Zakładki:
Zajrzyj koniecznie!
Księga gości
Było kiedyś - toplista Potworów
Koniecznie tam zajrzyj!
Czytane na bloxie
Czytane na onecie
Przepisy Matki Polki
Skracam drogę
Zaglądam
Popatrz...
|
niedziela, 07 lutego 2010
Przelane mleko
Matka odzyskawszy wodę odzyskała też i zajęcie, bo skończyły się ferie. Potwory w tak zwanym międzyczasie zaliczyły wirusówkę jelitową - Janeczka sprawdziła drożność przewodów natychmiast po pworocie do domu - Matka nigdy nie była tak wdzięczna wodociagowcom, że przywrócili łączność z morzem. Maryśka odczekała trzy dni i dostarczyła Matce przyjemności pod tytułem mycie kamiennej podłogi, ławy, podławia, prania ciuchów i filcowych kapci oraz wszystkigo, co się nawinęło Potworkowi pod paszczę. Miednicę oszczędził. Gdy zaatakował po raz drugi, miednica pozostała również sucha, za to Matka w nocy uprała wszystko, co było w łóżku - od Potworka poczynając, na narzucie kończąc. I naprawdę, naprawdę było jej wszystko jedno, że wrzuca do pralki zieloną narzutę, różową piżamkę, białe prześcieradło i dinozaura na czerrrrrwonym tle. A teraz już nic nie pamięta, bo jedzie jutro do SąsiedniegoWiększegoMiasta ze swoimi olimpijkami na eliminacje okręgowe. Pierwsze w życiu. A Potworek ozdrowiawszy zainteresował się wybitnie kobiecymi pojazadmi, jakimi są... - Mamo, co to jedzie przed nami? - zapytał Matkę z racji chwilowego braku Janeczki w aucie. Matka obrzuciła spojrzeniem pojazd w ksztacie spłaszczonego walca. - Cysterna! - odrzekła z dumą. - A po co jest cysterna? - Nie było niczym dziwnym, że Potworek drąży temat. - Do przewożenia płynów, na przykład. - A jakich? - Nooo, benzyny, oleju napędowego, mleka... - A ta jest do czego? - Uuu, Potworek zaczął zadawać pytania bardziej skomplikowane. Matka bacznym spojrzeniem obrzuciła dekle na szczycie cysterny, bo na niczym innym wzrok jej się nie zatrzymał. Cysterna była wybłyszczona jak błotniki od dużego Fiata, rocznik 1974, napisów zero. - Ja myślę, że do mleka! - Do mleka? - Potworek uniósł się w foteliku, a pasy werżnęły mu się w szyję. - No do mleka! Mleko wozi się cysternami. Z dojarki, takiej wielkiej, przelewa się to mleko wężem do cysterny. Z tyłu zapadła głucha cisza. Straszliwie głucha i dzwoniąca. - Mama... - Zabrzdąkał Potworek niepewnie. - A to węże tak sobie pozwalają, żeby nimi nalewali... mleko?
I wtedy Matkę też zatkało. Zaczęła się zastanawiać, czy lepiej byłoby przelewać mleko boa, pytonem czy może ... anakondą?
*************************************************** A na drugim blogu kupa zupełnie niepoważnych kolczyków i innych rzeczy, które znikają raz-dwa, bo Matka miała parcie na kolor z powodu brudnej bieli za oknem.
czwartek, 28 stycznia 2010
Nie ma, nie ma wody na pustyni!
Przed chwilą przyszedł do Matki pan. Nie byłoby go raczej widać wcale, gdyby nie machał wściekle rzęsami - raz, żeby namierzyć Matkę, dwa, żeby nie wywinąć orła w śniegu. Gdyby miał tęczówki jak Rutger Hauer to pewnie Matka trzasnęłaby drzwiami, ale na szczęście żarzyły mu się jak węgielki. - I co, ma pani wodę? - zapytał. Matka nie ma. Matka, niech to licho, nie ma wody od poniedziałku!!! - To my zrobimy ulicę obok i za godzinę będziemy u pani. W ten sposób plan na zagospodarowanie ferii runął niczym domek z kart. Matka miała umówić okulistę dla Janeczki, ba, zdobyła numerek na wczoraj dla siebie. Miała dziś być w SąsiednimWiększymMieście na kolejnej umówionej wizycie lekarskiej - wszystko zdobywane mozolnie z pomocą przyjaciół - inaczej się raczej nie da na już. I nic. Siedzi w domu jak ten cymbał od poniedziałku i czeka na wodociągi. Bo jej zamarzło. W dzień. - To niemożliwe! - orzekli pierwsi panowie, którzy pojawili się po 30 godzinach i usiłowali nagrzać kawałek rury opalarką. - W dzień, przy normalnym używaniu wody nie ma prawa zamarznąć. No nie ma. Matka wie. Ale zamarzło jej i raczej nic nie pękło, bo by się lało ochoczo. Co, Matka nie wie jak się leje? A co jej pękło latem? No rura!!! - Wie pani co? To zamarzło w ziemi, musimy przyjechać z agregatem, ale to inna ekipa. Pani dzwoni i się zapisze w kolejce. Matka zazgrzytała i zadzwoniła. Po kolejnych 24 godzinach pojawiła się ekipa, wbiła jakiś czekan w studzienkę na ulicy i podłączyła do niej jeden zacisk, drugi natknęła na rurę koło Matki licznika, zeżarła pół godziny ciężkiego prądu i rozłożyła ręce. - My tu na razie nic pani nie zrobimy. Grzejemy pani rurę (tu Matka protestuje), a woda i tak jest zamknięta ulicę dalej, bo jest awaria. I ekipa zwinęła swoje zaciski i odjechała. Matka wie. Matka wie, że jest awaria, bo przecież wyskakuje od rana jak diabeł z pudełka na wodok każdego auta z napisem "wodociągi". I pobiegła rano w stronę białych tabliczek z czerwonymi, ukośnymi pasami, gdzie ujrzała swojego kolegę. - Co? Teraz u ciebie? - Nie powie, niewiele ją to obeszło. Nie mieć wody godzinę, jak ona nie ma trzy dni! - U mnie. - Kiwnął głową kolega. - Panowie tu siedzą i czekają na drogowców. Na PanaIWładcęAsfaltu? Matka go zna. Przyjedzie za godzinę i będzie lawirował koparką kolejne dwie. A ekipa siedzi i Matce nie rozmraża!!! Matka doszła do samochodu, zapukała grzecznie i kiedy właz się odsunął Matka otworzyła paszczę. Nie napisze tu, co powiedziała, ale oczka panów robiły się coraz bardziej okrągłe, i okrągłe, i okrągłe. - Myyyyy, hyyyyy, myyyy...nie mamy agregatu, proszę pani... - wyjąkał pan. A Matka nakręcona jak szwajcarski zegarek dodała już tylko od serca o ilości awarii i koncertowym marnowaniu czasu przez grzanie dupy w samochodzie. Jest okrutna. Wie. Ale jak ma półtora litra mineralnej do wykąpania się to przestaje być do śmiechu. Jak marzy od poniedziałku o spuszczeniu wody w toalecie, to zbiera już jej się na płacz. I nosa nie wytyka z chałupy, bo może przyjadą! I Matka wróciła do domu, a panowie z agregatem pojawili się po godzinie. - Chyba panią usłyszeli! - natychmiast przybiegł pan od ekipy opieprzonej, a niedociążonej robotą, a Matka założy się, że te okrągłe oczka mu już zostały na stałe, chyba, że cierpi na Basedowa. To było wczoraj. 5 panów (słownie: pięciu) wysiadło z wozu i zamontowało rzeczony agregat, po czym przytupywało raźnie na dworze przez ponad pół godziny, żeby im ktoś tego sprzętu nie rąbnął. Kawy im Matka nie zrobiła, bo nie miała już z czego. - To pani dzwoni jak włącza tę wodę po awarii i pani znó by nie miała. Pani wody nie miała. Nie miała, bo panowie od pęknietej rury nie mogli zakręcić wody w pobliżu awarii, nie mogli też w dalszym pobliżu, ani w jeszcze dalszym, więc odcięli dwie ulice. A te dwie ulice zamarzły do wieczora i zrobił się taki cyrk, że MiaUżon nie mógł już od nikogo przynieść wody w wiadrze. - Słyszę, że u sąsiada jest woda, ja nie mam dalej, czy mógłby ktoś podjechać z agregatem? - Matka zadzwoniła wieczorem na Pogotowie Wodociągowe. - Proszę pani, jeździmy w kolejności, pani jest zapisana. - Ale ja jestem w tej kolejce od czterech dni! - ryknęła Matka, ale pan pod telefonem nie był głupi. W końcu w takich miejscach należy sadzać osoby asertywne. Matka wszak dzwoni do pana trzydziesty ósmy raz, już się nawet przedstawiać nie musi. I pan roztoczył przed Matką wizję działań na jutro. W takim układzie, jak tylko dziś Matka zobaczyła oczy wczorajszego pana wodociągowca pod swoją furtką, zadzwoniła do SasiedniegoWiększegoMiasta i z bólem serca odwołała ostatnią nieodwołaną wizytę lekarską, bo jak jej tej wody nie zrobią zaraz, to już chyba nigdy. A Babcia wykorkuje z Potworami, bo siedzą u niej non stop jak nie ma wody. Matka nie wie co by z nimi zrobiła w domu, chyba by topiła wodę ze śniegu. - A wezwałaś już pana do komputera? - zadzwoniła przed chwilą Janeczka. Nie wezwałaś, bo padnie, jak tu wejdzie. Potwory zarżnęły komputer tak, że przy włączeniu wydaje straszliwe wycie i nie przestaje. Nie wiadomo, czy naprawiac starego rzęcha, czy kupować nowy. Nie teraz, o rany, nie teraz. Teraz woda. Panowie mieli być godzinę temu, nie ma ich. Matka padnie na tych feriach. A miało być tak pięknie! Tymczasem pozdrowienia z Biskupina przesyła Halszka.
Byle do wiosny!
