Blog > Komentarze do wpisu
Marka a duży kłopot

Małe dzieci - mały kłopot? Matka potwierdza. Duże dzieci - duży kłopot? Matka nie wie. Ma dziecko małe oraz NieWiadomoJakie. Ni pies, ni wydra - lat dwanaście i pół. Mógłby ktoś Matkę uprzedzić, że dorastanie dzieci przebiega skokowo! I to wcale nie są miłe skoki.
Matka siedziała mianowicie kilka dni temu  i dłubała coś zawzięcie na strychu, kiedy usłyszała gorąca dyskusję na dole - Janeczka tłumaczyła coś MiauŻonowi, a głos miała coraz bardziej płaczliwy. W końcu ryknęła i zamknęła się w łazience, więc Matka postanowiła wkroczyć do akcji. Mało było prawdopodobne, żeby dowiedziała się czegoś więcej niż MiaUżon od ukochanej córeczki tatusia, ale ciekawość była silniejsza od pewności.
- No i co tam słychać w szkole? - zagaiła łypiąc na Potwora, który odwróciwszy sie szybko smarkał w chusteczkę i wydawał dźwięki typu "Ihyyy, ihyyy, hyyy".
- Nihyhyhyc! - powiedziała  Janeczka i wrzuciła wsteczny.
Matka założyła szybciutko blokadę na drzwi, czyli zapchała je własnym ciałem i zaatakowała znów.
- Przecież widzę - Niestety nie był to atak szczególnie wyrafinowany, ale Matki w godzinach popłudniowych nie stać już na strategię Aleksandra Macedońskiego.
Potwór wykonał piruecik, ale zauważył, że Matka zapuściłą korzenie aż do piwnicy i nie ma rady, trzeba puścić parę.
- Pokłóciłam się z Dorotą! - Palnęła Janeczka - I jeszcze z Sonią!
Uuuuuuuu. Niedobrze. Sonię pal licho, ale Dorotka? Ulubiona koleżanka Potwora? Imieniny, urodziny i niedzielne popołudnia? Matka przyzna się bez bicia, że nie przepada za tą przyjaźnią, bo dziecię należy do rodziny mocno uposażonej i zwraca baczna uwagę na cudze finanse. Dwie terenówki, willa podmiejska itp. Nie, żeby tam Matka miała szczególnie gorzej na pierwszy rzut oka, ale dochody rodzinne są bez dwóch zdań nieporównywalne. Co prezent dla Dorotki, to stres dla Matki. Wielka encyklopedia dla młodzieży.
- Dziekuję Ci Janeczko, jaka piękna książka, na pewno mi się przyda w szkole! - rozpłynęła się Dorotka.
- Podobno przyniosłaś Dorotce najbardziej obciachowy prezent na świecie? - zasyczały następnego dnia koleżanki w klasie.
- Jak mogłaś mi dać dla niej książkę? - załkał Potwór, a Matce nóż otworzył się natychmiast w kieszeni, bo przypomniała sobie ile wydała na nią kasy.
Po roku (Potwór nie wybił sobie znajomości z głowy mimo podstepnych starań Matki) Janeczka zaniosła koleżance naszyjnik. Ze sklepu. Wszak o metkę chodzi. Srebro, kształt, kamyczki - wszystko na czasie. Koleżanka się ucieszyła, inne dziewczynki też zbladły. W porządku? Nic podobnego!!!
- Janeczko, bardzo ładny wisiorek, ale czemu przyniosłaś Dorotce tylko JEDEN prezent???
Potwór coś zrozumiał? Ale! Groch o ścianę, pukanie w bambus, dalej najlepsza koleżanka!
A Sonia? Nieeeeeeeee. Janeczka raz była na imprezie, ale podejrzewa, że MiaUżon podwiózł ją pod willę z basenem zbyt obciachowym, sześcioletnim wtedy samochodem. Na jednym razie się skończyło. Sonia ubrana jest zawsze w najnowsze kolekcje, posiada gadżety NICI i różne inne, proszę wybaczyć, Matka się na tym nie zna. A niech ma co chce.
Dość, że koleżanek w klasie jest tylko kilka, jakoś ze sobą trzymać się muszą.

