowym. Bajka dla dalekowidzów i każdego, kto chce dojrzeć jakiś szczegół na zdjęciu czy w tekście. SMSy - tym razem Matka nie ma żadnych problemów z klikaniam w klawisze - nie myli się, może są ciut większe. Dodatkowo wystarczy przechylić ekran o 90 stopni i otwiera się klawiatura z pojedynczymi literami. Dlaczego okazało się to ważne? Tu - uwaga, uwaga - totalna porażka. matka w swoim Samsungu nie uzywała platrofmy T9 do SMSów, bo z oburzeniem zauważyla, że polskie litery zżerają jej po 3 znaki. Szok, tym bardziej, że wczesniejsze Siemensy matki zabierały tylko po jednym znaku i tak powinno być. Niestety w LG totalna porażka - Matka aż zadzwoniłą na firmową infolinię, gdzie pan potwierdził wszystko, jak na spowiedzi - LG zjada w platformie T9 aż 100 znaków za literki ą,ę, ć, ń, ś i tym podobne. Nie da się wyłączyć polskich ogonków, trzeba pisać wystukując po jednej literce. Tego Matka za nic nie zrozumie, dlaczego produkuje się tak wybitnego SMSowego bubla, kiedy napisanie SMSa: "Weź kopertę bąbelkową" zabiera ponad 110 znaków. najciekawsze jest to, że pierwsza polska litera kosztuje nas 100 znaków, a kolejne już nie. Ki diabeł? Pan nie porafił wytłumaczyć... Wi-Fi - tu medal dla LG! - Matka ma teraz darmowy dostęp do wszystkiego, bo w domu ma bezprzewodowy internet, w szkole też i jeszcze parę hotspotów w swojej metropolii - starczy aż nadto! Prawdą jest, że nie wszystko da się znaleźć okrutnie szybko, a poza tym w necie człowiek spieszyć się nie lubi, więc kiedy MiaUżon wisi na komputerze i ogląda mecz kosza, Matka może sobie sprawdzić i pocztę i newsy na Gazecie.pl, bo co jak co, ale od prasówki jest uzależniona. No i wszystko uruchamia sie szybciej, niż na komputerze, zwłaszcza kiedy trzeba go specjalnie włączać. Podłączenie do komputera - w momencie można zarządzac plikami, które ma się w telefonie, przerzucać muzykę , filmy czy obrazki w jedną i druga stronę. Wystarczy ze strony LG ściągnąć sterownik. Design - nie jest łatwo Matce dogodzić, bo lubi prostotę. Tu otrzymała telefon wręcz minimalistyczny, czarny, z gładkim ekranem i pochowanymi do minimum przyciskami. słuchawki na małego jacka (nareszcie!) i standardowe wejście do ładowarki (jednocześnie na kabel USB do komputera - ten sam kabel załatwia dwie sprawy). Całość wybitnie elegancka, bez jednego zbędnego elementu. Trzeba tylko tej całości zapewnić futerał, albo odpowiednie etiu, żeby szlachetna czerń nie została zhańbiona szpetnymi rysami. Ogólne wrażenie - no właśnie. Matka nie krowa, czasem zmienia poglądy, aczkolwiek nie sądziła, że zrobi to w kwestii komórki. Pomijając małe niedogodności typu niemożność ustawienia własnego dzwonka na SMSy i 3Mp w aparacie reszta sprawia, że Matka jest wybitnie zadowolona z telefonu. Szybko, sprawnie i co najważniejsze - bezboleśnie można się na niego przesiąść. Surfowanie po necie błyskawiczne i przyjemne. Jakość odtwarzanych filmów znakomita, nic się nie zacina, nic nie zawiesza. I jednak matka zdecydowanie woli wybierać w dużym ekranie pełnym orazkow z aplikacjami, niż otwierać dziesiątki podmenu, jak w starszym Samsungu F-480. Rozstanie się nawiasem mówiąc z nim bez żalu - poza dobrym aparatem i Bulls eyem na dźwięk SMSa wszstko miał wyjatkowo wkurzające i działające tak sobie. Przypadkowe kliknięcia, nie te litery i rzecz jasna mniejszy ekran. Nie, nie ma porównania. dobrze, że Matka miała wcześniej ekran dotykowy, bo można by powiedzieć, że stara matrona dostala nowinkę i się cieszy. Nie, ma porównanie.
I coś dla czytelników - KONKURS, w którym nagrody funduje firma LG. Matka tylko wybiera zwycięzców. Zadanie jest proste: Matka prosi, żeby na jej mailowy adres , czyli mattkapolka (tu wstawić małpę) gazeta.pl napisać krótką wypowiedź na temat: "Telefon w 2020 roku będzie..." Matka spośród wszystkich wypowiedzi wybierze dwie najciekawsze. Zwycięzca otrzyma bezprzewodowe słuchawki do telefonu (podwójne lub pojedynczą), zaś druga osoba 25% zniżkę na zakup telefonu LG P500 w internetowym sklepie LG . Na życzenie Matka prześle wszystkim zainteresowanym szczegółowy regulamin.
Czas trwania konkursu 19 - 23 marca (od soboty do środy). Rozstrzygnięcie konkursu w piątek, 25 marca na blogu. Matka serdecznie zaprasza!
I zaraz wiadomo, czego Matka najczęściej słucha...