piątek, 22 stycznia 2010
Identyfikacja powiodła się
Matka nie znała żadnego swojego dziadka, MiaUżon chyba też nie (Matka dopyta, jeden dziadek jest lekko podejrzany, ale chyba jednak odpada) i Potwory oczywiście podtrzymują przeklętą tradycję. Matka nawet nie startuje z nimi dziś na cmentarz, bo się zakopie po kolana w śniegu - była, była, a jakże, zabrała tam Potworka 19 stycznia na imieniny dziadka. W samochodzie do dziś leży śnieg, który wypadł im z butów. Kiedyś 19 stycznia to był fajny dzień - przychodzili znajomi do Taty Matki, trzy tygodnie potem do Matki Matki i znów była cisza i spokój. takie zimowe imieninowanie. Ale Matka nie o tym miała. Bo zapakowała we wtorek Maryśkę do samochodu i wyjechały na główną ulicę, kiedy Matka zobaczyła kątem oka postać idącą chodnikiem. Postać dość dużą, opatuloną w wielką, puchatą kurtkę, z bardzo charakterystyczną czapką na głowie. Rodzaj tulei z dzianiny, z wystającymi sztucznymi, czarnymi włosami u góry. Matka pamieta takie czapki z czasów swoich studiów chyba, może ciut później. Najpierw przywożono je z zagranicy, potem szybko opanowaly bazarki i najwyraźniej przeżywają teraz renesans. - Zobacz, jaka czapa! - Matka machnęła ręką w stronę chodnika i natychmiast kuprem samochodu zarzuciło w prawo i lewo. - No! - Ożywił się Potworek - Widzę! Nie poznałaś kto to? Matka akurat ma czas na oglądanie się na jakieś babitony. Czubek czarny zobaczyła, to i tak dużo. Matka jadąc w przód patrzy również w przód, bo życie jej pokazało, że tak sie najbardziej kalkuluje. - Nie poznałam. A ty znasz te panią? - Jaką panią? - Roześmiał sie Potworek. - Przecież to Jola idzie z psem na spacer, wiesz, tym żółtym, z długimi włosami. Matka nie zauważyła żadnego psa , ale też zaspy usupane są już takie, że smok prawdopodobnie wyglądałby zza nich jak chora na Parkinsona jaszczurka. - Wiesz jaka Jola? - Maryśka postanowiła drążyć temat. - Koleżanka Janeczki! Aaaaaaa! Na to Matka by nie wpadła, bo wydawało jej się, że postać jest znacznie większa. - Nie, no nie przyglądałam się, bo patrzę na drogę, jest ślisko. - zeznała Matka zgodnie z prawdą. Potworek zamyślił się, a Matka da sobie głowę ściąć, że usłyszała z tylnego siedzenia odgłos, którego Maryśka dawno z siebie nie wydawała. Taki lekki, ledwo słyszalny grzechot. Oczu rzecz jasna. - Ludzi to się bardzo prosto poznaje! - wyjaśnił. - Najlepiej po psach, a czasem też udaje się po twarzach... -
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Marka a duży kłopot
Małe dzieci - mały kłopot? Matka potwierdza. Duże dzieci - duży kłopot? Matka nie wie. Ma dziecko małe oraz NieWiadomoJakie. Ni pies, ni wydra - lat dwanaście i pół. Mógłby ktoś Matkę uprzedzić, że dorastanie dzieci przebiega skokowo! I to wcale nie są miłe skoki. Matka siedziała mianowicie kilka dni temu i dłubała coś zawzięcie na strychu, kiedy usłyszała gorąca dyskusję na dole - Janeczka tłumaczyła coś MiauŻonowi, a głos miała coraz bardziej płaczliwy. W końcu ryknęła i zamknęła się w łazience, więc Matka postanowiła wkroczyć do akcji. Mało było prawdopodobne, żeby dowiedziała się czegoś więcej niż MiaUżon od ukochanej córeczki tatusia, ale ciekawość była silniejsza od pewności. - No i co tam słychać w szkole? - zagaiła łypiąc na Potwora, który odwróciwszy sie szybko smarkał w chusteczkę i wydawał dźwięki typu "Ihyyy, ihyyy, hyyy". - Nihyhyhyc! - powiedziała Janeczka i wrzuciła wsteczny. Matka założyła szybciutko blokadę na drzwi, czyli zapchała je własnym ciałem i zaatakowała znów. - Przecież widzę - Niestety nie był to atak szczególnie wyrafinowany, ale Matki w godzinach popłudniowych nie stać już na strategię Aleksandra Macedońskiego. Potwór wykonał piruecik, ale zauważył, że Matka zapuściłą korzenie aż do piwnicy i nie ma rady, trzeba puścić parę. - Pokłóciłam się z Dorotą! - Palnęła Janeczka - I jeszcze z Sonią! Uuuuuuuu. Niedobrze. Sonię pal licho, ale Dorotka? Ulubiona koleżanka Potwora? Imieniny, urodziny i niedzielne popołudnia? Matka przyzna się bez bicia, że nie przepada za tą przyjaźnią, bo dziecię należy do rodziny mocno uposażonej i zwraca baczna uwagę na cudze finanse. Dwie terenówki, willa podmiejska itp. Nie, żeby tam Matka miała szczególnie gorzej na pierwszy rzut oka, ale dochody rodzinne są bez dwóch zdań nieporównywalne. Co prezent dla Dorotki, to stres dla Matki. Wielka encyklopedia dla młodzieży. - Dziekuję Ci Janeczko, jaka piękna książka, na pewno mi się przyda w szkole! - rozpłynęła się Dorotka. - Podobno przyniosłaś Dorotce najbardziej obciachowy prezent na świecie? - zasyczały następnego dnia koleżanki w klasie. - Jak mogłaś mi dać dla niej książkę? - załkał Potwór, a Matce nóż otworzył się natychmiast w kieszeni, bo przypomniała sobie ile wydała na nią kasy. Po roku (Potwór nie wybił sobie znajomości z głowy mimo podstepnych starań Matki) Janeczka zaniosła koleżance naszyjnik. Ze sklepu. Wszak o metkę chodzi. Srebro, kształt, kamyczki - wszystko na czasie. Koleżanka się ucieszyła, inne dziewczynki też zbladły. W porządku? Nic podobnego!!! - Janeczko, bardzo ładny wisiorek, ale czemu przyniosłaś Dorotce tylko JEDEN prezent??? Potwór coś zrozumiał? Ale! Groch o ścianę, pukanie w bambus, dalej najlepsza koleżanka! A Sonia? Nieeeeeeeee. Janeczka raz była na imprezie, ale podejrzewa, że MiaUżon podwiózł ją pod willę z basenem zbyt obciachowym, sześcioletnim wtedy samochodem. Na jednym razie się skończyło. Sonia ubrana jest zawsze w najnowsze kolekcje, posiada gadżety NICI i różne inne, proszę wybaczyć, Matka się na tym nie zna. A niech ma co chce. Dość, że koleżanek w klasie jest tylko kilka, jakoś ze sobą trzymać się muszą.
- To o co w końcu poszło? - Matka postanowiła trafić w sedno, bo futryna wbijała jej się w pokłady bożonarodzeniowego sadła. - Dorotka i Sonia powiedziały, ze ja dlatego się chcę z nimi przyjaźnić, bo one mają pieniądze, a ja nie! - Potworowi znów popłynęły łzy jak groch. - I nie mam markowych ubrań, więc do nich nie pasuję!
Aaaaaaaaaaaaaaa....o to chodzi! Już w tym wieku? Szósta klasa? Matce wydawało się, że to problem gimnazjalny, ale widać dzieci szybko dorastają! Pytanie ile w tym winy rodziców? Chyba dużo, prawda? Wychować dziecię w kulcie znanej marki i zakupów w galeriach - bezcenne! Póki co Matka ma ferie, ale zamierza przeprowadzić mimochodem kilka rozmów. I nie będzie dalej kupować markowych ciuchów. Potwór nawet nie wie, że zawsze je miał i ma. Bo nosi ubrania po kuzynce z Holandii, która ma wszystko z firmowych sklepów - dzięki temu wszystko wygląda jak nowe. Nie rozciąga się, nie spiera, ale też nie ma metki takiej, jak Dorotka i Sonia! Ma inną, ale dziewczynki jej nie znają. Makabra!!! Matka pamięta jedną, śmieszną rzecz ze studiów z czasów komuny. Jej koleżanka załatwiała skądś podróbki metek Wrangler i przyszywała sobie do swetrów, podkoszulek, bluzek itp. Od wewnątrz oczywiście. Na zajęciach rozbierała się i wieszała ubranie na krześle tak, żeby metka była widoczna. Wszyscy pukali się w czoło, ale teraz Matka wie, że koleżanka wyprzedziła epokę!!! Nie, nie bedzie wszywać metek Potworowi. Ma nadzieję, że ten spotka w gimnazjum inne towarzystwo, choć problem raczej chyba się pogłębi... Tu Matka szczególnych złudzeń nie ma. Oby Janeczka nauczyła sie gwizdać na to wszystko!!!
A tymczasem Matka zaczęła ferie, problem odsunął się na dwa tygodnie i jest chwilowy spokój. Zaś na drugim blogu regularnie pojawia się coś nowego, bo Matka zamierza naprodukować biżutów do bólu. Jak wakacje, to wakacje!
niedziela, 10 stycznia 2010
Pasek od prezentu
Matka chciałaby napisać cos lekkiego z życia Potworów, a tu tymczasem nuda, nuda i nuda. Samo życie. Święta poszły precz a po szafach znajdują się zapomniane prezenty - i nie ma ich co trzymać chytrze do przyszłego roku, bo są z gatunku "wyrastających" z człowieka. Tak właśnie Matka wynalazła piekną piżamkę dla Potworka i dwie książki - po jednej dla każdego Potwora. Zagrzebała nawet głębiej z nadzieją, że i coś dla niej się znajdzie, ale nic z tego. W tym roku Mikołaj był jednak bogaty i choć przyniósł Matce rzecz jedną, to jednak zacną. Co z tego, że sobie sama ją wybrała. Co z tego, że sama kupiła. Zajrzała nawet do opakowania po stosownym odstaniu w garażu, przedsionku i pokoju. Wypatrzyła brak jednego elementu. Nieważne, bo prezent długo planowany - Matka dostała lustrzankę. Nie tam jakąś hiperprofesjonalną - a co, Matka wariat? Będzie fotografować swoje drzewa za oknem i robić sobie z nich fototapetę? Nigdy. Lustrzanka jest amatorska, ale nazywa się Nikon, a Matka Nikonowi jest wierna od lat dwudziestu. Co jednak z brakującym elementem? Bo Matka lustrzankę kupiła w zestawie - aparat, obiektyw, torba i karta pamięci. Torba typu kolt. Szkopuł w tym, że torba powinna miec dopinany pasek na ramię, a tego nie było. - Cóż z tego? - Pomyślała Matka, która aparat nabyła internetowo i kiedy wczesniej dzwoniła do sklepu było bardzo miło. - Zadzwoni się i załatwi. I zadzwoniła. - Och, wie pani, takie zamieszanie mamy przed świętami, jutro wyślemy ten paseczek kurierem. Albo wie pani co? My w pani metropolii ochraniamy klub Tratatata i może pani jutro by podskoczyła i odebrała pasek osobiście? Matka zna dobrze ze słyszenia Klub Tratatata i musiałaby zdecydowanie wypić litr spirytusu, żeby w ogóle zbliżyć się do drzwi tegoż klubu. Co tam drzwi. Matka nie przeszłaby nawet przeciwległym chodnikiem. Klub znany jest od lat jako miejsce handlu wiadomo czym i okrutna mordownia żulerni niższego szczebla. Okoliczni mieszkańcy daliby każde pieniądze za podłożenie bomby, żeby przybytek raz na zawsze zmienił stan skupienia. - Nic z tego - zaprotestowała Matka - proszę wysłać, jeden dzień mnie nie zbawi. - I Matka zatarła łapki, bo pasek miał szansę dojść dwa dni przed Wigilią. Niby nic, ale samego paska się nie kupi, a stara torba Matki ma pasek przymocowany na stałe. Po dwóch dniach Matka wykonała kolejny telefon. - Tym się zajmuje koleżanka, numer taki a taki. Matka zgrzytnęła, ale zadzwoniła. - No pani chyba żartuje, że pani czeka na kuriera! - Prychnęła panienka - Kolega być może wysłałby kurierem, ale ja nie. Poszło poleconym, sama byłam na poczcie. Matka zazgrzytała znów i pomyśłała sobie, że pewnie będzie to ją kosztowało nową plombę w siódemce. Po tygodniu, a więc także po świętach wykonała kolejne trzy telefony, bo panienki nie było w biurze, pan nie wiedział gdzie szukać pokwitowań i miał to wiedzieć pan kolejny. - Ja poproszę o numer nadania mojego paska, bo chyba powinnam już interweniować na poczcie - zażyczyła sobie Matka. - Ojej... - Matka usłyszała chrzęst załamywanych łapinek przez pana - Ale jak ja znajdę ten numer w książce nadawczej? - Wie pan - Matka wkurzona była już nie na żarty - Ja bym szukała po dacie i odbiorcy. Mattkapolka, Metropolia. - Bo przed świętami było takie zamieszanie, rozumie pani - zajęczał pan. - Ale ja rozumiem - Matka natychmiast podzieliła ból Pana niczym Alexis z "Dynastii" - i rozumiem też, że jakiś klient rąbnął pasek z torby, a wy włożyliście mi ją bez sprawdzenia czy jest. - O, właśnie, właśnie, wie pani, my nie jesteśmy w stanie upilnować ludzi w sklepie! - ucieszył się pan. Ciekawe z czego. - Ale wie pan, to już nie moje zmartwienie, ja chcę pasek, bo bez tego torba jest mało funkcjonalna. - Nie, no oczywiście, oczywiście! - Rozpłynął się pan - Ale nie wiem czy pani zauważyła, że ona ma taką małą rączkę u góry. - Ma, każda większa torba ma. - No i pani może sobie ją nosić za tę rączkę - palnął pan. Matka nie powiedziała panu tego, co sobie natychmiast pomyślała. Bo sama robiąc zdjęcie postawiłaby swoją torbę od aparatu na ziemi. Pan, gdyby na przykład robił akt ładnej modelce, byłby w zdecydowanie lepszej sytuacji - mógłby przy odrobinie szcześcia torbę powiesić sobie na pewnej części ciała! - Ja jednak poproszę o wysłanie tego paska, dobrze? - Nie, no jasne, po weekendzie wyślę. Matka po tygodniu zadzwoniła znów. - Poproszę o numer nadania przesyłki - zarządziła i nie była już miła. - Nie ma mnie w biurze - odrzekła panienka - Niech pani tam dzwoni. Odebrał pan, niech go licho. - Numer nadania? Ale jak ja go znajdę? - zasmęcił. Matkę trafił jasny szlag i jak ktoś nie wie jak wyglądała rozmowa, niech sobie przeczyta post od połowy ponownie. - Ja zadzwonię do koleżanki, może ona wysłała ten pasek na takiej małej karteczce i nie wpisała pani do książki. A potem pan odłożył słuchawkę i było zajęte przez bitą godzinę bez przerwy. - Koleżanka powiedziałą, że ona NIE MA SKĄD wziąć dla pani tego paska - oznajmił pan, kiedy Matka dodzwoniła się wreszcie za trzysta osiemdziesiąt czwartym razem - ja go dla pani kupię za własne pieniądze gdzieś w sklepie! - Ależ! - Matka szczerze się wzruszyła. - Ja mogę panu zaraz powiedzieć skąd pan weźmie ten pasek. - ??? - Pan zamienił sie w słup soli. - Podejdzie pan do półki i wyjmie pasek z takiej samej torby jak moja!!! - Ojej, ale wie pani to będzie problem. Bo ta torba zostanie nam w sklepie bez paska... Matka padła. Nie trzeba mieć internetu. Przez telefon można także dowiedzieć się, że świat jest pełen ludzi nieskomplikowanych. A potem zrobiła panu wykład o tym, jak się czuje klient zlewany od góry do dołu, kiedy już zapłaci. Bo da sobie łeb ściąć, że wsadzono jej wybrakowaną torbę z nadzieją, że na odległość nikt się nie bedzie użerał. A wcześniej przejrzała całę Allegro w poszukiwaniu takiego paska, bo przecież kupiłaby go sobie i wyszłoby jej taniej, niż telefony do stolicy w godzinach szczytu. Ale nie ma. Nic podobnego nawet. I teraz odczeka kolejny tydzień i dostanie tym razem furii. I napisze o jaki sklep chodzi, żeby każdy omijał go jak zapowietrzony. Matka wściekła, to Matka zdesperowana. Wrrr!