- To o co w końcu poszło? - Matka postanowiła trafić w sedno, bo futryna wbijała jej się w pokłady bożonarodzeniowego sadła.
- Dorotka i Sonia powiedziały, ze ja dlatego się chcę z nimi przyjaźnić, bo one mają pieniądze, a ja nie! - Potworowi znów popłynęły łzy jak groch. - I nie mam markowych ubrań, więc do nich nie pasuję!

Aaaaaaaaaaaaaaa....o to chodzi! Już w tym wieku? Szósta klasa? Matce wydawało się, że to problem gimnazjalny, ale widać dzieci  szybko dorastają! Pytanie ile w tym winy rodziców? Chyba dużo, prawda? Wychować dziecię w kulcie znanej marki i zakupów w galeriach - bezcenne! 
Póki co Matka ma ferie, ale zamierza przeprowadzić mimochodem kilka rozmów. I nie będzie dalej kupować markowych ciuchów. Potwór nawet nie wie, że zawsze je miał i ma. Bo nosi ubrania po kuzynce z Holandii, która ma wszystko z firmowych sklepów - dzięki temu wszystko wygląda jak nowe. Nie rozciąga się, nie spiera, ale też nie ma metki takiej, jak Dorotka i Sonia! Ma inną, ale dziewczynki jej nie znają. Makabra!!!
Matka pamięta jedną, śmieszną rzecz ze studiów z czasów komuny. Jej koleżanka załatwiała skądś podróbki metek Wrangler i przyszywała sobie do swetrów, podkoszulek, bluzek itp. Od wewnątrz oczywiście. Na zajęciach rozbierała się i wieszała ubranie na krześle tak, żeby metka była widoczna. Wszyscy pukali się w czoło, ale teraz Matka wie, że koleżanka wyprzedziła epokę!!!
Nie, nie bedzie wszywać metek Potworowi. Ma nadzieję, że ten spotka w gimnazjum inne towarzystwo, choć problem raczej chyba się pogłębi... Tu Matka szczególnych złudzeń nie ma. Oby Janeczka nauczyła sie gwizdać na to wszystko!!!

A tymczasem Matka zaczęła ferie, problem odsunął się na dwa tygodnie i jest chwilowy spokój.  Zaś na drugim blogu regularnie pojawia się coś nowego, bo Matka zamierza naprodukować biżutów do bólu. Jak wakacje, to wakacje!

poniedziałek, 18 stycznia 2010, mattkapolka

Polecane wpisy

  • Wychowanie do życia w rodzinie - po raz pierwszy

    -"Mamo, w jakim wieku ma się okres?" - zapytała znienacka Janeczka, kiedy Matka jednocześnie otwierała drzwi, przytrzymywała teczkę, upuszczała zakupy

  • Jedenaście

    Całe jedenaście. Lat. Kończy dziś Janeczka. Matka poczeka jeszcze godzinę i zadzwoni z życzeniami na kolonie, bowiem kontakt telefoniczny jest mozliwy tylko mię

  • Sprawa mocno notarialna :-)

    Matka chyba będzie chyłkiem przemykać pod murem za to swoje niepisanie na blogu. No bije się w piersi, bije. Przyznaje. Ale tak nie za bardzo, bo biega z piórem

Komentarze
Gość: kuka, 85.222.87.*
2010/01/18 17:44:17
Kriste Pane! Jak to dobrze, ze ja juz mam prawie trzy dychy i metki mi juz wisza... Swego czasu tez sie przejmowalam, a teraz to nawet i odpruwam, bo gryza w szyje. Biedne dzieciaki...
-
Gość: acia149, *.mmj.pl
2010/01/18 19:06:38
Na szczęście Janeczka pasuje do normalnych szczęśliwych dzieciaków ,którzy mają rozsądnych rodziców.Do nas ludzi a nie wyrobów człekopodobnych.
Pewnego dnia zaprzyjazni się z kimś niezwykłym i dzieląc się kanapką będzie się śmiać w nos nowobogackim.
Pozdrawiam Matkę Polke i jej cudowna córkę.
-
2010/01/18 19:27:08
Ha, wypisz wymaluj moja podstawówka, Mattko, mimo że od Potwora jednak ponad dwa razy starsza jestem.
Jak ja straszliwie ryczałam o oryginalne (albo chociaż porządnie podrobione) buty typu sportowego. Zresztą nie tylko o buty. Niestety, konsumpcjonizm i snobizm dotyka coraz młodszych :) strach się bać, niedługo przedszkolaki będą sobie wytykać brak metek.