PS. A TU sporo Matkowych nowości, które znikają, choć dziś czy wczoraj powstawiane.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Zła końcówka roku
Matka miała właśnie wyprodukować notkę poświąteczną o charakterze lekkim i zabawnym, kiedy spadł grom z jasnego nieba i Matka siedzi w tej chwili jak upiór, klnąc koniec roku na czym świat stoi. Pisała o oknie w swoim stołecznym mieszkaniu? Pewnie tak. Przyjechawszy do Wilanowa na spotkanie załatwiła wreszcie wymianę okna, bo znajomy macher zwodził ją i zwodził, najwyraźniej taka robota mu się nie opłacała, ale nie miał odwagi powiedzieć Matce o tym wprost, więc kręcił, przesuwał terminy, lawirował, no dramat. Matka z MiaUżonem przycisnęli go do muru i okazało się, że nic z tego, więc w dwa dni załatwili wreszcie coś innego, drogo - niedrogo, cholera wie, ale będą załatwione dwa okna w największym pokoju. Ani na to pora, wszak zimno, ani chęci (koniec roku i ponad dwie pensje Matki do zapłacenia, termin najgorszy z możliwych), ani czas ( Matka takie rzeczy robi, kiedy nie ma nikogo w mieszkaniu, czyli latem, przy zmianei lokatorów). Dlaczego w takim razie teraz? Bo lokatorka wierciła dziurę Matce w brzuchu i choć mieszkanie jest ciepłe nadzwyczaj, to jednak okna są starego typu i jedno ze skrzydeł trzeba ze trzy razy w roku otworzyć do mycia, a ono tego nie lubi. Ciężko się zamyka, trzeba chłopa i choć jest inne do wietrzenia, to Matka chciała raz, a dobrze sprawę załatwić. Pechowa pogoda uniemożliwiła montaż okien przed świętami, trudno się mówi, ale teraz już w każdej chwili jest to do zrobienia, bo okna czekają. - Chciałem panią zapytać co z oknem, chyba przeniesiemy to na styczeń, bo ta pani lokatorka nie odbiera telefonów, albo nie ma czasu - zadzwonił dziś pan z firmy. Matka nawet specjalnie nie zbladła, bo siedziała i już trzymała się mocno stołu. - Dzwonię w sprawie mieszkania - usłyszała Matka bowiem pieć minut wcześniej od swojej lokatorki i ucieszyła, się, że umówią się nie montaż w stolicy. - Chciałabym zrezygnować z najmu! Mamy trzymiesięczne wypowiedzenie, prawda? Prawda. Mamy. - Za zgodą obu stron - dodała Matka. - Właśnie! - ucieszyła się lokatorka. Matka jakby znacznie mniej, Dziwne. - Ale ja tu nie widzę swojej zgody - zauważyła Matka, która natychmiast zapomniała, że były święta, prezenty i radość. - Zupełnie nie rozumiem - zabrzdąkała lokatorka. - Mamy umowę na rok i ona obowiązuje obie strony. Trzymiesięczne wypowiedzenie za zgodą obu stron, czyli albo ja mam kogoś do zamieszkania, albo pani mi kogoś podsyła. - Wyjaśniła Matka. Przecież nie znajdzie lokatorów na pniu, sezon jest martwy. Najcześciej wynajmuje we wrześniu, kiedy znaczyna się rok akademicki. Byle kogo też nie weźmie, demolkę mieszkania kilka razy już przerabiała. Lokatorkę chyba zatkało. - Ale pani obiecywała mi okno i okna nie ma! - wytoczyła działo. A tu już Matkę trafił jasny szlag. - Wie pani, a mnie nie stać na prezent z trzech czynszów dla pani - rzekła krótko - i proszę może ochłonąć i spróbować pomyśleć nad wyjściem z sytuacji. Może obaj panowie jednak kogoś sobie dokooptują. I Matka pożegnała się z panią, ale w tej chwili umiera. Ma dosyć sytuacji, kiedy lokatorzy mają same prawa, a ona same obowiązki. Wie, że odreaguje, ale beztroska ludzi w stosunku do umów ją zabija. Tak, tak, działa legalnie, ma narzędzia do ściągnięcia należności, wygra każdą sprawę, ale nie chce tego tak załatwiać, bo to masakra. Tymczasem się oddali i przeprasza, że z siebie wyrzuciła, ale ma zmartwienie i już. A Potworek siedzi i maluje ślimaki. Ślimaki i widelec, i nóż, i talerz. Ale to dłuższa historia...
środa, 16 grudnia 2009
Potworna rozrywka
Matka wyprawiła ostatnio Potworka Maryśkę do parku rozrywki w LekkoOddalonymMieścieWojewódzkim. Nie, żeby z własnej woli. Matka przecież nawet nie wiedziałaby, że coś takiego istnieje. - Od lat, proszę państwa, jeździmy i jest super zabawa! - zapewniła na wywiadówce wychowawczyni. Matka natychmiast ujrzała oczami wyobraźni Potworka szukającego ze łzami w oczach kolczyka na dnie basenu z kulkami. Kolejnym obrazem, jaki przemknął Matce przed oczami była Pani Wychowawczyni, która odbiera Paltynowy Krzyż Zasługi za realizację pomysłów trudnych, żeby nie powiedzieć karkołomnych. Matka naprawdę pada do stóp i podziwia wszystkich nauczycieli kształcenia zintegrowanego (dla zadających pytanie "a co to za cholera?" - kształcenie zintegrowane, które co chwila zmienia nazwę z dziwnej na dziwniejszą, to nic innego tylko nauka w klasach 1-3 szkoły podstawowej), których często ma się za nic zapominając, że uczą podstaw procentujących przez cały okres nauki. - Wieczorem zdejmujesz kolczyki! - Zarządziła Matka odwożąc Potwory do szkoły. - Tak jest! - Dziarsko odrzekł Potworek, który dałby się nawet pokroić na plasterki, byle tylko nazajutrz jechać. Matka cały dzień miałaby zatruty, gdyby nie to, że miała sześć lekcji, które skutecznie każą zapomnieć o wszelkich bólach ciała i duszy. I kiedy wróciwszy z Potworami już, już miała paść na pysk i zdrzemnąć się w fotelu na Teleexpressie, stanął przed nią Potworek i zapiszczał fortissimo: - A teraz ci powiem po kolei, co mam zabrać jutro na wycieczkę!!! Matka zebrała rozum z podłogi z niejakim trudem wyciągając go spod papci Potworka, tym bardziej, że stała w nich właścicielka, która pasąc się po kryjomu wafelkami ze szkonego automatu przybierała pomału kształt księżyca w pełni. - Nic mi nie mów, tylko dawaj karteczkę od pani! - zamachała rękami, co było błędem, bo rozum znów jej upadł. - Zgubiłam! - Odrzekł radośnie Potworek i wcale nie poczuł, że Matka go morduje. Natychmiast. Maryśka gubi bowiem wszystko. Grzebień, gumki do włosów, budzik, sweter, strój na wf, kurtkę. - To już mów - Matka opadła smętnie na fotel. Nie było raczej wyjścia. - Mamy zabrać plecaczek, w który włożymy dwie tabletki! - Że jak??? - Matka natychmiast wstała i usztywniła rozum drutem. Za plecami poczuła szum piór, a na łbie ucisk hełmu husarii. - Dwie tabletki... - zabrzdąkał Potworek niepewnie, bo skrzydła Matki go wyraźnie onieśmieliły. - Wszystko jedno jakie? - Matka katastrofistka ujrzała autobus pełen dzieci po ekstazie. No i co, że pierwszaki. Teraz dzieci dorastają szybciej! - Nieeeeeeeeee.... - Tu Maryśka zauważyła chyba, że z Matką nie jest umysłowo najlepiej. - Pewnie takie na rzyganie? - wyjaśniła fachowo. Do Matki dotarło. - I woreczek też mamy wziąć i jakieś pięć złotych. - dodał szybko Potworek. Matka uszykowała reklamówkę, sprawdziła, czy aby nie ma na dole dziur i stwierdziła, że oczywiście rzeczonej kwoty nie posiada. - Poproś tatę - Zagrzebała w miedziakach. - I jeszcze będzie musiał skoczyć do nocnej apteki po Aviomarin, bo też nie ma. Oba Potwory potrzebują wspomnianego leku. Dostają po pół tabletki i podróż przebiega najcześciej bez niespodzianek. Próby zastąpienia Aviomarinu jakimikolwiek innym specyfikiem kończyły się już kilkakrotnie po trzydziestu klimetrach myciem wnętrza samochodu, praniem sukienek w wodzie mineralnej i ogólnymi, niezapomnianymi wrażeniami. Cóż sie dziwić - Matka jadąc z rodzicami nad podmiejskie jeziora zawsze trzymała paszczę na Trybuną Ludu lub Polityką zwiniętymi w tutkę, bo woreczków nie było. Wprowadzenie Aviomarinu było najcudowniejszym ocaleniem wrażeń z podróży! Kiedy Potworek kładł się spać, Matka nie omieszkała skontrolować plecaczka, który stał dziwnie spuchnięty na dywanie w Maryśkowym pokoju. W środku Matka znalazła niezbędny ekwipunek do parku rozrywki. - Zapomniałam wyjąć - zajęczał Potworek, a gryzący dym wypełnił wszystkie sypialnie na piętrze. Matka położyła Maryśkę spać i zabrała plecak na dół, żeby przetrzepać go z zapałem czechosłowackiego celnika z poczatku lat siedemdziesiątych na przejściu w Łysej Polanie. Zarekwirowane zostało następujące wyposażenie:
Dwie gry komputerowe na płytach CD
- Trzy płyty z kolędami
- Płyta Michaela Jacksona (wymieniona osobno, ze względu na Króla Popu)
- Pamiętnik duży, zszargany
- Pamiętnik mały (brak kłódeczki)
- Trzy długopisy
- Paczka kredek
- Lalka Barbie
- Kredens z domku Barbie
- Przepaska z brokatem
- Naszyjnik z plastikowymi, fasetowanymi sercami.
- Cztery gumki do włosów, kolory różne.
- Przerwa dla lepszego wrażenia...
- Kolejna przerwa...
- Znów przerwa, bo ostatni przedmiot zwalił Matkę z nóg...
- A na dnie...
- A na dnie...
- Na dnie plecaczka schowany był...
- Schowany był...
- Wachlarz!!!
A Potworek wrócił z parku rozrywki nieelegancki, ale za to bardzo szczęśliwy!
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Czas priorytetów
Potwór odseparował się od reszty rodziny kościelnie. - Może pójdziemy też na dziewiątą? - pyta czasem Matka. - Hyyyyyyyyy... - mruczy MiaUżon naciągając kołdrę na głowę i tyle Matka ma z tego gadania. Latem jeszcze się udaje. Perspektywa gorąca w kościele, a uciekającego słoneczka na tarasie skutecznie spruwa MiaUżona z wyra. Zimą można jednak o tym zapomnieć. Msza jest o jedenastej i koniec, kropka. Matka żałuje, bo dzień się skraca, rano przed wyjściem do kościoła i tak nic się konkretnego nie robi, jednym słowem fuj! Tymczasem Potwora od jakiegoś czasu wydmuchuje na dziewiątą. - Koleżanki - mawia Potwór. - Kocha się w Piotrku - wzdycha Matka. Piotrek jest celem dla Janeczki póki co nieosiągalnym, co tu gadać, Matki uczeń. Sprawa beznadziejna - strasznie stary dla Janeczki, nawet się nie obejrzy za nią! Za to Potworek nie zgłasza uwag do rannego wstawania - cóż tu zresztą zgłaszać, jak się śpi, aż gwiżdże? - Znów jest Bartek! - szepcze co niedziela zadowolony Potworek Matce do ucha. Matka wyciera się potem pół mszy, ale co tam. Czy powinna wspomnieć, ze Bartek jest również Matki uczniem, klasa równoległa do Piotrka? - No to mrugnij do niego - radzi Matka i wie, że ma sprawę z głowy. Maryśka nawet nie spojrzy w tamtą stronę. Zresztą Bartek swojego czasu mrugał do Potworka i mrugał, ale mu przeszło. Pewnie się jakaś narzeczona, psiakosteczka, napatoczyła. Innej drogi nie miała? Ale Matka nie o tym miała pisać, tylko o rekolekcjach. Bo w Matki parafii zawsze jakoś są wyjatkowo wcześnie i najcześciej zapraszany jest jakies zakonnik, który mówi długo i na dwadzieścia tematów jednocześnie. Matka rozerwana między mruganiem Potworka i mruganiem Bartka trzyma się wątku jak tonący brzytwy i najczęściej przegrywa sromotnie. Tym razem się jednak zaparła. - Czas jest potrzebny, żeby miec czas - zaczął zakonnik, a Matka zaraz oczyma wyoraźni ujrzała stos klasówek, który oporządzała od tygodnia po cztery godziny dziennie i zamierzała tak robić kolejny tydzień. - I czas jest w życiu bardzo ważny - ciągnął zakonnik. Matka pomyślała sobie, że wypisał jej się czerwony długopis i musi tak zakręcić Potwora, żeby czuł się zaszczycony pożyczając jej swój. - I ten czas jest trzeba mieć, bo się nie będzie mieć czasu - zakonnik pomału zaczynał smęcić a Matka spojrzała błagalnie na Potworka. Ten siedział jak urzeczony i nie dostarczał żadnych przerywników . - Fajnie mówi! - Maryśka napluła wreszcie Matce do ucha - Lubię, jak jest o czasie! A ILE tego czasu zostało do końca mszy? Matka oklapła. - Żeby mieć więcej czasu, w życiu potrzebne są pewne priorytety! - zagrzmiał znienacka zakonnik. - Chyba rżnę dziś te klasówki w kąt - pomyślała sobie Matka. - Niedziela ważniejsza. - Znów mi się podoba! - zachwycił się Potworek mocząc Matce ucho. - I wiem co to są priorytety! Matka spuchła natychmiast z dumy i szybko spuściła trochę powietrza, żeby nie zdefasonować kurtki. Skąd, cholerka, Potworek zna takie słowa? - Niemożliwe! - wyszeptała - Naprawdę wiesz co to są priorytety? - No pewnie! - Ucieszył się Potworek. - Nie pamiętasz? Wysyłasz je zawsze na poczcie...
czwartek, 26 listopada 2009
Linki spiłowane
Matka została dziś zaatakowana medialnie, więc pozwoli sobie tylko zalinkować parę spraw: Artykuł na Gazecie.pl - raz. Promocja książki na Komu-Komu, trwająca tylko dobę - dwa. Wzmianka na Blox.pl - trzy. W wydawnictwie WAiP - cztery I pięć - oczywiście spotkanie w Wilanowie, na które Matka serdecznie dalej zaprasza i o wsparcie prosi. O, jeszcze recenzja miła do poczytania. Książka dostępna jest w licznych księgarniach internetowych (tu Google wyłapuje wszystkie po wpisaniu tytułu książki)i na Allegro. Niektórzy donosili, że także w "normalnych", stacjonarnych księgarniach. Warto poszperać, różni się ceną i przede wszystkim kosztami wysyłki.
Matka tymczasem oddala się, żeby wskoczyć w liczne prace szkolne pospolicie zwane klasówkami podczas gdy MiaUżon dopilnowuje Potwory, żeby położyły się spać. Maryśka, zwana okresowo Pazurkowcem Pospolitym została dziś pozbawiona głównego, naręcznego atrybutu Pazurkowca, po czym, spojrzawszy krytycznie na ręce i tęsknie na zbyt wysoko położone drzwiczki od łazienkowej szafki MiaUżona, rzekła uprzejmie do Janeczki: - Czy byłabyś tak dobra i sięgnęła mi pilarkę?
Matki krew!!! Potworek od dziecka myśli o typowo damskich urządzeniach, które Matka uwielbia: palnik gazowy, miniszlifierka , no i proszę bardzo - pilarka...
czwartek, 19 listopada 2009
Bezinteresowna nieuprzejmość a pisanie bloga
Matka doniesie szybciutko o kilku miłych sprawach, a potem sobie tradycyjnie spuści parę z gwizdka, bo jej się nazbierało parę przemyśleń. Po pierwsze - serdecznie zaprasza wszystkich na spotkanie autorskie, które odbędzie się 3 grudnia, w czwartek, w pałacu w Wilanowie. Godzina 18.00.
Po drugie - artykuł o Matce ukazał się w dzienniku metro z 17 listopada na stronie ósmej. To co prawda przedruk z krakowskiej Wyborczej, ale zajrzeć zawsze można, czy do wersji papierowej, czy elektronicznej. Po trzecie - zadzwoniła do Matki miła Pani z Gazety Wyborczej i będzie kolejny tekst. A jak już Matka odłożyła słuchawkę to przypomniało jej się kilka spraw i przemyśleń, w związku z pytaniem czemu Matka pisze. Pisze, choć niektórzy nazywają jej styl sztucznym i wymęczonym. Matka już się do tego odnosiła, ale powtórzy, że notke sporządza średnio dziesięć minut i spuszcza klapę od komputera. Zostają literówki, powtórzenia i gorsze rzeczy. To z tego niechybnego męczenia tekstu. Matka doda, że zawsze tak pisała i jak komuś to nie odpowiada, to powinien sięgnąć po "Potop" lub "Ludzi bezdomnych", a nie buszować w blogach, bo rzadko kiedy znajdzie w nich prawdziwą literaturę. Matki pospieszne notki do miana literatury nie pretendują, byłaby to kpina z osób, które profesjonalnie zajmują się pisaniem. Już, już, Matka wraca do tematu. Czemu więc pisze ten blog? Po pierwsze - skończyłaby dawno gdyby nie to, że tyle osób ja czyta, a Matka nie lubi robić komuś przykrości. Po drugie - choc czasu coraz mniej, a dzieci dostarczają więcej zgryzot niż radości, cały czas pisanie sprawia jej frajdę. Po trzecie - dostawała i dostaje maile od osób, którym czytanie jej bloga sprawia radość. Są to zarówno młode matki sfrustrowane monotonią opieki nad dzieckiem, jak i osoby, które dzieci nie mają, ale lubią sobie zajrzeć i uśmiechnąć się od rana czy po ciężkim dniu.
Po czwarte - i może najważniejsze - Matka pisze na przekór wszechogarniającej bezinteresownej nieżyczliwości. Bo sama jest wybitnie złośliwa i należy raczej do osób średniolubianych. Takich, których się nie powiadamia o wieczornym wyjściu na piwo w Dniu Nauczyciela czy po zakończeniu roku szkolnego. Matka czesto zastanawia się czemu tak jest i dochodzi do wniosku, że sprawa prostą nie jest. Najwyraźniej ma inny pesel i zauważa coraz wyraźniejsze różnice między koleżankami lat dwadzieścia i parę, a sobą. - Dzień dobry - powiedziała kiedyś Matka w progu pokoju nauczycielskiego wchodząc i usłyszała, że strasznie chrypi. - Ojej - Złapała się za szyję. - Coś chyba niedobrego mi się z gardłem dzieje. Śliczna blondynka siedząca w pokoju na tak zwanym "okienku" odwróciła się w Matki stronę. - Jak ty z sobą wytrzymujesz? - zapytała bardzo uprzejmie. Matka zrobiła wielkie oczy, bo nie zamieniły ze sobą w życiu więcej niż kilka zdań. - To znaczy? - No jak możesz tak strasznie narzekać i z tym żyć? - dodała. Matkę w tym momencie zatkało. Nie zdawała sobie sprawy, że może komuś takim banalnym stwierdzeniem zatruć poranek. Bo sama odwróciwszy się powiedziałaby coś w stylu: - Uważaj, teraz dzieci bardzo chorują na anginy, żeby to nie było to! Odpowiedź z gatunku "Słyszę cię i martwi mnie to, że możesz być chora". I tu jest chyba pies pogrzebany! Bo teraz prawie nikt się nikim nie przejmuje. Dochodzi do tego, że ludzie na pytanie "co słychać?" odpowiadają "super" jak w Ameryce. Tymczasem teściowa umiera, dziecko ma kilka zagrożeń w szkole, a mąż dostał wypowiedzenie z pracy. Polak narzeka. Być może kiedyś. Teraz boi się nawet powiedzieć komplement, jakby tracił przy tym rok życia! - Jak ci ładnie w tym kolorze! - zachwyciła się kiedyś Matka na widok koleżanki. - Co, okropnie wyglądam? - reakcja natychmiastowa. - Ślicznie wyglądasz - Matka na widok promiennej współpracownicy po wakacjach. - Przytyłam, widać, co? - koleżanka obciągnęła fałdki na koszulce. - Ja nie widzę - Pokręciła głową Matka i nagle jej zaświtało - Czyżby szykował sie pierwszy potomek? - zaszeptała radośnie. - Nie, nie, jeszcze nie - zaprzeczyła koleżanka i gdy Matka przyszła następnego dnia do pracy połowa osób z nią nie rozmawiała za to, że publicznie nazwała kogoś grubasem. I teraz Matka swojego zdania nie wyraża, bo albo ona jest kompletnie nienormalna, albo świat się tak zmienił i stał się niezrozumiały dla Matki do-ku-men-tnie. Nie mówimy komplementów, bo każdy zaraz podejrzewa, że mamy coś złego na myśli. Nie dzielimy się swoimi radościami, bo połowa osób uda, że nie słyszy, a inni pomyślą "cholera, czemu to nie ja???". Prosze Matce wybaczyć, ale pozostanie w swoim świecie. Czasem ponarzeka, bo zaraz jej się robi lepiej na duszy. Nieodpornych prosi o niewchodzenie w kategorię "Jęki Matki Polki". Uważa jednak, że dzielić się należy i radościami, i smutkami. Może ktoś to myli z bezinteresownym obrabianiem komuś tylnej części ciała, ale to już jego problem. I bardzo się cieszy, że jej blog jest jej poletkiem i może na nim robić to, co chce. A przejawy nieuprzejmości postara się tępić dalej, o co bardziej kuriozalnych donosząc między wierszami. Ot co.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Targi Książki w pigułce cz.II
I ostatnia. Matka jak nie napisze czegoś od razu, to to, co najcenniejsze natychmiast ucieka. Uch, zaraz najcenniejsze, ktoś powie. No niech będzie, takie mocniej uczuciowe. Matka rzadko kiedy przelewa na papier uczucia, bo stapa dośc mocno po gruncie, tak ma i tego nie zmieni. Wracając do Targów, na które Matka odpicowała się w mundurek: zanim tam dotarła, zameldowała się w hotelu, maleńkim, przytulnym i nieźle połozonym. Do centrum dwa przystanki autobusem. - Słyszysz to, co ja? - zapytała matsę, gdy targały torby na drugie piętro. - Nic nie słyszę - wysapała matsa, ale posłusznie zamarła, bo Matka skutecznie blokowała wąskie schody strzygąc uchem. - Słyszę śpiew operowy i to nie wygląda na radio - podrapała się w głowę Matka, ale tylko tak troszeczkę, żeby znów się nie czesać. - O maaaatko... - do matsy dotarło. Śpiewaczka zawzięcie ćwiczyła w obcym języku u mieszkała naprzeciwko. - Ona na pewno pójdzie wieczorem na spektakl, a rano bedzie odsypiać! - Doszła do wniosku matsa i artystka już nie miała wyjścia. Zrobiła później dokładnie tak, jak jej wyprorokowano. Matka tymczasem dojechała na Targi i podpisała książki dla różnych znajomych blogowych i tych całkiem obcych, których ku jej zdziwieniu było więcej. A jakby podliczyła naród według płci, to wychodziło na to, że mężczyźni czytają więcej. Albo raczej kupują dla swych żon, które w tym czasie robią dla nich obiad? W sobotę tłum był już na targach nieprzytomny, znaleźć miejsce do parkowania - bezcenne. Matsa miała na szczęście możliwość wjazdu na teren Targów, ale Matka i tak grzała ze skrzyżowania na piechotę, bo gdzie by nie spojrzeć, to z okienek samochodów wyglądały uśmiechnięte i uprzejme twarze, które machając wściekle wycieraczkami zapraszały do pocałowania się tu i tam, bo my tu mamy pierwszeństwo, a wy stójcie. Tak czy owak - impreza była niezwykle krzepiąca, jak to w tłumie ludzi, którzy przyszli na nią dlatego, że czytają i kupują książki. A Matka z matsą, korzystając z rzadkiej okazji pobytu w dawnej stolicy postanowiły wieczorem zrobić turę po Starym Mieście. -Pójdzie pani prosto, w lewo, w prawo i zobaczy pani Barbakan. Tylko jest jeden problem - pan z gazetowego kiosku, którego Matka spytała o drogę nachylił się i wystawił głowę przez okienko. - Czy pani w ogóle WIE co to jest Barbakan? - Wiem!!! - Matka energicznie pokiwała głową ciesząc się niezmiernie, że pięć lat studiowania okazało się kolejny raz przydatne. - Świetnie! - pan wyraźnie się uradował. Matka zaraz pomyślała, że najwyraźniej jest pierwszą, która udzieliła twierdzącej odpowiedzi na to pytanie. - A potem już Brama Floriańska i jest pani na rynku. No i dobrze, że pan to dodał. Bo ciężko było poznać Sukiennice, całe w rusztowaniach. - Coś tu jest nie tak! - zmarszczyła się Matka. - Ale co? - rozejrzała się Matsa i zauważyła dziwny szperacz, który grzebał snopem światła w niebie. - Ciemno, palą się tylko trzy latarnie przed Empikiem! - oburzyła się Matka - Każdy wygląda jak narkoman! I zdegustowane podreptały szybkim krokiem pod Wawel mijając kościół świętego Andrzeja, wróciły i dały dyla do hotelu. Było nieprzyjemnie i ponuro. A dwa dni później Matka wyczytała na portalu gazety.pl, że ciemności służyć miały wyeksponowaniu miotającego się snopu światła, którym ktoś grzebał z dachu Sukiennic w kosmosie. I że to była forma sztuki zwana instalacją. No właśnie. Matka zdaje się nie przepada za sztuką II połowy XX wieku. Woli Barbakany i inne zabawne budynki. I pozwoli sobie wrócić do Krakowa latem.