(a w ogóle to nie zamierzasz Mattko może zrobić kursu wirewrappingu? :D bo nigdzie w necie nie mogę znaleźć jakiegoś, który by trafił do mojej zakutej mózgownicy...)
-
2010/01/18 21:26:35
Matko, gdy byłam w piatej klasie (w poprzednim, ekh, wieku) cala klasa miala dzinsy a moja mama się postawila, ze nie bedzie tu owczego pędu wspierać. I nie wsparła. Cierpiałam i do dzis paimietam, aczkolwiek rozumiem teraz moja mamę. Jak widac nawet w warunkach poczatków gospodarki rynkowej oraz juz w klasie piatej dotknieta byłam komercją :) Potwora trochę rozumiem, aczkolwiek tylko w kwestii metek :)))
-
mattkapolka
2010/01/18 21:43:20
Faktem jest, ze były przedmioty pożądania. Niesamowitym wydatkiem dla moich rodziców, w czasach, kiedy 100 zielonych na koncie hodowało się po lat kilkanaście, był zakup w Pewexie. nabyli mi na Gwiazdkę sztruksy Wrangler za całe 17 dolarów. Miały być czarne, bo najmodniejsze, kupili ciemnogranatowe. Podszyłam nogawki na dole suwakiem (najmodniejsze zabezpieczenie, które czerniło jasne buty) i zarżnęłam te sztruksy doimentnie, chyba dwa lata je nosiłam. A dzinsy to miałam - Odry. Były tak tragiczne, że po dwóch dniach Mama je uprała i dała w prezencie koleżance z Białorusi... A potem dostałam enerdowskie - były fantastyczne, nigdy juz takich fajnych nie miałam! Te sie zachowały na zdjęciach. Ale poza tym pamiętam już tylko wymieniane sukcesywnie łaty na rękawach swetrów, każdy je miał...
-
2010/01/19 15:27:41
Koralowiec z lawą - mojego zachwytu nie da się wyrazić słowami!
-
Gość: PaniP, *.washdc.dsl-w.verizon.net
2010/01/19 15:49:30
Ale fajny Flag Counter Mattka sobie sprawila! :)
-
Gość: myrta, *.dag.pl
2010/01/19 18:31:51
oj Mattko.. ja w piątej klasie to byłam nawet nie tak dawno,bo jakies 8 lat temu ( teraz studiuje położnictwo: )i tak źle to nie było! Od zawsze nosiłam używane ciuchy, czasem mi to doskwierało ale wtedy tata wychodzil z inicjatywą i raz na jakiś czas sprawiał mi coś 'firmowego'. Może to nie będzie zły pomysl raz na jakiś czas spróbować mądre zakupy zrobić w firmowych skelpach typu h&m;)? Teraz mamy wyprzedaze, a jak zrobicie mądrze zakupy to i Janeczka głowy nie straci a lepiej się poczuje?
-
2010/01/19 19:16:19
Oj Mattko...Myślę jak moja poprzedniczka, żeby udać się na zakupy w dobie wyprzedaży napewno znajdzie się coś "niedrogiego". Moje dzieci noszą często używane ciuchy, po kimś. Często udaję się do tzw. ciucholandów zawsze znajdę coś fajnego, markowego! Wypiorę, włożę do szafki. Na drugi dzień słyszę: - O! A skąd ja to mam, jakie fajne! Odpowiadam, że kupiłam i słyszę: - Dzięki!
-
mattkapolka
2010/01/19 21:01:58
A ciekawa byłam kto flag counter zauważy :-) Zapatrzyłam się na innym blogu, liczy u mnie od wczoraj.
Co do zakupów - no ja kombinuję jak koń pod górę, ale nabywam sama i podrzucam. Ograbiłam ostatnio tesco na wyprzach i za rosze kupiłam jakieś Cherokee i F&F, które dobrze się noszą, no i są w jadowitym amarancie plus czerń (hit), mają dziwne napisy wielkimi literami i jakieś twarze. Ja kupuję to, czego bym sama nie włożyła za żadne pieniądze i wtedy jest mi składany hołd :-D
Ewo - fakt, ta lawa jest obłędna, mam takie 4 i już są w kolcach, jutro wrzucam jeszcze jedne z mokaitem.
-
sarahdonnel
2010/01/20 03:41:20
Heh, 15 (i więcej) lat temu było inaczej - ja miałam brytyjskie 'markowe' ciuchy z lumpeksów, upolowane przez mamę (super-oryginalne, bo jedyne w swoim rodzaju, świetnej jakości), niestety owczy pęd klasy raczej skłaniał się ku estetyce 'spod pałacu' (legginsy i wielkie t-shirty z flanelowymi koszulami), oraz koniecznie trampki.
Podobnie niebezpiecznie wyróżniałam się w przedszkolu, bo w końcówce lat 80. miałam ciuchy z paczek z US. Kolorowe, ładne. Przez jakiś czas miałam 'chińszczyznę' wcześniej niż inni, bo ktoś z rodziny to sprowadzał, i zawsze cuś się dostało w prezencie. W najgorszym (balowym-imprezowym) wypadku miałam bajeczne, ręcznie szyte kreacje - przez mamę na maszynie, i stroiki ze sztucznych kwiatów, które składałam z babcią.