poniedziałek, 09 listopada 2009
Targi Książki w pigułce cz.I
Matka częściowo doszła do siebie po wojażach. Częściowo, bo drugi dzień chodzi z zardzewiałym mieczem w skroni, o który co chwila albo ktoś niechcący zahacza, albo sama uderza nim o dach włażąc do samochodu. Kto miewa migreny ten wie. Nie jest najgorzej, ale dobrze wcale. Nieważne. Matki Matka zawsze jak robiła cos terminowego i obiecywała sobie odpocząć, to w wolny dzień budziła się z migreną - gigantem. Widac geny zaskrzeczały u Matki, ale póki co w lżejszym wydaniu. Grunt, że najwyraźniej wyjazd na Targi był bardziej stresujący niż się Matce wydawało. Najpierw trzeba było wstać rano. Kto normalny nastawia sobie budzik na piątą??? Matsa, która wiozła Matce kuper musiała zwlec się jeszcze wcześniej, bo dojeżdżała z SąsiedniegoMniejszegoMiasta. Kolejna czynnością było zaprogramowanie jakże przyjaznego urzadzenia, jakim jest nawigacja GPS. Nie to, żeby trudno było dojechać do Krakowa, ale jest parę miejsc po drodze, których Matka nie znosi i przejeżdża je przy każdej pogodzie klnąc na czym świat stoi, zawracając i szukając skrótów. - Tysiąc pięćset czterdzieści siedem kilometrów - Przeczytała Matka wbiwszy adres hotelu. - Ile? - zapytała matsa i Matka da sobie głowę ściąć, że uprzejmie. - Tysiąc pięćset czterdzieści siedem - powtórzyła i od razu przypomniało jej się, że poprzedniego dnia Hołowczyc zapodawał niecałe czterysta. Oj, szutnik! - To dokąd my jedziemy? - zainteresowała się matsa mknąc żwawo w kierunku Gierkówki. Matka zagmerała w nawigacji. - Pokazuje, że do Paryża! Chyba nie zdążymy? Hołowczyc poszedł w zaparte. Prowadził albo do Francji, albo z Francji na Targi. Odległość ta sama. Matka sposobem blondynki włączała go i wyłączała. Po stu kilometrach zrozumiał, dobra nasza. - Próg zwalniający! - orzekł grobowo. Matka z matsą jechały właśnie autostradą. - Możliwe suszarki - dodał. - Spadaj! - poradziła Matka z czułością. - Próg zwalniający - Odwdzięczył się natychmiast - Możliwy fotoradar. - Wyłączę mu wszystkie opcje - rzuciła się Matka i nadusiła co się dało - Gotowe! - Próg zwalniający - Piernik nie do dobicia był. - Możliwy fotoradar przenośny! Minęły dwieście osiemdziesiąt siedem progów zwalniających na drogach dwupasmowych i jakies dwa tysiące radarów osiemnastu typów, po czym dojechały do hotelu nie skręcając w doradzane przez Hołowczyca bramy cmentarne, barierki na poboczu i ściany domów. Matka odpicowała się w mundurek typu pogrzeb-ślub-akademia ku czci i wyruszyła z matsą pędem na Targi Książki o czym c.d.n.
wtorek, 03 listopada 2009
I do sklepu
I już Matce doniesiono, że jest miejsce, gdzie można kupić jej książkę. Są to strony wydawnictwa WAiP, o, dokładnie TU
I jeszcze promocja jest cenowa! O!
Godziny spotkań na krakowskich Targach Książki nie uległy zmianie:
piatek 6 listopada godz. 16.00 spbota 7 listopada godz. 12.00
A wczoraj MiaUżon dostał w prezencie egzemplarz ksiażki. Przejrzał, podczytał trochę i zapytał: -I to wszystko SAMA wymyśliłaś? Cóż, w 99% przypadków MiaUżona nie było wtedy w domu, ale Matka da sobie głowę uciąć, że mu o wszystkim opowiadała. Szczegółowo. - Bo proszę państwa, mężczyźni są zupełnie inni od kobiet!" - orzekła kiedyś pani psycholog na zajęciach z kursu pedagogicznego - My baby wchodzimy do domu i opowiadamy o wszystkim, co się danego dnia wydarzyło. A ich to zwyczajnie NIE OB-CHO-DZI! I Matka teraz żałuje, że nie napisała na samym początku: WSZELKIE DIALOGI W TYM BLOGU PRZYTOCZONE SĄ CO DO SŁOWA.
Można mieć lekkie watpliwości co do posypywania przez Potworka swoich spojrzeń tłuczonym szkłem. Niech będzie. Matka tu się bije w piersi. Przesadziła.
Bo czasem to mogły być jednak zardzewiałe opiłki żelaza...
czwartek, 29 października 2009
Spotkania na Targach Książki w Krakowie
Matka pędem donosi gdzie będzie i kiedy:
Targi Książki w Krakowie, stoisko A21 czyli Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne.
Piątek 6 listopada 2009 - od godz. 16.00 do 17.00 Sobota 7 listopada 2009 - od godziny 12.00 do 13.00
I zaprasza!!!
sobota, 24 października 2009
Dano na zapowiedzi...
Matka podsyła link do strony WAiP, gdzie można już zobaczyć jej książkę w zapowiedziach.
A okładka, projetowana przez plastyka WAiP wyglądać będzie tak:

piątek, 23 października 2009
Pamięć absolutna
Poranki Matki i Potworów zaczynają wyglądać typowo dla zimy. Matka czeka na zmianę czasu, bo wie, że na jakieś dwa tygodnie problem zniknie, ale potem powróci znów. Na czym rzecz cała polega? Na tym, że Matka nie lubi wyskakiwać jak diabeł z pudełka, a robić to musi, bo inaczej Potwory w stanie usztywnienia przebywałyby do jakiejś wpół do dziesiątej, a tego żaden system szkolnictwa nie zniesie!
Matka zwleka się mianowicie o szóstej trzydzieści i wsadza łeb pod prysznic. Co drugi dzień, żeby nie było, że taka rozrzutna jest i co chwila się farbuje, bo zmywa kolor w miesiąc. Już sobie tak wylicza to wsadzanie, żeby nie wypadało w dzień, kiedy sama idzie do szkoły na ósmą. Potwory chwilę potem są budzone z paleniem światła włącznie, siadają na łóżkach jak scyzoryki, ale gdy Matka wyjrzy za moment z ręcznikiem na głowie - z pokojów dochodzi świst miarowego oddechu. Matka ryczy, Potwory siadają, albo cześciej starszy siada, a młodszy zaczyna piłować. Matki uszy rano są szczególnie wuczulone na pewne częstotliwości i Potworek siłą genów strzeliwuje się idealnie przekraczając matkowy próg bólu. Nieważne. Co tu Matka bedzie wypisywać, jak od lat wszystko wygląda tak samo, rano latają pióra i tak dalej. Nie o tym być miało.
Bo rano droga jest każda sekunda i jak się nie wyjedzie o 7.25, to stoi się potem w korkach na każdym kroku. A Potwory zapominają wziąć wodę, a to kanapki na stole zostają, tran grzechocze na talerzyku, Janeczka wraca na górę po jakiś gadżet, bez którego zejdzie śmiertelnie natychmiast, a zapominanie worków z kapciami to już norma. Nie tyle Potwora co Potworka. Ten zapomni kiedyś o własnej duszy!
- Gdzie masz kapcie? - spytała kiedyś Matka, kiedy Potwory wkrochmaliły się do samochodu po lekcjach.
- Nie mam pojęcia! - zafrasował się Potworek, który niewatpliwie stracił ów jaskraworóżowy przedmiot z oczu przed minutą i Matka stawia swoją głowę, że była to szatnia. Pusta szatnia, Potworek, tornister i worek.
- Gdzie masz bluzę i kurtkę??? - zaryczała Matka, gdy przy temperaturze +5 stopni w skali nieocenionego Celsjusza Maryśka wpadła do samochodu w podkoszulce. Ale z tornistrem i workiem z kapciami.
- Bluzę i kurtkę? - Potworek usiłował sobie przypomnieć czy w ogóle potrzebuje takich części garderoby. - Nie wiem gdzie są!
Matka mokrą szmatą się zabije. Potworek najwyraźniej okresowo zostawia też gdzieś swoje szare komórki.
- Ojoj, muszę wrócić do domu! - zameldowała Maryśka wczoraj, kiedy Matka odpaliła samochód, żeby przemieścić się w kierunku szkolnego przybytku na drugim końcu miasta.- Zapomniałam zegarka!
- A po co ci zegarek, jak dzwonią na przerwy? - fuknął Potwór, któremu Maryśka popołudniami gubi połowę zawartości pokoju.
- Bo ja dzieciom w klasie mówię, kiedy będzie dzwonek! - zajęczała Maryśka.
- Daj spokój, nigdzie nie wracamy, bo nie ma czasu, a przynajmniej tego zegarka nigdzie nie zostawisz - Matka zaprotestowała szczęśliwa, że Potworek ma jeden przedmiot mniej do gubienia.
- Tak, tak! - Janeczka wyjątkowo stworzyła piętastosekundowy Front Jedności z Matką. Matka natychmiast odnotowała to w Księdze Rzeczy Niemożliwych. - Ty o WSZYSTKIM zapominasz!
- Oj nie! - Zamachał łapkami Potworek z oburzeniem, a Matka zaraz podkręciła sobie ogrzewanie, bo strasznie nie lubi rano przeciagów w samochodzie.
- Oj, tak" - wypalił Potwór.
- A nie! - Zaperzył się Potworek. - Nie o wszystkim!!!
- O, tak? - Janeczka zmrużyła oczy. - A o czym NIE zapominasz?
- Nie zapominam, nie zapominam... - Zagrzebał rozpaczliwie w pamięci Potworek, a styki mu sie rozgrzały do czerwoności -...nie zapominam na przykład nigdy, że mam siostrę!
niedziela, 18 października 2009
Iron mother
Matka korzystając z chwili przerwy pisze. Przerwa wynika z padu Matki na pysk, bowiem prace domowe z wykorzystaniem nóg w całkowitym wyproście po jakimś czasie kończą się ich wyciagnięciem do góry. Matka ma ten instrument wadliwy od urodzenia, stąd nie znosi długotrwałych podróży, zwłaszcza latem. Co Matka robi? No własnie. Zamiast blogować na Maratonie w stolicy miała tysiąc i jedną rzecz do nadgonienia - od zaległych sprawdzianów, do tej ostatniej czynności, którą właśnie przerwała.
Bo Matka dokonała zakupu. Zdradziła w ten sposób kocyk niemowlęcy zielony, w misie albo inne dziady, nie pamięta. Kocyk od lat 11, czyli od momentu, kiedy Janeczce wystawać zaczęły spod niego nogi nie miała racji bytu, więc zaczął słuzyć zgoła innej, przeklętej czynności.
Prasowaniu.
U Matki w domu nigdy nie było bowiem deski do prasowania, zawsze rzucało się koc na stół i hajda! Jak pojawiła się, żyjąca do dziś prasownica, lat mniej więcej trzydzieści, deska nie była tym bardziej potrzebna. Szybko okazało się jednak, że prasownica fajna jest, owszem, ale kiedy Matka Matki zaczęła z lubością przepuszczać przez nią ręczniki, które przypominały po tej czynności deskę, a następnie wszelkie towary deficytowe takie jak majtki (inaczej figi) - mała Matka miała miast gumki zwęglone chrupki, które drapały nogi do krwi. Skarpetki frotte wychodziły z prasownicy z dziurami wielkości pięści, więc Matka Matki chcąc nie chcąc musiałam im odpuścić, żeby ocalić populację. Skarpetkową.
Matka zgubiła się w dygresjach, ale zaraz wraca i zbiera się do kupy. Prasowanie. Aha. Nie było więc deski, tylko koc na stole i tak sie żyło. Do wczoraj. Bo co prawda Matka Matki przywiozła kiedyś z Petersburga deskę stawianą na stół, ale wkurzała wszystkich tak straszliwie swoim wędrowaniem po blacie, że stała się obciążnikiem szafy i w zasadzie od kilku lat czeka na manewr wyciepnięcia jej na śmietnik. Natomiast żelazko to sprawa osobna i Matka ma do tej pory kosmicznie wyglądające i będące ongiś mrocznym przedmiotem pożądania znajomych urządzenie "Sdiełano w SSSR" o wdzięczniej nazwie "Newskij". Matka nie wie czy chodzi o Aleksandra Newskiego czy Newski Prospekt, ale zdaje się, że rodowód jest podobny. Żelazko zaś jest białe i Matka ma wrażenie, że osiąga na zakrętach temperaturę 500 stopni w skali Celsjusza - zażółca nawet len. Do tego pokrętło ma luzy i samoistnie się rozkręca, czego skutkiem sa liczne przypały, dziury w koszulkach i późniejsze szorowanie papierem ściernym aluminiowej stopy. Matka uznała, że ma już dosyć, więc przeczesała internet w poszukiwaniu tego jednego, jedynego i nie ukrywa, że miała niejaki kłopot.
Albo stopa lekko sunąca, ale zarysowywalna, albo ceramiczna, ukrywająca się najczęsciej pod chytrą niezwykle nazwą. Albo Braun, albo Philips, albo Tefal. Matka wyczytała, że jak żelazko to tylko Tefal i posłuchała głosu rozumu. Nabyła jakiś chyba niezły model i do tego deskę, która ma plastik odbijający parę wodną.
I prasuje. Prasuje te swoje piętnaście albo szesnaście pralek, które leżą kupą na fotelu i osiadają . Nie musi pryskać bielizny zalewając przy tym kuchnię i generalnie jest zachwycona gdybyby nie to, że cholera, samo sie pranie dalej prasowac nie chce.
Matka zaraz poszuka sobie na Allegro jakiegoś Manuela do prasowania. Przy okazji będzie miała szansę na tosta, albo i dwa.
Coś jej tylko mówi, że Manueli chwilowo nie produkują, ale może trafi się jaki z drugiej ręki?
A żelazko nabyła TAKIE i taką DESKĘ.
sobota, 03 października 2009
Blog drukiem a klasa wyższa
Matka pojawia się na chwilę, wyskoczywszy znad stosu klasówek pewnego elitarnego liceum. Tonie w nich od półtora tygodnia i jeszcze chwilę to potrwa, ale słowo "elitarnego" użyła nieprzypadkowo. O tym za chwilę. W wolnych chwilach robiła korektę książki, bo można już puścić farbę, że sprawa przyspieszyła niczym express na prostej i Matka w drugim oknie ma otwarty tekst, który po raz drugi i ostatni poprawia. Jakieś tam pojedyncze litery przestawione przez chochlika drukarskiego, nic istotnego.
Wychodzi więc na to, że za małe kilka tygodni nieduża książeczka trafi do księgarni i Matka z jednej strony się cieszy, a z drugiej ma pietra. Jak tylko coś będzie wiedziała więcej - zaraz tu napisze. Wcześniej jednak musi wyprodukować wpis, który wcale nie będzie dowcipny, bo nie ma w nim Potworów. Matka mianowicie szukała dwa dni temu w sieci telefonu do Szpitala matki Polki. Dla znajomej. Traf chciał, że w takim wypadku wyskakuje nie tylko szpital, ale wszystko co bloga Matki dotyczy i na pierwszej stronie Matka dojrzała, że jest godpodynią domową. Szalenie, ale to szalenie ją to zainteresowało, bo nigdy nie sądziła, że kogos stać będzie na taki komplement. Matka z tej okazji zrobiła dziś na obiad knedle ze śliwkami, które wyły od kilku dni w piwnicy. Śliwki, nie knedle. Knedle matka zrobiła po raz pierwszy od jakichś piętnastu lat, ale co tam. Bycie gospodynią domową zobowiązuje!
Poza byciem gospodynią domową okazało się, że Matki blog skierowany jest do klasy średniej i pisany stylem, który sili się na bycie potoczystym. Powinno się walić Matkę na odlew za określenie MiaUżon, ponieważ jedynym właściwym jest "mój mąż". Potwory litościwie uniknęły komentarza.
Matce w zasadzie to dynda, ale przeprasza bardzo - wie kto ją czyta. Zastanawia się tylko, czy miarą bycia w klasie wyższej jest wiedza czy majątek. Tu jest spokojna o jedno i drugie. Może wykonywana praca? I tu jest spokojna. Ma dwa samochody bardzo dobrych marek, dom w dobrej dzielnicy, własną firmę, dodatkowo wolny, szalenie elitarny zawód poparty dyplomem magistra studiów dziennych pięcioletnich na świetnej uczelni, dwudziestoletnią praktykę w zawodzie i jeszcze zawód trzeci, moża rzec kaprys sprzed kliku lat - bycie nauczycielem w liceum. Uuuu, tu się chyba Matka stoczyła szerokim łukiem do klasy średniej, wszak w szkolnictwie spotkać możemy tylko niedorobioną hołotę, prawda? Banda nieudaczników życiowych uczy nasze dzieci, o losie ciężki niesłychanie!
Nie o to chodzi? Aaaaaaaa - o pisaninę o jakichś dzieciach. Cudzych. Znaczy się Matki własnych, ale dla kogoś cudzych. No kurka wodna Matka o nie swoich dzieciach pisać nie umie, bo najczęściej ich nie zna. Przeprasza jedynie, że używa określenia Potwór i Potworek wymiennie z Maryśką i Janeczką, nie, odwrotnie powinno być, ale Matka nie poprawi, bo pisze swoje teksty (cały czas okropnie siląc się na pisanie potoczyste) a vista, wysyła w eter i nie poprawia literówek. To po to, żeby się zbytnio nie powtarzać z tymi imionami. MiaUżon? ma byc mój mąż? No nie będzie, bo Matka o swoim mężu i do swojego męża mawia nazywając go po imieniu. I nie zamierza donosić światu jakie ono jest. A wyrażenie "mój mąż" przyprawia Matkę zawsze o dreszcz. Tak ma. I kiedy ktoś inny pisze "małż" czy coś w tym rodzaju, to Matka nie ocenia go po tym, ale po tekście. Jeśli w ogóle ocenia, bo nie ma tego w zwyczaju. A kiedy ocenia negatywnie, to nie donosi o tym całemu światu, bo poza przykrością żadnych efektów to nie przynosi. W tej kwestii Matka jest nieprzemakalnym, starym wróblem.
Nie lubi, kiedy ktoś pisze o swoim dziecku "tuptuś", "dziumdziulek" i tak dalej, donosi o kaszkach i zupkach, ale rozumie ten etap w życiu. I jak jej się nie podoba, to opuszcza taką stronę. Komputer ma taki fajny krzyżyk w prawym, górnym rogu. Bezcenny. także w przypadku tego bloga. Matka całkowicie rozumie niechęć do pisaniny o dzieciach większości singli, ludzi, którzy dzieci mieć nie mogą, bądź nie chcą, robią karierę kosztem rodziny - można by wymieniać długo. Matka uważa, że większość ludzi, których wstrząsa przypadkowe wejście na dziecięcą stronę ma problemy z tym tematem. Nie, no w życiu!!! Krzyczcie głośniej. Matka Was wcale nie rozumie! Nie czyta ze zrozumieniem. I wcale nie pamięta, jak w czasach przez Potworami przełączała natychmiast kanał w telewizorze, kiedy trafiła się reklama pieluch, kaszek i innych soczków. Robiła to z hukiem, złością i pretensją do wszystkich najwyższych instacji za to, że jej nie wychodzi. Nie będzie się tu wywnętrzać co i jak jej nie wychodziło, bo to ani miejsce, ani czas, ani chęć.
Po prostu zaczęła spisywać powiedzonka swoich dzieci, bo miała na to chwilę czasu, a sieć jest dla wszystkich. Ma do tego prawo, tak jak mają prawo inni wsadzać w net jeden przepis na babeczki za drugim. I Matka choć nie ma czasu ani w ząb, ani cienia chęci, żeby tam zaglądać, to jest pełna podziwu dla pasji. Innych blogów tematycznych też.
Klasa średnia czytelników. Matka jednak zna trochę tych osób i nie wie czy lekarzy, prawników, wykłądowców uniwersyteckich itp można nazwać klasą średnią? Bo dla Matki do klasy wyższej nie należy buc z forsą, furą i wykształceniem, który listonosza i hydraulika traktuje jak śmiecia. Należy zaś ten, kto ma rzadką umiejętność rozmowy z każdym na każdy temat.
Matka bedzie więc dalej pisała o tym, o czym chce, bo nie sądzi, żeby kogoś tutaj interesował problem użycia dwumetyloformamidu do usuwania przemalowań wykonanych z niewielkim dodatkiem kazeiny. Jakby Matka chciała sobie tak popisać, to by założyła blog dla konserwatorów. Może jednak wystarczy jej to, co robi, pisać o tym już nie musi. Swoją inną pasję pokazuje na innym blogu.
I nie będzie też robiła tego, co jest postrzegane jako sympatyczny przerywnik w blogach dla klasy wyższej. Nie zacznie więc akapitu od słów: "Janina ujebała sie dziś jak nieszczęście" ani też "Maria wypierdoliła się przed domem". No Matka niniejszym przeprasza klasę wyższą o ww. upodobaniach, która tu przez pomyłkę zajrzała.
Wydaje się Matce, że należy chyba do jakiejś innej klasy wyższej, ale nie zamierza więcej tego roztrząsać, bo tu jest blog o Potworach, wrednej gospodyni domowej Matce i MiaUżonie.
Tu Matka trzasnęła drewnianą łyżką w pióra husarii, które tymczasowo przyodziała, otrzepała kurz i wtryniła je na powrót do szafy. Przeprasza, ale wraca teraz do korekty i pojawi się niebawem z kolejnym, tym razem normalnym tekstem. Dla każdego chętnego do czytania.
Tak dla przypomnienia - krzyżyk w prawym, górnym rogu. Matka sama go bardzo często używa. Howgh.