Dzieci wczesno-nastoletnie mają potrzebę być kawałkiem stada, i jak wszystkie dziewczynki noszą trampki różowe z żółtymi sznurówkami, firmy X i fasonu Y kupione w sklepie Z, to danie różowych z żółtymi sznurówkami, firmy X, fasonu Y, ale kupionych w sklepie A (w mniej-trendy centrum handlowym) już spowoduje płacz i zgrzytanie zębów, oraz grupowy terroryzm (w mniej-trendy centrum handlowym panuje przecież dżuma z cholerą, i nie daj co przeniosło się na trampkach!).
W mojej podstawówce (w sumie dwa przystanki w stronę centrum od 'nowego' Wilanowa, czyli bloki, tysiąclatka i bazarek w pobliżu), o ile pamiętam, skończyło się koło połowy klasy siódmej, jak we dwie czy trzy nabyłyśmy sobie trampki w kratkę, a nie wszechobecne czarne.
Potem przyszedł 'hipisowski' ogólniak (chociaż definitywnie domy 'klasy średnio-wyższej'), i odgrzebywałam niektóre 'porzucone' wcześniej lumpeksowe ciuchy. Mimo tego, że przy samym rynku pod pałacem, to jakoś nas nie ciągnęło. Lumpeksy na Szmulkach były ciekawsze.

W NL jest sklep tekstylny pt. Wibra. Przyznawanie się do zakupów w Wibrze w towarzystwie to nie jest najlepszy pomysł - że szmaty, że dla bezdomnych itd. Aj tam jak na razie w Wibrze nabywam najlepsze bawełniane figi z koronkowym, niegryzącym frontem. Niezniszczalne, w porównaniu do 'lepszej' Hemy, klasyczne wzornictwo, przewidywalne kolory. I w odpowiedniej cenie. Chłopu też nabywam tam majt bawełniany (razem z ciut mniej szmatławym Zeemanem), dobrze szyty, dobrze znoszący pranie, za cenę korzystną w stosunku do jakości. I jestem gotowa polecać te 'byeliźniaki' każdemu. Ciuszki dziecięce też uważam, że mają 'wytrzymałości na szybko rosnącego dziecia' i takową cenę, a wzornictwo fajne. To co, ja mam po majty jeździć na Kalverstraat (turystyczno-zakupowa ulica), żeby się chwalić bielizną z metką (tez mam, z Anglii - ale w poliestrach na co dzień?)?