czwartek, 10 września 2009
Asfaltowa dżungla
Matka odwiozła rankiem Potwory do szkoły i zamieniła się w jedno, wielkie czekanie. Czekanie miało trwać od dziewiątej do mniej więcej wpół do dziesiątej, jednak szybciutko nadeszła niemal jedenasta i Matka jest już wyłącznie jednym, wielkim wkurzeniem. I nie zamierza nawet otwierać drzwi, bo idzie popracować! Na kogo Matka czeka? Na PanaWładcęAsfaltu. Był wczoraj, wysłuchał dyrektyw MiaUżona i zapowiedział, że Matka ma dziś wjeżdżać i wyjeżdżać z podjazdu, żeby zademonstrować, gdzie auto zahacza katalizatorem, bo panowie nalali za dużo smoły. Czy tego czarnego, nieważne. Matka ani przez moment nie zamierzała nigdzie wjeżdżać - odkąd wstawienie dawnego opelka kosztowało Matkę złotych polskich czterysta samochody wstawia MiaUżon. A jak MiaUżona nie ma to sąsiad. A jak sąsiad ma dyżur to samochód śpi pod lasem, a Matka w swoim łóżku. No bez prze-sa-dy! — Jak dojadę to zadzwonię — rzucił MiaUżon i zniknął za zakrętem zostawiając Matkę z wodospadem. A Matka bitą godzinę czekała na odpowiednie służby. Przybyły — samochód sztuk jeden, ludzie sztuk dwa. Dwie. Dwóch. — U—Buuuuu! — Podrapał się w głowę młodszy pan. — Nooooooo! — Podtrzymała rozmowę Matka. — To z miejskiej się leje, bo za szybko — oświadczył starszy. — Przecież wycieka mi spod mojego chodnika! — zdziwiła się Matka, której wersja z miejską rurą bardzo by odpowiadała. Niech prują ulicę, a nie jej ogródek, podjazd i chodniczek do drzwi. — A to nic, znalazła sobie ujście, cholera! — Machnął ręką młodszy. — Zaraz zadzwonimy po drogowców, przyjedzie ciężki sprzęt i będą szukać! Matka natychmiast doszła do wniosku, że turki przesadziła za blisko. A potem spojrzała z rozpaczą na choinkę i przypomniała sobie jak sąsiad rok wcześniej wyrywał sprzed koparki wielkie iglaki, żeby uratować cokolwiek, a jego, dużo mniejsza choinka bujała się niczym dawna wieża w Gąbinie podczas huraganu. — A jakbyśmy wyjęli to nasze urządzenie? — zamyślił się starszy. — No może? — Młodszy natychmiast też pogrążył się w rozmyślaniu. — Jakie urządzenie? — Matka natychmiast dostrzegła światełko w tunelu. Ba, latarnię morską z syreną i drogowskazem. — A wie pani, przeciek ono wykrywa — Starszy oparł się o płot. — Mamy na pace. — Jeju! — wyrwało się Matce z głębin serca. — To dawajcie je tu szybko! — No tak, ale jest duży problem. — Młodszy znów się podrapał. Wyłysieje cholera, a myśleć szybciej nie zacznie. — Bo kolega już zakręcił wodę i ono nic nie pokaże. Matka padła. — Panie, to odkręć pan ja jeszcze raz! Lało się od trzeciej w nocy, to poleje jeszcze chwilę! Pan spojrzał na Matkę z prawdziwym uznaniem. — Pani wie? To JEST pomysł!!! — i wysławszy Kazia do studzienki wyjął pudła z antenkami, podłączył i zaraz narysował na asfalcie dwie strzałki. — Leci tu i tu. Dwie dziury. Niech tu kopią jak przyjadą! Matka rozpłynęła się w zachwycie. Miała nawet po chwili sprawdzone, że na pewno nie leci między ulicą a jej licznikiem! A potem przyjechał beczkowóz z wodą pitną (stoi do dziś, gdyby ktoś miał ochotę wpaść na szklaneczkę), ciężarówka na asfalt i gruz, koparka i bus z panami. Matka patrzyła zaś jak jeden pracuje a reszta krzyczy. Sąsiedzi byli uszczęśliwieni tym, że nie mają gdzie i jak wjechać, bo sprzęt się rozgościł na cacy. — Dziura jest tam, gdzie pokazaliśmy — oznajmił z radością starszy wodociągowiec stojąc w dole 5 x 1 x 2m, gdzie dwa oznacza głębokość. — Leje się nawet po zakręceniu! — dodał i zataplał nogami, bo z leja robiło się oczko wodne. A potem szybko naprawił jakże finezyjną blisko 15centymetrową rurę. — Nie zasypiemy tego dzisiaj, bo uszkodziliśmy koparką rurę, w której idzie prąd! — dodał mimochodem i zniknął A Matka już nie doda ile wykonała telefonów, żeby zlikwidować dziurę, kiedy już w końcu elektrycy po dwóch dniach podejść naprawili prąd dla całej ulicy. I że padało, więc po zasypaniu i tak trzeba było czekać na asfalt, bo wytwórnia nie pracuje. — Pan wie, że ma być skos, bo inaczej nie zjedziemy do garażu? — Pani! No przecież! — oburzył się PanWładcaAsfaltu — I po co pani te zdjęcia robiła? Ja wiem, że skos to skos! I Matka ma skos. Nie w tym miejscu i nie pod tym kątem. — Zahaczam jednym i drugim, nie da rady tak! — Najeżył się MiaUżon i Matka się nie dziwi. Też nie lubi pogiętych i zardzewiałych samochodów, nawet jak to jest pod spodem. Świadomość Matce przeszkadza. I w tej chwili zamienia się w jedną wielką furię, więc oddali się szybciutko do pracy na strychu. PanWładcaAsfaltu będzie miał większe szanse. Na przeżycie.
poniedziałek, 07 września 2009
Apocalyptic now
Matka pisała już tysiąc razy, że najbardziej lubi czwartki i piątki? Jasne, że pisała. To napisze jeszcze raz — czwartek i piątek to najwspanialsze dni na świecie — Matka może wtedy ubrać się w byle co i odwieźć Potwory do szkoły, zrobić spokojnie zakupy, wrócić i zająć się swoją robotą. No, chyba, że coś wypadnie. Wypadnie, psiakrew!!! Ale póki co Matka z MiaUżonem siedzieli w środowy wieczór na dywanie w pokoju Maryśki i pakowali jej tornister do szkoły, co polegało na wrzuceniu jednej książki do środka. Piórnik już tam był. — Bum! — zrobiło coś i zamilkło. Bum brzmiało jak zatrzaśnięcie się od przeciągu uchylonego lekko okna. — Co to było? — zdziwił się MiaUżon, bo okno zdecydowanie się nie ruszyło. — Eeeeeeeee… — machnęła ręką Matka, ale MiaUżon ruszył na poszukiwania. — Oj, chodź tu prędko — zawołał z balkonu. Niedobrze! Matka pogalopowała prędko i zobaczyła leżącego kosa. Czarne pióra, czarny dziób — żona kosa znaczy się. — Zaraz zobaczę czy oddycha — padła na kolana, zajrzała ptakowi w półotwarte oko i dojrzała, że coś tam się rusza, ale czy na pewno to nie wiedziała. — Zostawmy go, może się ocknie i odleci. — Matce żal było tak zwanej kosicy, która przylatywała z uporem godnym lepszej sprawy i wyżerała Matce winogrona oraz aronię, którą to ptaki zjadały na samym końcu, w ciężkie mrozy. Dodać należy, że kosica natychmiast zawiadamiała Matkę, że jej przewód pokarmowy działa należycie pstrząc na fioletowo taras i na wszelki wypadek także samochód. To tak na wypadek, gdyby Matka zapomniała o tarasie. — Idziemy spać, może jutro już jej nie będzie — zarządziła Matka i poszli. W końcu następnego dnia miał być jeden z najulubieńszych dni tygodnia, czyli czwartek i co prawda można się było ubrać w byle co, ale wstać należało i tak przed wpół do siódmej. Matka położyła się więc z niezbitym przekonaniem, że wyśpi się bezstresowo, a rano kosa nie będzie. Bezstresowość skończyła się o trzeciej nad ranem. Matkę obudziło poczucie odpowiedzialności za Potworka, sprawdziła więc która godzina i zrobiła wycieczkę do łazienki. Usłyszała cichy szum wody i pomyślała sobie, że co jak co, ale nie chciałaby być swoim sąsiadem, który często wyjeżdża ciężkim świtem reperować gdzieś w Polsce mieszalniki do farb. I padła do łóżka. O piątej piętnaście znów ją coś obudziło. Z parteru dochodziło ciche pitolenie, w którym Matka ze zdumieniem rozpoznała swoją komórkę. Najwyraźniej nie dało się jej wkomponować w sen, bo irytowała Matkę coraz bardziej i zmusiła do zwleczenia z niejakim obrzydzeniem swoich zwłok z łóżka i poczłapania na dół. A potem komórka zrobiła numer klasyczny, czyli zamilkła w momencie brania jej do ręki. Matka obejrzała numer, który kompletnie nic jej nie mówił i doszła do wniosku, ze najwyraźniej jakiś kierowca TIR-a dzwonił do drugiego kierowcy TIR-a i nadusił nie te cyferki. — E, to nie mama — mruknęła Matka w przestrzeń wróciwszy do pokoju, bo przecież MiaUżon leżał jak zgniła kłoda porośnięta hubą. Zatrzasnęła okno, bo ranek był wybitnie chłodny i padła dalej spać, bo przecież godzina snu to najpiękniejszy prezent od losu. A po godzinie… — Słuchaj, niedobrze jest… I Matka siadła jak scyzoryk. Nie było %$#^%$#^ oraz ^$#$%%, tylko „niedobrze jest”? — Hyyyyyy? — podtrzymała rozmowę. — Pękła rura przed domem i leje nam się do piwnicy… — podrapał się w głowę MiaUżon. — Ta studzienka przed garażem sporo odbiera, ale i tak … — O ranyyyyyy… — Dotarło do Matki. — To ja słyszałam nie sąsiada w nocy, tylko wodę, która się lała w naszym garażu! — I to pewnie sąsiad rano dzwonił — przytaknął — ale wiesz, ja muszę jechać do Gorzowa, to ty dzwoń po wodociągi. — I zniknął na horyzoncie. A Matka została z pęknięta rurą, wodospadem do garażu (Matka na wybitnie stromy podjazd, więc wszystko wyglądało szalenie ekspresyjnie) i koniecznością odwiezienia Potworów do szkoły. A potem dodatkowo z perspektywą koparki, która pruje Matki chodnik domowy, wyrywa choinkę o wysokości trzeciego piętra, jeździ po irgach i pelargoniach… Matka obejrzawszy dobrze przepustowość studzienek doszła do wniosku, że jak się lało od trzeciej, to i poleje się do ósmej, wsadziła Potwory do samochodu i pojechała do szkoły. A wróciwszy do domu wykonała telefon do odpowiednich służb, które po godzinie nadjechały o czym c.d.n. Bo Matka oczyma wyobraźni widziała, jak wszystkie koparki w mieście zacierałyby z uciechy noże z widelcami, gdyby nie to, że posiadają tylko łyżki...
czwartek, 03 września 2009
Drugi dzień Potwornej szkoły
Matka wróciła rano ze szkoły, gdzie zniknęły oba Potwory. Tak! Maryśka też! Z różowym, wielkim tornistrem na plecach, różowym workiem i innymi różowymi różnościami stanęła w dwuszeregu i raźnie odmaszerowała z szatni razem z panią wychowawczynią. Matka ma teraz lekki problem, bo trzeba pod nią układać plan. Nie, no może przecenia swoje możliwości. W planie szkolnym uwzględnia się to, że Matka na ósmą rano się nie stawi, bo o tej porze kwitnie w szatni z Potworkiem. MiaUżon jak wiadomo do pracy jeździ przed siódmą, więc pożytek domowy z niego żaden. I trudno. Matka i tak jest szczęśliwa, że może jeździć już tylko w jedno miejsce. — Janeczko, ja to mam do ciebie wielką prośbę — zaczęła Matka szalenie elegancko, bo zamierzała chytrze ubić z Potworem interes. — Taaaaaak? — jęknął Potwór, który natychmiast szóstym, a Matka podejrzewa, że nawet i siódmym zmysłem przejrzał Matkę na wylot. — Chodzi mi o to, żebyś zaopiekowała się Marysią w szkole. Wiesz, żeby tam się dobrze czuła, zwłaszcza w świetlicy, dopilnowała, żeby zjadła obiad…— Matka to już się nauczyła wypuszczać dym uszami jak Potworek. Niestety Potwór ma fabrycznie zamontowany czujnik dymu. — Pani z nimi chodzi i pilnuje! — palnęła Janeczka i spłynęła gdzie pieprz rośnie. Matka wyobraziła sobie natychmiast swoją artystyczna wyobraźnią, poparta tytułem magistra sztuki, że Potwór wykorzystuje ucho na tornistrze Potworka do jednego, jedynego celu. Łapie za nie, podnosi Maryśkę za frak i daje kopa tak porządnego, żeby Potworek z całym szpejem znalazł się jednym susem na pierwszym piętrze, omijając zgrabnie parter. — To PA! — Matka hamując dziś przed szkołą usłyszała trzask zamykanych drzwi i zanim otworzyła paszczę Janeczka zniknęła w czeluściach szatni. A potem pomaszerowały z Potworkiem i Matka szybko wróciła do domu, gdzie czekała na nią poranna apokalipsa, o której napisze zdecydowanie osobno, bo ani ta się jeszcze nie skończyła, Anie nie wiadomo jak i kiedy skończy. Takie miłe przebudzenie nad ranem. Ale wczoraj Matka podsłuchiwała jeszcze jak Potwór kontrolował zawartość maryśkowego tornistra. — Kredki masz? Masz. Piórnik jest? Jest. Lekcje jakie? — Z panią i angielski — zapiszczał Potworek czytając uważnie kartkę. — Dzienniczek wypełniony? — Janeczka zdecydowanie wchodziła w kompetencje Matki. — Mama mi wypisała wszystko! — oburzył się Potworek. — Sprawdzimy! — zarządził Potwór, a Matka na górze się zatrzęsła ze złości. — Dane są… nazwiska wychowawcy nie ma… a tu… no właśnie! Tu zostaw sobie dużo, dużo pustych kartek. Nic ci nie wolno tutaj pisać! — A czemu? — zainteresował się Potworek. —A czemu? — pomyślała Matka. Potwór natychmiast dodał otuchy Maryśce i skwapliwie wyjaśnił: — Bo tu musisz mieć dużo miejsca, żeby ci pani mogła wpisać uwagi za złe zachowanie!!!
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Bilans zysków i strat
Matka robi pospieszny bilans wakacji. I nie ma humoru, bo miast się polepszyć finansowo po mianowaniu - pogorszyło się i to chyba znacznie. Trudno sie mówi, niż wkroczył chwilowo do liceów, godziny poleciały. Dopóki Matka nie zobaczy przelewu na koncie to i wiedzieć nie będzie, bo jutro podejrzewa raczej jeden ogólny kociokwik szkolny. No właśnie - Matka nawet nie wspomniała, że się mianowała. Marudziła, marudziła, a potem hyc, zniknęła.
— To co, miałaś skopane wakacje? - pytali znajomi.
A wcale nie skopane, bo Matka zrobiła ile się dało pod koniec maja, potem w lipcu machnęła prezentację, pouczyła sie trochę prawa oświatowego i zdała egzamin podobno w wielkim stylu. Pryszcz. I jeszcze nakręciła biżutów jak nigdy, więc miało to przełożenie na konto. — To ty awansowałaś teraz na dyrektora szkoły? — zapytał Potwór i oblizał się, jakby Matka od razu po mianowaniu stała się również kierownikiem szkolnej stołówki. — Za nic !— wzdrygnęła się Matka na samą myśl. Ostatnia rzecz, którą robiłaby w życiu, bo zeszłaby z nerwów pierwszego dnia, albo zabitoby ją zardzewiałym toporkiem za upierdliwość pospolitą ogólną. — Szkooooooda - jęknął Potwór i znów sie oblizał, bo poprzedniego dnia jadł kolejny tort posturodzinowy, więc na pociechę wspomniał sobie okruszki.
Matka chwilowo się oddaliła, żeby zamordować Potwory na górze, bo przecież minęło dziesięć minut wspólnego ich przebywania w dwóch całkowicie różnych pokojach, co oznaczać może wyłącznie jedno - Maryśka wyje, Janeczka pieje, pierwsza cała we łzach i smarkach, druga pyszczy, Matka wykorkuje kiedyś.
— Nie wiesz, o której jest rozpoczęcie roku? - zapytała dziś Matka koleżankę, której córa chodzi też do szóstej klasy. — O 10.30 —odrzekła koleżanka załapawszy od razu o co chodzi. — O matko, a nie o 9.00? — złapała się za głowę inna. — Nie, no nasze o dziewiątej — uspokoiła ją zaraz Matka. — Potem mam o 10.15 w drugiej szkole, 10.30 u Janeczki i 11.30 u Maryśki. na jedno pójdzie MiaUżon, bo się nie wyrobię. — To Marysia już idzie do pierwszej klasy??? — zdumiała się trzecia koleżanka.
No idzie. Matka sama w to nie wierzy!
— Mamo, kiedy będę mogła mieć kartę rowerową? — spytała ostatnio z tylnego siedzenia samochodu Maryśka. — Jak skończysz dziesięć lat — odpowiedziała Matka i pomyślała sobie, że bardzo dobrze. — A jeżeli mam teraz siedem, to trzeba dodać trzy, żeby było dziesięć? — zamyślił się Potworek. — No tak, zgadza się! — ucieszyła się Matka, jakie też ma mądre dziecko. — O rety, ja umiem matematykę! — wpadł w dziki zachwyt Potworek. — No rzeczywiście! - przytaknęła Matka. — W takim razie nie muszę już iść do szkoły!!! - skwitowała Maryśka.
No i Matka zostanie z kompletem podręczników, na który wywaliła prawie 300zł? Chyba jednak zmusi Potworka, żeby je wykorzystał. Tak całkiem, a całkiem wyjątkowo...
wtorek, 18 sierpnia 2009
1000 npm
Matka całkiem i doimentnie ściągnęła do domu. Niekoniecznie wyjeżdżała rekreacyjnie, nawet powiedzieć musi, że zupełnie nie, ale zabrała resztę rodziny, która w czasie, kiedy Matka pracowała, obżerała się lodami i spacerowała po mieście. Nic Matka więcej nie napisze, bo praca okazała się bardziej stresującą, niż można się było spodziewać i niechybnie dostarczyła kolejnych siwych włosów, czego Matka chwilowo nie widzi dzięki osiągnięciom przemysłu farbiarsko-fryzjerskiego. Kiedy więc nadarzyła się nieprawdopodobna okazja, żeby przelecieć się balonem - nie pytajcie czy ktokolwiek nie chciał. Potwory bez szemrania podniosły z wyra swoje upupienia o piątej rano i wystartowały z trawnika w centrum miasta wraz z Matką, MiaUżonem i mistrzem Polski z 2005 roku. -"I bardzo phroszę mi nie rhobić żadnych zdjęć!" - zapowiedział Potworek, który nagle, a niespodziewanie przestał czuć powiew luksusu, kiedy Matka kierowała na niego obiektyw aparatu No to Matka ma Potworka wyłącznie od tyłu, co nie jest takie złe, biorąc pod uwagę fakt, że sama ma zdjęcia wyłącznie nieostre, robione na swoje wyraźne życzenie, bo nikomu przecież nie przyjdzie to do glowy. faktem jest, że nieostre zdjęcia byłyby nawet dość łaskawymi, biorąc pod uwagę różne zmarszczki, ale jeśli Matki nie można na nich odróżnić od szachinszacha Iranu to niech to licho. Matka kasuje. Potwory o dziwo nie chciały nikomu pluć na głowę i nie jęczały ani przez chwilę. Zgrabnie wylądowały potem w rumianku, po czym Matka z Janeczką wysiadły i goniły balon terenówką z bratem mistrza. MiaUżon z Potworkiem zyskali za to nowe towarzystwo. I tak to Matka odreagowała pracę w ciągu dwóch godzin, a następnie sprawiła sobie wreszcie kilka dni prawdziwych wakacji w Szczawnicy, o czym c.d.

wtorek, 21 lipca 2009
Czerwony fotelik
Maryśka siedzi i patrzy w czerwony fotelik. Dmuchany. A jak wychodzi na dwór, to zaraz wraca i znów siada przed fotelikiem. Poważna sprawa. Matka nie wie czy to dobrze, czy źle, bo generalnie jest dość przeciwna, ale znów dostała coś do testowania. Tym razem na trzy miesiące specjalny telefon komórkowy dla dzieci 6-7letnich - nazywa się Fonek. -"Czy przysłać pani różowy, czy błękitny?" - zapytał pan od Fonka Matka wybrała błękitny, bo jakoś ma serdecznie dosyć koloru różowego - ciekawe czemu? Poczta przyniosła nieduże pudełko, w którym leżał sobie wygodnie maleńki telefonik ze smyczą. I oczywiście dmuchanym fotelikiem do spoczywania. Najpierw sama próbowała go rozpracować, co nie było łatwe ze względu na Matki analogowość i niechęć do wszelakich instrukcji. Matka przyzna się, że jednak zajrzała do książeczki, bo było tam napisane dużo wiecej, niż by ponaduszała na aparacie. Potworek co chwila nadciągał i psuł Matce szyki, bo telefon był na razie tajemnicą, tym łatwiejszą do ukrycia, że Janeczka wybyła dwa dni wcześniej nad morze na kolonie. Matka dowiedziała się mianowicie, że z telefonu dziecko może zadzwonić tylko do czterech osób, których numery wbije jej rodzic za pomocą SMSa ze swojej komórki. Matka szybko ustaliła, że można zdefiniować tylko dwie osoby, którym da się mozliwość takiej ingerencji. I jeszcze szybciej, że jak wstuka sobie swoje hasło, to może robić znacznie wiecej - na przykład zadzwonić, gdzie dusza zapragnie i ustawić dziecku różne rzeczy w telefonie, których samo nie pozmienia. A do tego dziecko jest namierzalne i telefon może dawać rodzicowi sam znac, że dotarło własnie do domu czy szkoły. I jeszcze, że można włączyć niezauważalny monitoring i posłuchać, co dziecię w tym momencie robi. Inwigilacja pełna, ale w przypadku takiego malucha bezpieczna. A zadzwonić do dziecka mogą tez tylko osoby wczesniej zdefiniowane - kolejne bezpieczeństwo. Matka doszła do wniosku, że choć dalej jest przeciwna komórce dla Maryśki, to telefon jest naprawdę w porządku. Kiedyś o takich czytała, ale w Polsce ich nie było. Teraz może sobie pooglądać produkt typowo polski (choć bracia Chińczycy zostawili na nim sporo swoich literek) i przyzna, że wyglada naprawdę dobrze. A teraz Maryśka odwaliła konferencję z Babcią, która oddzwoniła pod nieznany jej numer. -"Babcia, to ty już się rhozłącz! Rhozłącz się, bo ja nie wiem czy to ja płacę, czy ty!" - załatwiła teściową szybko jak wiatr. O, Matka to rozumie, Potworek zaczyna korzystac z życia, trzeba zwracać uwage na koszty. -"Jak Babcia dzwoni, to gadaj ile chcesz!"- psyknęła Matka, która kupiła jakiś drogi starter i kombinuje jak z tego wyjść. No Matka abonamentowa jest, może nie wiedzieć! -"Maryśka ma komórkę?! Ale czad!" - wpadła w zachwyt Janeczka, która przysłała natychmiast SMSa Potworkowi - "Kim jesteś nieznany numerze?" I jak jej Matka opowiadała co i jak, to Potwór się coraz bardziej rozpływał, więc Matka podziękowała, żeby Janeczka nie skończyła w Rewalu jako ta morska piana. Oj, Matka nie wie co to dalej będzie, ale co ma przetestować, to przetestuje. Jeden ból - komórka nie ma futerału, a szkoda. Przy aktywności małych dzieci ma szansę wyglądać za chwilę jak nieszczeście, a wystaczyłoby dołączyć przejrzyste, plastikowe etui. Cos Matka czuje, że niedługo i coś takiego będzie. A tymczasem się oddala do pracy, bo póki co ma tu jedną wielką budkę telefoniczną. Aha - a telefon można sobie pooglądać tu: - Fonek
czwartek, 02 lipca 2009
Szkło nie na szczęście
Matka cieszy się wakacjami, podobnie jak Potwory. Różnica? Matka czyni to bardziej nerwowo. Budzi się o piątej i najpierw myśli, czy aby nie jest poniedziałek. O wpół do szóstej zastanawia się, czy może jednak nie jest wtorek, a o szóstej czy nie środa. Potem już nie musi się budzić, bo czwartki i piatki ma wolne, ale budzi się, bo wstaje wściekły MiaUżon. On nie ma wakacji. Ma za to konkretne pieniądze. Matka tym razem nie narzeka, nikt jej do szkoły iść nie kazał - wiedziała co robi! A, że ją to stresuje, to druga sprawa. Normalna jest. Wracając do wakacji i porzucając inne, smetne dywagacje - w czasie wolnym należy zapomnieć o pracy. Matka tę prawdę odczuła boleśnie w dniu wczorajszym. Wybierała się mianowicie do swojego ulubionego fryzjera, więc zapuściła żurawia w różne wody toaletowe. Nie to, żeby tam fryzjer, ale Matka lubi pewne zapachy i może mieć dziurę w spodniach na kolanie, ale z zapachem i już! Na półeczce matkowej stoi więc słuszna bateria na różne wyjścia (tak, tak, Matka pamięta o fotografii łazienki, właśnie tez miałą ją robić) i są to w zasadzie jedyne rzeczy stojące w łazience na wierzchu. Matka nie lubi ani wystawek kosmetyków u nikogo oglądać, ani tym bardziej u siebie ścierać z nich kurzu. Poza tym uważa, że to, czy ktoś ma cerę tłustą czy naczynkową jest jego własnym problemem, nie gości, którzy korzystają z łazienki. I nawet chętnie schowałaby własną baterię wód, gdyby tylko miała jedna półkę więcej. Już wraca do historii. Matka do szkoły używa wody wybitnie codziennej i niezauważalnej - Green Tea Elizabeth Arden. Jak kończy jej się butelka, MiaUżon najczęściej znajduje okazję, żeby jej nabyć następną - czy w wersji normalnej, czy Tropical - jeden michał. I Matka własnie napoczęła świeżą, 100mililitrową butelkę. I cholera, podkusiło ją, żeby sobie użyć szkolnej wody w wakacje! A potem zobaczyła lot paraboliczny i im bardziej starała się ratować sytuację, tym bardziej nadawała butli zdradzieckiej szybkości, która zakończyła się ekspresyjnym wybuchem na posadzce łazienki. Na nic Matki wygibasy, wyrzuty rąk, podkłądanie ręcznika i własnych nóg! Na podłodze po chwili, niczym porzucony zapalnik leżał atomizer, a butelka rozpirzona została niczym odłamkowy, z Matki ustopieniem włącznie, które doznało niewątpliwego zaszczytu najeżenia strzępami butelki. Za to zapach.... Matka wystawiła łeb z łazienki i zastała Potwory śpiące snem sprawiedliwego. Godzina dziewiąta rano, nie, żeby tam jakiś świt. Ani bombardowanie, ani atak gazowy nie zrobiły na nich najmniejeszego wrażenia. Matka wytaszczyła więc z piwnicy odkurzacz przemysłowy w celu zrobienia porządku i żeby było do pary, usłyszała za sobą głośny brzęk. Sprawdziła, czy to aby nie pełny, litrowy Johnny Walker. Nie, pusta butelka po piwie MiaUżona. A nie trzeba było jej tam stawiać. Zwrotną się zwraca, nie magazynuje. Howgh.
|