Pozdrawiam,
Sarah - Amsterdam
-
mattkapolka
2010/01/20 10:12:00
sarah - moje zakupy z Wibry (tam, gdzie mieszkałam chwilowo, to był Scholtens) są niezniszczalne! Hemę omijałam, bo nijaka i ceny znacznie wyższe. A z innego asprtymentu mam tony rzeczy z dawnej Żyrafy i jeszcze jednego ulubionego sklepu, prowadzonego przez Indonezyjczyków - jakże on się zwał? Uciekło, patrz! Mam! Xenos? I moja bardzo dobrze sytuowana rodzina, kupująca ciuchy w markowych sklepach (te same ciuchy, noszone przez Potwory) zawsze biegnie po gatki do Wibry! Heee - i po elektryczne łapki na muchy :-)
A z tym pędem do ubierania tego samego masz rację. Kiedy Mama przywiozła mi w 1970 roku z Danii jakies obłędne, krótkie, sztuczne, ale czerrrwone futerko - ja wyłam, że nie chcę, a baby na ulicy zaczepiały, żeby tylko kupić!
-
Gość: Jolka, *.gdynia.mm.pl
2010/01/20 19:22:15
Przyjemnych wakacji mattko, Kalie w karmelu cudne :))) nawet bez metki (a może z ?) :)))
-
mattkapolka
2010/01/20 20:44:13
Jolka! To Ty!!! No to specjalnie dla Ciebie będzie metka :-))))
-
sarahdonnel
2010/01/21 01:03:03
Z Xenosa i 'wszystko za 1 eur' mamy prześmieszną zastawę stołową (ładne szkło i gruby fajans). Najbliższy Xenos ma też sporo tekstyliów dekoracyjnych za psie pieniądze, oraz - naciągnięte podgruntowane blejtramy i tanie akryle, oraz wybór pędzelków i szpachelek w wielkich paczkach, akurat dla takiego weekendowego dziubacza jak ja.
W Hemie są praktyczne 'papiery' i diy, 'inwestycyjne' gospodarstwo domowe i dziecięce gadżety z 'Julką i Julkiem', ale - rzeczywiście, dorosłe ciuchy mają w większości okropne, i drogie.

Nie zapomnę miny szwagierki z Londynu, jak kazałam się zaprowadzić do najbliższych charity shopów i dać sobie 15 minut czasu. Wyłaziłam z torbami ciuchów i gadżetów, po parę funtów, nienoszonych, a szwagierka i mój partner, ubrani 'modnie', wciskali mi po kolejne 5 - 10 quids, żebym jeszcze popróbowała to, to i tamto, bo 'za mało wydałam', aż w końcu sami zaczynali przebierać, zwykle z dobrym skutkiem. Potem nie wiedziałam, gdzie te ciuchy wciskać do walizek. A marki - powiedzmy, że Harrods i reszta z Oxford Street.
W ten sposób mój partner załapuje, że płacić trzeba za jakość, a nie za 'firmę'. A szwagierka dziubie w charity shopach, i rzeczywiście wynajduje cuda - kwestia przekonania się, że to nie gryzie.
Janeczka chyba jednak musi na ten etap (samodzielne malowanie koszulek, doszywanie ozdób do spodni i inne 'rozrywki') poczekać - ale może przynajmniej ma mniejszą szansę zostania 'różową panienką', ku czemu, z przeproszeniem, koleżanki się najwyraźniej skłaniają.

Groet,
Sarah
-
2010/01/21 12:51:14
Trudno jest wyjaśnić dziecku, czy też raczej je przekonać, że przyjaźń ze względu na status materialny to nie przyjaźń...Ja też dużo łez wylałam zanim to zrozumiałam. Oby Janeczka też jak najszybciej przestała się tym przejmować i poszukała prawdziwych przyjaciółek. Czego jej życzę :)))
-
misself
2010/01/21 15:35:43
Jakbym o sobie czytała - byłam ubierana w ciuchy z Niemiec (po starszych kuzynkach) albo szyte ręcznie przez Mamę, albo wypatrzone gdzieś i upolowane. I wyglądałam oczywiście inaczej... Nie zapomnę lamentu o spódnicę z marmurkowego dżinsu z haftem Lambada (z targu, wszystkie dziewczynki w przedszkolu takie miały, Mama dała się namówić tylko na bluzkę z muszkieterskim kołnierzem, też koszmarną), a później płaczu o leginsy z czarnej lycry (wyglądałam w nich jak bocian czarny po głodówce). I o bluzy z Fruit of the Loom (marka żadna, wór, ale wszyscy takie nosili).

A tymczasem - życzę Janeczce, żeby to zrozumiała wkrótce! - człowiek, który się wyróżnia, może się przebrać za kogo innego, ale to nie sprawi, że stado go zaakceptuje. I w tym wyróżnianiu siła! Tylko trzeba dużo łez wylać, żeby to zrozumieć.